wtorek, 8 listopada 2016

17. Lubię, kiedy kobieta, czyli Grey na psychoterapii

Ahoj! 
W dzisiejszym odcinku dowiecie się, jak wyglądałaby psychoterapia Christiana Greya Zayna Malika. Główna bohaterka używa skomplikowanej terminologii, a my zastanawiamy się, czy postacie wiedzą, jaką rolę miały odgrywać. Kto będzie terapeutą, a kto pacjentem? Freud przewraca się w grobie! 
Ponadto muszę powiedzieć, że twór ten ma prawie osiemdziesiąt jeden tysięcy wyświetleń, a ponad pięć tysięcy osób na niego zagłosowało. Gościmy więc sławę! Co się dziwić, kiedy pomieszamy One Direction z 50 twarzami Greya
Miłej zabawy!



Źródło: https://www.wattpad.com/story/56426207-terapeutka-diabła
Analizują: baba_potwór, Az i J

Prolog
Stonowane kolory bieli i szarości pozwalają mi się skupić.
Zawsze mi się wydawało, że biel i szarość same w sobie są kolorami, ale po lekturze paru opek nie w takie rzeczy człowiek zaczyna wątpić.

Całe szczęście, że to tylko dwa tygodnie w zastępstwie za panią McKingley. Stres zżera mnie od środka.
Nieumiejętność zapanowania nad własnym stresem bardzo ułatwia pracę nad cudzymi problemami.
Bo wykonywanie swojej pracy, tyle że w innym gabinecie niż zazwyczaj, może naprawdę człowieka wykończyć.

Jest jedną z najlepszych terapeutek w mieście. Zapewne też krążą o niej słuchy poza naszą metropolią. To dość absurdalne obsadzać na ten chybotliwy stołek, jeszcze uczącą się mnie.
Mam rozumieć, że najlepsza terapeutka w mieście uczy się bohaterki? To bardzo typowe dla opek: autorka rozpaczliwie walczy z językiem polskim, żeby sformułować przy jego użyciu jakąś myśl.

Podręcznikowe definicje nie wystarczą, aby poprowadzić jego terapię.
Podręcznikowe definicje w ogóle nie wystarczą do terapii. Gdyby wystarczyły, terapeuci nie byliby potrzebni – wystarczyłoby przeczytać kilka podręczników.
W sumie to stres bohaterki jest poniekąd zrozumiały. Gdybym nie potrafiła nic poza książkowymi regułkami, też pewnie byłabym zestresowana w pracy. Bo co, jeśli trafi się pacjent z objawami, których nie opisali w podręczniku?

Nerwowo obgryzam skórki przy moich paznokciach (wolałabym obgryzać przy cudzych, ale akurat nie mam żadnych pod ręką), bacznie śledząc kartotekę pana Malika. Szybko łapię się na moim złym nawyku i zaciskam rękę w pięść. Patrzę na biały zegar. W pięć minut nadrabiam materiał.
Jakiś mało skomplikowany pacjent.
Może tylko przejrzała? Mam nadzieję, że dokładnie przestudiowała przypadek przed... ale w sumie to opko.
Może ta terapeutka, którą bohaterka ma zastępować, choć trochę ją poinstruowała? Albo cokolwiek, co by wyjaśniało to pięciominutowe

Uśmiecham się do siebie, widząc zapiski mojej przyszłej przełożonej. Są trywialne, zupełnie nie przesiąknięte wykwintnymi formułami z psychologicznych książek. Pojawiają się cztery określenia, napisane w równiutkim rządku:
Pedant, ekscentryk w garniturze, manipulant, kokiet.
Drugi równiutki rządek dotyczył pani terapeutki: nie przestrzega tajemnicy zawodowej.
Poza tym, jak jeszcze zrozumiem tego pedanta i manipulanta, to co to znaczy "ekscentryk w garniturze"? 
Może wyrazem jego ekscentryzmu był krawat wyciągnięty na wierzch.

Słyszę pukanie do drzwi. Wstaję od obszernego biurka. Przelotnie zerkam na moje, układane półtorej godziny, włosy. No cóż, robiłam, co mogłam.
Układanie włosów zajęło jej półtorej godziny, natomiast przygotowanie się do pracy z nowym i - jak zgaduję - dość trudnym pacjentem to kwestia pięciu minut. Jeśli taki psycholog nie jest geniuszem, który potrafi czytać w myślach, to może być co najwyżej terapeutą rangi "nie umiem wykonywać swojej roboty, ale płaci mi NFZ, więc mam wszystko w dupie".

Przyklejam delikatny uśmiech na twarz i otwieram. Najpierw zapach znajomych perfum uderza mi w nozdrza, dopiero potem spoglądam na mojego "pacjenta". Wygląda na zdziwionego. Jestem pewna, że został powiadomiony o urlopie swojej dotychczasowej terapeutki.
- Pan Malik? - pytam dla upewnienia.
Przytakuje mi. Rozchylam szerzej drzwi i zapraszam go do środka. Rozgląda się, jakby był tu pierwszy raz. Naprawdę dziwne zachowanie, zapamiętuję ten szczegół.
Dziwne zachowanie? 
Klient (wolę używać tego sformułowania, niż pacjent) i terapeuta budują wzajemne zaufanie, a w tym wypadku idiotycznym pomysłem jest nagła zamiana na dwa tygodnie. Na terapię nie chodzą ludzie z przeziębieniem, mający gdzieś to, kto zbada im gardło albo przypisze tabletki na kaszel, ale osoby mające problem psychiczny (najczęściej z przeszłością i postrzeganiem siebie). "Najlepsza terapeutka w mieście" nie wie, że właśnie w ten sposób może zburzyć wszystko nad czym pracowała z Panem Malikiem? 
A psychologini aktualna nie tylko traktuje terapię jak lekcję, na którą trzeba „dać na zastępstwo” za nieobecnego nauczyciela, bo dzieci nie mogą zostać bez opieki, to jeszcze zastępstwem jest studentka, czyli ktoś, kto sesji terapeutycznej powinien się co najwyżej przyglądać w charakterze praktykanta, a i to za zgodą zainteresowanego klienta. Zdaje się, że obie mają o tej pracy takie samo pojęcie. 
Tak się kończy pisanie opowiadań bez wcześniejszego researchu. Jakiegokolwiek, nawet dotyczącego najbardziej podstawowych wątków.

Po krótkiej chwili siada w fotelu, zapinając przy okazji guzik marynarki o stalowym kolorze. Jego ekstrawagancja przejawia się w samym wyglądzie.
Ekstrawagancki jest garnitur o stalowym kolorze? Rozumiem, gdyby ubrał coś w stylu Dolce&Gabanna, gdzie wzorzyste marynarki są na porządku dziennym, ale stalowy? Serio? 
Nadal obstawiam wersję z wyciągniętym krawatem. 

Biorąc z biurka podkładkę i czyste kartki, przyglądam się mu. Trzydniowy zarost przycięty został w oryginalny sposób, jednak najwidoczniej się spieszył lub nie był do końca uważny, ponieważ zauważam lekkie zacięcie przy prawej stronie szczęki.
Można skreślić z listy pani McKingley słowo "pedant". 

Oby spostrzegawczość nie zawiodła mnie w tworzeniu psychoanalizy.
Kochana, gdyby ta terapia miała za zadanie przeprowadzić psychoanalizę nie siedzielibyście w ten sposób. To po pierwsze, a po drugie już dawno, dawno temu psychoanaliza została dość zdyskredytowana zupełnie innymi formami terapii. Dużo lepszymi. 
Autorom, którzy zabierają się za wątek terapeutyczny polecam poczytać coś więcej niż podręcznik polskiego, w którym oczywiście mowa jest o Zygmuncie Freudzie.
Podręcznik polskiego odpada, bo w niektórych zdarza się drobne rozwinięcie wątku lub nawet porównanie Freuda z psychologią współczesną.
Mam wrażenie, że o Freudzie opktofurcy nawet nie słyszeli. Źródłem ich wiedzy są amerykańskie seriale, których bohaterowie chodzą na „psychoanalizę” tak jak się chadza na siłownię — bo to trędi i w dobrym tonie.

- Mam nadzieję, że został pan poinformowany o chwilowej zmianie terapeuty - oznajmiam, nie spuszczając wzroku z notatek. Prostuję się na fotelu, natrafiając na przenikliwe spojrzenie jego karmelowych oczu. - Zauważył pan jakieś poprawy po dotychczasowych trzech miesiącach spotkań? - pytam, gdy nie odpowiada na pierwsze pytanie.
Jeszcze nie wykrztusił z siebie ani jednego słowa. Być może jest skrępowany obcą osobą. Swoje spostrzeżenia dyskretnie notuję, a on unosi leniwie brew.
Bo gdybyście obie z panią McKingley pomyślały o kliencie, nigdy nie wpadłybyście na ten durny pomysł zmiany terapeutów.
W dodatku przeprowadzonej najwyraźniej bez pytania go o zdanie.
Kto by się przejmował pacjentem? Wiadomo przecież, że każdy psycholog ma ułożony plan zajęć i jak jest na urlopie, trzeba dać kogoś na zastępstwo, żeby klasa odbębniła tematy... a nie, nie ta bajka.

- Cóż...- mówi, elegancko przeciągając - oczywiście.
Spojrzeniem sugeruje, żeby mówił dalej. Uśmiecha się. Jesteśmy na dobrej drodze do nawiązania kontaktu.
- Przestałem traktować moich pracowników przedmiotowo, staram się nie wykorzystywać najbliższych, jednakże... - Tu przerwał, patrząc na moją reakcję.
- Każdy człowiek ma jakieś słabości i im ulega, jest pan na początku terapii, psychoanaliza dalej się kształtuje. Proszę kontynuować. - Uśmiecham się, chcąc dodać mu otuchy. Oblizuje usta, patrząc na zegar, który wisi tuż nad moją głową.
Naprawdę tak trudno wyszukać jest frazy w Google i dowiedzieć się - skoro już upieramy się na psychoanalizę - jak wygląda taka sesja? Tutaj cytat z Wikipedii: "Sesje leczenia odbywają się do pięciu razy w tygodniu i każde spotkanie trwa 50 min. Pacjent leży, natomiast analityk siedzi za głową pacjenta. Psychoanaliza jest leczeniem długoterminowym. Może trwać od paru do kilkunastu lat, w zależności od mocy obron psychicznych, zaangażowania się i możliwości (m.in. finansowych) pacjenta." Jako dodatkową informację dodam, że analityk nie może prowadzić rozmowy. Zadaje tylko pytania, mające na celu pobudzić skojarzenia, ewentualnie wywołać konkretne emocje (np. złość), zazwyczaj jednak słucha długich monologów. 

- Ostatnio wykorzystałem moją przyjaciółkę, dla własnej przyjemności. - Ton jego głosu nie wskazuje na żadną skruchę, jest wręcz ostentacyjny.
- Żałuje pan tego? - pytam.
- Nie - przyznaje się. - Ale przeprosiłem.
Wzdycham głośno, robiąc notatki.
Kolejna rzecz, która nie powinna się zdarzyć - głośne wzdychanie.
Chwilami zastanawiam się, kto tu terapię prowadzi, a kto jest pacjentem.
Jak dla mnie to bardziej przypomina lekcję. Wystarczy tylko podmienić temat rozmowy:
– Nie odrobiłem pracy domowej. – Ton jego głosu nie wskazuje na żadną skruchę, jest wręcz ostentacyjny.
– A nauczyłeś się chociaż? – pytam.
– Nie – przyznaje się. – Ale Michał da mi odpisać ostatni temat.
Wzdycham głośno, wpisując mu jedynkę.

- Jest pani bardzo młodziutka, może nawet za... - mówi, a jego wzrok staje się dziwnie nieobecny.
- Za młoda na? - dopytuję, zakładając nogę na nogę.
- Na kontakt z takim człowiekiem, jakim jestem - wyjaśnia.
- Pracowałam z wieloma...- robię przerwę, szukając odpowiedniego słowa.
Zamiast się tłumaczyć, powinna zapytać, dlaczego tak sądzi. 

- Chorymi - dokańcza.
- Nie, nie uważam, że jest pan chory - zaprzeczam.
Znów powinna zapytać, czy uważa się za osobę chorą, a jeżeli tak - dlaczego. 
Nie i nie. To nie jest żadna psychoanaliza czy inne cudo, tylko zwykła, przyjacielska pogawędka. Brakuje między nimi jeszcze stolika, kawy i ciastek.

Milknie, obserwując mnie.
- Odziedziczył pan prężną firmę eksportową, nastąpił z tego powodu jakikolwiek stres?
- Redukuję go poprzez różne rzeczy - odpowiada, akcentując ostatnie słowo.
- Na przykład?
- Na przykład seks. - Uśmiecha się.
Jestem zdziwiona, bo przecież jak świat światem nikt nigdy tego nie robił, ale staram się po sobie tego nie pokazywać. Jest nieziemsko przystojny. Założę się, że kobiety same wchodzą mu do łóżka. Gryzę długopis.
- Ma pan jakieś odchyły seksualne? - muszę zadać to pytanie.
Co to znaczy "odchyły seksualne", pani psycholog? 

Na jego zachowanie może składać się wiele czynników. Powinnam zmieniać temat, co chwile, żeby nie skrępować go jakimkolwiek.
Nie, nie powinnaś zmieniać tematu, ponieważ to zwyczajnie głupie. Terapeuta ma za zadanie nakierować rozmowę na konkretne tory, ale jeżeli klient tego nie chce - nie zmuszamy go. I zupełnie tak, jak w normalnej rozmowie - pozwalamy drugiej osobie mówić na dany temat tak długo, jak chce (wiem, że czasem to trudne). 

Mogłoby to źle wpłynąć na przebieg terapii. Zamknięty człowiek to trudny człowiek.
A ona myślała, że spotka szczęśliwych, otwartych ludzi?
Na terapie chodzą przede wszystkim tacy! W jakim świecie ty żyjesz?
Praca terapeuty byłaby taka fajna, gdyby nie ci dziwaczni klienci. Z odchyłami.

Naginam lekko zasady.
- Nie można tak tego nazwać - zamyśla się.
- Czego?
Zaciska szczękę. Zadałam niewygodne pytanie. Musiałam trafić w sedno.
Manipulant też z niego żaden. Pan Malik powinien chociażby spróbować pokierować rozmową, a tego nie robi - dlaczego? Hm, może dlatego, że autorka kompletnie nie ma o tym pojęcia.
Gdyby był manipulantem, to po dwóch minutach tego dialogu zorientowałby się, że ma do czynienia z zagubioną jak dziecko we mgle amatorką bez pojęcia o tym, jak ta rozmowa ma przebiegać i jaki jest jej cel.
Konia z rzędem temu, kto udowodni, że słowo „manipulant” pojawiło się w notatkach z innego powodu niż:
a) to jest szekszi
b) robi z gościa bad boya
c) robi z gościa szekszi bad boya

- Może pan powiedzieć, jest pan tu po to - nalegam. – A ja jestem tu po to, by na siłę wyciągać z pana odpowiedzi na tematy, na które ewidentnie nie chce pan rozmawiać, przez co mogę jeszcze bardziej zniweczyć pracę pańskiej dotychczasowej terapeutki. Ale jestem tu, by panu pomóc, pan nie zapomina.˜˜˜˜
- Jesteś tu dla mnie, nie ja dla ciebie, nie zapominaj tego Suzanne - mówi spokojnym, stanowczym tonem.
Silę się, żeby mu czegoś nie powiedzieć. Wydawał się taki miły. Wiedziałam, że coś musi w nim siedzieć. Patrzę mu prosto w oczy. Nie spuszcza ich. To bezczelny gest z mojej strony, ale nie mogę się oprzeć. Większość osób ulega, jednak nie on. Uśmiecham się.
- Oczywiście, panie Malik. - Mój ton przybiera sarkastyczną, słodką nutkę.
Polecam wybranie innej ścieżki zawodowej, skoro nie potrafisz zachować obiektywnej postawy, w której nie atakujesz klienta swoim sarkazmem.
I nie reagujesz emocjami na jego zachowanie. 

Płachta na byka zadziałała. Wyprostował się na fotelu, biorąc dużą porcję powietrza w płuca. "Szybko się irytuje, jeśli coś nie idzie po jego myśli", notuje.
Jak już mówiłam - wywołanie skrajnych emocji to także sposób prowadzenia psychoanalizy, ale w takim wypadku cała sesja wygląda zupełnie inaczej.

- Proszę mi przypomnieć, kiedy wraca pani McKingley? - pyta prowokacyjnie.
- Za dwa tygodnie.
- Cudownie - mruczy pod nosem.
Wstaję z miejsca, siląc się na spokojny ton.
- Może pani McKingley obchodzi się z panem jak z jajkiem, ale ja nie zamierzam. Człowiekowi z zaburzeniami się nie ulega.
CO TU SIĘ DZIEJE?
Opko.

Równa się ze mną, wstając z miejsca. Uśmiecha się, szczycąc mnie przelotnym spojrzeniem, kokieteryjnym spojrzeniem. Wzdrygam się.
- Jeśli pan sobie nie życzy, proszę nie przychodzić w następny piątek - mówię głośno, chcąc żeby przestał unosić tak seksownie brew.
Nie chcę, aby wyczuł moje zdenerwowanie.
- Nie odpuścił bym sobie tak cudownego początku weekendu. - Wystawia rękę na pożegnanie, mierząc mnie wzrokiem.
Ściskam ją uprzejmie, prostując się.
- Na następne spotkanie postaram się przygotować wstępną diagnozę, porozmawiamy też w nieco innych warunkach. - Podchodzę do drzwi.
I znowu to samo. Inna terapeutka, inne warunki - to nie jest dobra metoda, ponieważ może wywołać stres, a tym samym pogłębić depresję lub wywołać mechanizmy obronne. 

- Do zobaczenia, panno Suzanne.
Mam ochotę zetrzeć mu ten irytujący uśmieszek. Liczę do trzech, zachowując spokój przykładnej terapeutki. Praca z dziećmi jest prostsza, jednak gdy przychodzą "duże" dzieci, mam ochotę rwać włosy z głowy.
To idź pracować z dziećmi. Albo nie, bo zaraz zaatakujesz je sarkazmem.
A najlepiej niech komputery programuje. Do pracy z żywymi istotami najzwyczajniej się nie nadaje.
Skoro nie lubi pracować z ludźmi, a zwłaszcza z „dużymi dziećmi”, jakimi część pacjentów może się okazać, dlaczego wybrała taką robotę, a nie np. wykładanie pieczywa w markecie?

- Do widzenia, panie Malik. - Zamykam za nim drzwi.
Czuję nadal jego zapach. Odurza mnie, w przyjemny sposób. Siadam za biurkiem i zaczynam wypełniać kolejne rubryki pod pacjentem Zayn Malik.
Rubryki pod pacjentem Zayn Malik... O polszczyźnie auuutorka ma takie samo pojęcie jak o psychoterapii.

1. Odkopana ulga
- TAK! UWIELBIAM, GDY KOBIETA MI SIĘ PODDAJE, GDY JEST NA MOJEJ ŁASCE, GDY MOGĘ ZROBIĆ, CO MI SIĘ ŻYWNIE PODOBA! - krzyczy.
Tak mi się skojarzyło: 
"Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu, 
kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu, 
gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie
i wargi się wilgotne rozchylają bezwiednie." - Kazimierz Przerwa-Tetmajer 

Ściskam dyskretnie żebra swoimi łokciami. Nie chcę wydać z siebie zduszonego okrzyku. Nie chcę nic mówić. Wszystko zniszczył, pieprzony dupek. Wszystkie skryte pragnienia wylały się, zalewając mnie całą. Nie mogłam oddychać, bo dotarły do płuc. Krew odpłynęła mi z twarzy, bo uderzyły w serce. Nie potrafiłam sklecić żadnej sensownej odpowiedzi, bo zawróciły mi w głowie.
Musiałam przeczytać to dobre trzy razy, żeby zrozumieć.
Ja nawet po czwartym razie nie zrozumiałam. 

Zmuszam się, żeby wziąć głęboki oddech. Boli, ale przynajmniej nie zemdleje z niedotlenienia.
Jeżeli boli ją oddychanie, to powinna udać się do lekarza. 

Patrzę w jego karmelowe oczy, które płoną żarem. Udało mi się, jednak nie czuję dumy. Choć Pani McKingley nie doszła tak daleko jak ja, wolałabym nigdy nie przejąć Zayna Malika.
Mam wrażenie, że autorka bardzo chce brzmieć w tym wszystkim inteligentnie. Główna postać ma być przenikliwą panią psycholog, dobrze prowadzić terapię i kierować rozmową, ale... zupełnie w to nie wierzę. Nie wierzę, że studentka nie mająca doświadczenia, potrafi zmusić klientów do wyznań, które nie usłyszała poprzedniczka - czyli "najlepsza psycholog w mieście". Po prostu to tak nie działa. Jeżeli Malik uważa swoje preferencje seksualne za temat wstydliwy, nie opowie o nim po kilku sesjach, wiedząc, że studentka zaraz go opuści, a na jej miejsce znów wskoczy McKingley. 
Po prostu to wszystko mówi nam - czytelnikom - że autorka nie ma pojęcia o czym pisze. Nie wie, jak wygląda sesja terapeutyczna, nie zna podstawowych pojęć psychologicznych, ani nie ma wiedzy z zakresu komunikacji. Tu nie chodzi o wiedzę fachową, tylko taką, którą można znaleźć w książkach albo Internecie. Wystarczy odrobina chęci. 

Gdybym tylko coś podejrzewała, ale przecież to naszło tak nagle, jak lawina...
- Niech pan siądzie - mówię uprzejmie, chociaż słychać w moim głosie stres. - Proszę - nalegam, gdy dalej stoi, łypiąc na mnie oskarżycielskim spojrzeniem.
Siada z impetem, ściskając rękoma skórzane obicie fotela.
- Czy pana zainteresowania w sferze seksualnej przekładają się na normalne życie, normalne relacje z ludźmi? - patrzę tępo w białą kartkę, boję się spojrzeć.
Żaden poważny psycholog nie rozmawia na takie tematy. Z tym to do księdza i piętnaście zdrowasiek.
Nie no - z terapeutą można rozmawiać o życiu seksualnym, aczkolwiek nie w tym tonie. Bardziej mnie martwi to, że takie sytuacje ją szokują. 

- Bardzo rzadko.
Odkładam podkładkę na bok. Zakładam nogę na nogę, znajduję w sobie odrobinę odwagi i patrzę mu w oczy. Mój umysł jest za mgłą, szuka czegoś, szczegółu z kartoteki.
- Jednak zdarzało się to dość często wcześniej - stwierdzam, przypominając sobie.
Przytakuje mi, nie wiedząc za bardzo do czego dążę.
- Wyżywał się pan na osobach nieposłusznych?
- Oczywiście, że nie - zaprzecza pretensjonalnym tonem.
Dobra rada dla opkotfurców (i opktfurczyń): nie używamy słów, których znaczenia nie znamy. Pretensjonalny nie znaczy „oznaczający, że się ma do kogoś pretensje”.
Niektórym tfurcom przydałoby się wytłumaczyć tak większość ˜„trudnych słów” w języku polskim.

Zaraz słyszę jego śmiech. Wypełnia mnie, dodaje otuchy. Atmosfera nie jest już tak gęsta. Mimo wszystko, zastanawiam się, czy ten zawód to naprawdę moje powołanie.
Zdecydowanie nie.

Sama powinnam skorzystać z porady psychologicznej.
Ciepło, ciepło... Pomijając wszystko inne, każdy kandydat na psychoterapeutę musi przed rozpoczęciem praktyki sam przejść psychoterapię. 
Ponadto osoby związane z psychologią wiedzą, że zwrócenie się do drugiego lekarza o radę nie jest niczym dziwnym. 
„Osoby związane z psychologią” to grupa, której autorka prawdopodobnie nie widziała nawet z daleka. I z całą pewnością nie wie. Można to wywnioskować choćby z następnego zdania, które sugeruje, że zamiast zwrócić się o radę do drugiego lekarza, bohaterka wolałaby zasięgnąć porady psychologicznej u swojego pacjenta.

 Uśmiecham się pod nosem, wyobrażając sobie zamianę ról. Malik na moim miejscu. Spoglądam na niego.
- Co cię bawi, Suzanne? - pyta.
- No to panie Grey, musimy popracować nad odcięciem preferencji seksualnych od życia codziennego - mówię wesołym tonem.
- O nie, ja nie jestem takim zwyrolem jak on- zapewnia mnie, uśmiechając się półgębkiem.
Starłabym ten uśmieszek. Raz dwa.
- Oczywiście - odpowiadam z przekąsem.
- Tak nie wyglądają relacje uległej i pana, jak to przedstawiła autorka, która najwyraźniej nie miała pojęcia, o czym pisze.
Będzie smaganie biczem, ostrzegam. 
Ledwo co odzyskałam internet, a tu już na wejściu takie kwiatki... Ech, raz Azie śmierć!

Upił łyk wody ze szklanki. Mrugam kilka razy, udając głupiutką. Gdyby tylko wiedział, jakie mam o tym pojęcie. Niestety nie z praktyki, ale oczytania, i na pewno nie w oparciu o książkę pani James. Z całym szacunkiem do tego dzieła. Obserwuję krople wody, które osadziły się na jego wargach. Przechodzi mnie dreszcz.
- Idiotka - ganię się w myślach.
Pierwszy raz się z nią zgadzam.

Nic nie mówię, chcę aby się otworzył. Pierwszy raz udało mi się nawiązać kontakt z Malikiem, z Zaynem, który nie za bardzo przepadał za naszymi spotkaniami, i vice versa. To było już ostatnim.
Kto w ogóle pomyślał, że dobrym pomysłem będzie prowadzenie terapii, chociaż ani klient, ani psycholog nie są z niej zadowoleni? 
Bo inaczej Malik musiałby siedzieć na świetlicy.

Potem pani McKingley miała przejąć lejce.
- Nie chodzi o to, aby zlać kobietę, aby zostawić jej czerwone pasy - rozwija temat, gestykulując dłonią.
Automatycznie się prostuje i zaczynam gryźć wewnętrzną stronę dolnej wargi.
Polecam zapanować nad swoimi odruchami. 

- Chodzi o to, żeby tak zlać, aby kobieta poczuła nie ból, ale falę podniecenia - dokańcza bez ogródek, bez wstydu przede mną, przeciągając rozkosznie sylaby ostatniego słowa.
Mimowolnie zaciskam uda. Czuję to cholerne ciepło i...jego spojrzenie. Zauważył. O kurwa. Zastygam w ruchu. Gdybym się teraz poprawiła na fotelu, byłoby jednoznacznym, że coś jest nie tak.
Że co? Mi się wydaje, że zastyganie jest bardziej podejrzane. 
Tym bardziej zastyganie w ruchu.

- Suzanne...-zaczyna.
- Czas spotkania dobiegł końca - mówię nazbyt entuzjastycznie, chcąc odwrócić jego uwagę od mojej osoby.
Podąża wzrokiem na tarcze zegara. Przytakuje, a jego twarz tężeje. Odprowadzam go do drzwi.
Odwraca się, patrząc mi w twarz. Czuje jak policzki mnie palą. Jestem teraz jak otwarta księga, po moich zachowaniach można wywnioskować wszystko.
- Widzimy się na następnym spotkaniu - żegna się.
- Już z panią McKingley - przypominam.
Stanął, a na jego twarzy wymalowała się jakaś konsternacja. Zmrużył spojrzenie, zastanawiając się nad czymś. Wychwyciłam to.
Wow, ale ty przebiegła i spostrzegawcza. 

- Przepraszam, że byłem problematycznym pacjentem.
Bezproblemowi nie chadzają na terapię, bo zwyczajnie jej nie potrzebują.

Jego uśmiech mnie krzepi.
- Razem osiągnęliśmy bardzo dużo, otworzył się pan - odpowiadam, kładąc swoją dłoń na jego ramieniu.
Panienka na zastępstwie znów czegoś nie wie – kontakt fizyczny jest dopuszczalny tylko jako element terapii i tylko za zgodą pacjenta.

Robię to na króciutką chwilę. Nie wzdryga się. Ten szczegół jest bardzo istotny. Na tej zasadzie mogę wstępnie wnioskować, czy jego zachowanie nie jest spowodowane jakimś urazem psychicznym, mroczną przeszłością, złym dotykiem.
Skoro dostała jego "kartotekę", gdzie McKingley zapisywała raczej wszystkie spostrzeżenia na temat Malika, to co oni robili przez te trzy miesiące terapii? Rozmawiali o pracy? Nie było tam żadnej wzmianki na temat przeszłości klienta? I o czym oni rozmawiali przez te dwa tygodnie? Tylko o preferencjach seksualnych? "Razem osiągnęliśmy bardzo dużo" - to znaczy, że tylko przyznał jej się, że lubi dominować panienki? 
Pewnie rozmawiali o pogodzie i aktualnym rynku nieruchomości, stąd brak jakichkolwiek informacji, poza czterema jakże szczegółowymi określeniami w notatkach McKingley. Przejście na jakiś inny temat może faktycznie było osiągnięciem.

- W takim razie musi się pani dać zaprosić na lunch. - Ton jego głosu jest zaczepliwy, a w oczach widzę dziwne ogniki.Z wielkim bólem, i jednocześnie ulgą, odmawiam.
- Przykro mi, nie mogę, to wbrew etyce zawodowej - uśmiecham się lekko.
- Słusznie - patrzy w swoje drogie buty, po czym podnosi z powrotem wzrok na mnie. - Jesteś bardzo mądrą, młodą kobietą, która ma szanse osiągnąć bardzo wiele, z tym, że raczej nie jako terapeuta - dopowiada i odchodzi.
A mnie nawet przez myśl nie przejdzie, że skoro klient traktuje mnie protekcjonalnie, to chyba gdzieś po drodze coś zrobiłam nie tak.
Bohaterka jest zbyt dobrą terapeutką, by w ogóle rozmyślać na takie tematy. Przecież nigdy nie popełnia błędów. Gdyby popełniała, nie wygrałaby tego sezonu „Szansy na Opko”.

Zamykam drzwi. Przekręcam zamek.
- Cholera - przygryzam wargę, siadając do dokumentów.
Obudził we mnie to, co dawno zostało schowane. Jestem charakterną dziewczyną, ale jeśli chodzi o sferę seksualną...Wplatam swoje palce w brązowe włosy i ciągnę.
- Skończ z tym! Wyrzuć to! - krzyczę w myślach.
Kojarzy mi się to z reklamą szamponu. Kobieta ciągnie się za włosy, wypadają jej garściami. Patrzy na swój stary szampon, krzycząc "Skończ z tym! Wyrzuć to!". Po chwili pokazuje się nowa marka i wszystko jest cacy. 

2. Supergirls don’t cry
Peter jest dobrym człowiekiem, z perspektywami na przyszłość. Patrzę na niego. Zaraża mnie uśmiechem, jego słowa przelatują obok mnie, lecz ja się wciąż uśmiecham. Nie mogę powiedzieć, że nie uszczęśliwia mnie, bo byłoby to kłamstwem. Jest bratnią duszą.
- Słuchasz mnie?! - Jego głos otrzeźwia mnie.
- Przepraszam, zamyśliłam się - tłumaczę, odwracając wzrok w stronę okna.
Jesienna pogoda potrafi wprowadzić w melancholię.
- Ostatnio jesteś jakaś nieobecna, czy w pracy wszystko w porządku? - Przycisza radio, aby lepiej mnie słyszeć.
- Jasne, wszystko jest w jak najlepszym porządku - kłamię, patrząc prosto w jego błękitne oczy.
Nie wiem, dlaczego tak łatwo mi to przychodzi, oszukiwanie bliskich ludzi. Jeśli robię to dla ich dobra, nie mam z tym najmniejszego problemu. Co miałam mu powiedzieć? Przyznać się, że obudziły się we mnie ukryte pragnienia, którym nie może sprostać? To byłoby nie fair. Fakt, sfera seksualna odgrywa ważną rolę w związku, ale to zaufanie scala, nie dziwne upodobania, które traktuje jak przejaw jakiegoś odchyłu w psychice.
"Odchył w psychice" - mówi studentka psychologii.
Zapewne wybrała ten kierunek, „żeby pomagać ludziom”. 
Może kiedyś pomogła przyjaciółce pozbierać się po zerwaniu z chłopakiem i w ten sposób odkryła swoje powołanie.

Muszę przestać o tym myśleć, o nim myśleć. Natychmiast.
- Zastąpienie McKingley nie sprawiło ci kłopotu? - pyta, nieco zaskoczonym tonem.
No tak, spodziewał się, że mała Suzanne przyjdzie po pierwszym dniu zdruzgotana, a on okaże się rycerzem w lśniącej zbroi i pocieszy mnie. Znałam go na wylot. Ostatnio nie miał okazji, aby mi zaimponować.
Serio po dwóch rozdziałach mam już dość tej "przenikliwości" bohaterki. Psycholodzy mają manierę analizowania wszystkiego, ale, główna bohaterko, nie odkrywasz niczego niezwykłego. To, że znasz swojego chłopaka nie jest jakimś wyczynem. 

- Trafił mi się przypadek dominanta, który przekłada sferę seksualną na życie codzienne - odpowiadam.
"Przekłada sferę seksualną na życie codzienne" - co, chodzi z biczem i knebluje podwładnych? A jak ktoś jest niegrzeczny to daje klapsy?
Łazi po biurze w lateksowym wdzianku.

- Ale uczyniłam dość spore postępy, jeśli chodzi o jego terapię - dodaję, gdy już otwiera usta, by coś powiedzieć.
Kiwa głową, na której znajdują się blond kosmyki.
- Jesteście zupełnym kontrastem - pragnę zauważyć.
Natychmiast gryzę się w język. Nie powinnam była tego mówić.
I znowu to samo. Zapanuj nad sobą! 
Chyba zdaje sobie sprawę, że powinna, niestety tylko w sferze prywatnej. W trakcie terapii jakoś jej to umyka.

- Doprawdy? - Dociekliwość Petera wychodzi mi już bokiem, nie umie niczego pominąć. - Trudno, żebym był podobny do sadysty, który biczuje kobietę w łóżku - żartuje sobie, ale ja wcale nie mam dobrego humoru. Obnaża się jego niewiedza na ten temat.
- Nie na tym to polega - mówię szeptem.
Szybko podgłaśniam stację radiową i oboje wyjemy do naszego ulubionego utworu "Supergirl" Anny Naklab. Zakrywam uszy, gdy Peter udaje damski głos, po czym wybucham śmiechem. Za to go kocham, że jest jednocześnie moim przyjacielem, że potrafi sprawić, aby uśmiech gościł na mojej twarzy.
- Hej, mała - krzyczy, rozsuwając szybę.
- Tak? - pytam.
- Supergirls don't cry. - Wskazuje na mnie palcem.
Posyłam mu szeroki uśmiech, macham i ruszam do pracy.
Nadjeżdża czarne BMW. Przewracam oczami i przyspieszam kroku. Malik najwyraźniej nie może się oprzeć i przejeżdża kilka centymetrów obok mnie. Ignoruję go, ignoruję ciepło w moim podbrzuszu. To jego prowokacja. W duchu cieszę się, że nie będę musiała już go znosić.
Chwila, moment — tu na pewno nie brakuje fragmentu tekstu? W jednym zdaniu mowa o wspólnym śpiewie z tym całym Peterem, w następnym bohaterka nagle znajduje się na ulicy. Nie, nie przyjmuję do wiadomości, że „przecież wiadomo, że to następnego dnia”.
Sprawdziłam - nie brakuje. 
Zagięcie czasoprzestrzeni: odhaczone. Bo kto przejmuje się spójnością wydarzeń?

Ściągam płaszcz i komin. Odwieszam go na wieszak w holu. Podchodzę do recepcji.
- Cześć Alice - witam się z koleżanką.
Odgarnia burzę rudych loków i macha mi, rozmawiając przez telefon. Wieszam się przez blat i sięgam swój dzisiejszy grafik. Puszczam je oczko, uśmiecham się i odchodzę.
Udaję się do swojego gabinetu. "Swojego" to bardzo duże słowo, o wiele za duże. Otwieram drzwi i widzę Michael'a, który namiętnie gwałci myszkę od mojego komputera, grając w strzelankę.
To, że na służbowym kompie są zainstalowane gry, to mały pikuś. Ale za to, że mają do niego dostęp osoby postronne, ktoś powinien ostro beknąć z ustawy o ochronie danych. Wprawdzie auuutorka nie raczyła wyjawić, gdzie dzieje się akcja jej wiekopomnego dzieua, ale każdy cywilizowany kraj ma przepisy tego rodzaju.

Wzdycham i siadam przy jego biurku, które jest wolne. Oddycham z ulgą widząc samych małoletnich. Praca z dziećmi nie sprawia mi problemu.
To zostań przedszkolanką. Ktoś ci pistolet do głowy przystawia i każe zajmować się czymś, do czego nie masz predyspozycji?
Może ta przyjaciółka, która kiedyś wypłakiwała się jej w ramię. 

Pani McKingley na pewno wróciła, czyli nie będę musiała użerać się z Zaynem Malikiem. Gryzę skórki od paznokci, rozmyślając o tym, co powie przełożona na temat zastępstwa.
- Michael - zagaduje, ale nie słyszy. - Michael! - krzyczę.
- Cholera - warczy, a ja słyszę głos lektora, mówiącego "game over". - Tak skarbie? - pyta, podjeżdżając swoim fotelem na kółkach.
- McKingley była od rana? - pytam, nie wysuwając nosa od kartotek moich podopiecznych.
- Tak - przytakuje.
- Mówiła coś na mój temat? - Patrzę na niego wymownym spojrzeniem.
Pociera palcami brodę, zastanawiając się.
- Była podirytowana, czytając akta tego biznesmena, tego, jak mu tam...
- Malika - dokańczam i przygryzam wargę.
- Nie może być na ciebie zła, to dość głęboka woda jak dla studentki - pociesza mnie.
A on skąd wie o kogo chodzi? I czy jest trudno?
Wszyscy pracownicy po godzinach siadają w kółeczku i opowiadają sobie wzajemnie, jak było  w pracy.
Zanim włączył strzelankę, zrobił sobie seans lektury zapisanej w jej komputerze dokumentacji. Bo dlaczego nie? Skoro komputery są wspólne, to ich zawartość też. Kij z tajemnicą zawodową.

Wkurzam się. Poucza mnie ktoś, kto sam ma problemy. Michael jest specem od uzależnień, a... O ironio.
Nie poucza, to po pierwsze - raczej starał się cię pocieszyć. A po drugie fakt - ty jesteś idealną, przenikliwą panią psycholog, która nie umie zapanować nad sarkazmem, przygryzaniem skórek, długopisów, warg, ani zachować obiektywizmu. 
Mawia się niby, że szewc bez butów chodzi, ale w tym przypadku rzeczony szewc chyba w życiu butów na oczy nie widział.

- Dzięki - syczę przez zęby.
Dzwoni telefon przy moim biurku. Wstaję i odbieram.
- Tak, Alice? - pytam.
- McKingley cię prosi - mówi przerywanym tonem.
Przełykam głośno ślinę.
- Już idę - odpowiadam i odkładam słuchawkę.
Poprawiam włosy w lustrze i wychodzę.
Droga do jej gabinetu wydaje się zbyt krótka. Nie mam czasu obmyślić wszystkich scenariuszy rozmowy, jaka może czekać mnie za drzwiami. Nieubłaganie zbliżam się. Gabinet znajduje się przy samej poczekalni, toteż mogę wyczuć znajomy zapach, jego zapach. Niesie się po całym pomieszczeniu.
I strasznie mnie denerwuje ta wymuszona atmosfera.

Odwracam głowę w jego stronę. 
- Dzień dobry Suzanne - wita się ze mną, stojąc cztery metry dalej. Wskazuje palcem na drzwi i już mam ochotę pytać, czy to jego sprawka, ale nie chcę dać mu satysfakcji. Uśmiecham się, mrużąc oczy. Oznajmiam moje przyjście pukaniem i otwieram wrota do piekieł, zostawiając myśli o Maliku za progiem.
Patrzy na mnie zza okularów. Jej twarz jest pulchna, przez co na pierwszy rzut oka zdaje się być miła.
- Suzanne, siadaj - wskazuje na fotel.
Jeszcze niedawno to on tu siedział. Biorę głęboki wdech.
- Gratuluję - mówi, siadając na nałokietniku drugiego siedzenia.
Klaszcze dwa razy w dłonie. Ten gest nieco mnie krępuje.
- Ale przecież nie ma czego - odpowiadam skromnie.
- Jeszcze nie, faktycznie, ale jeśli tylko wytrwasz, osiągniesz sukces. - Jej wypowiedź mnie niepokoi.
- Proszę...
Gestem dłoni każe, abym jej nie przerywała.
- Pan Malik zażyczył sobie, żeby to pani prowadziła dalej jego terapię - oznajmia.
Czuję jakby ktoś zmiażdżył mi klatkę piersiową. Muszę odmówić.
- Niestety, ale...
- Nie ma żadnego "ale", moja kochana, jeśli chcesz tu zostać, nie masz wyjścia.
Bo jesteśmy jedną wielką korporacją, a nie poradnią terapeutyczną.
W tym szaleństwie jest metoda — ta ciumla przez następne pół wieku na krok się nie zbliży do rozwiązania problemów tego całego Malika, a klient płaci od spotkania. W ten sposób firma ma przychód gwarantowany przez długie lata.
Jakaś metoda w tym jest, ale jeśli Malik faktycznie okaże się być taki, jakim opisała go w notatkach McKingley (w co szczerze wątpię, sądząc z wcześniejszych scen), to szybko powinien się zorientować, że coś tu jest nie tak.

Patrzę je w oczy. Widzę smutek, sama nie wiem, czym jest spowodowany. Nie mogę myśleć.
- Da mi pani czas do zastanowienia? - pytam.
- Oczywiście, moja droga. Jeśli się zgodzisz, będę musiała również poinformować cię o istotnym szczególe, którego niestety nie zanotowałam ci w ewentualnych wypadkach... - jej głos zamiera, patrząc na moją, zapewne już bladą, twarz. - Idź już - poleca mi.
Posłusznie udaję się do drzwi, nie zadając kolejnych pytań. Wychodzę pospiesznie i od razu skręcam w prawo. Nie chcę na niego patrzeć. Udaję się do bufetu, gdzie zamawiam duży kubek kawy.
Ponieważ mając podniesione ciśnienie sytuacją, chcę podnieść je sobie jeszcze bardziej - dużym kubkiem kawy. Bardzo logiczne. 
Może to była kawa bezkofeinowa z melisą.

- Nienawidzę go - mówię do siebie.
Staję przy uchylonym oknie. Zimne powietrze nie pomaga. Moje koszmary wychodzą na wierzch. Najbardziej obawiam się tego, że wywlecze siłą to, co zakopałam dawno temu. Ludzie nawet nie przypuszczają, że osoba taka jak ja może mieć takie upodobania.Mam dominujący charakter, ale w niektórych aspektach potrzebuję silnej ręki stanowczego mężczyzny.
Właściwie powiedziałabym, że to nic dziwnego, a nawet rzecz bardzo częsta. Ludzie mający dominujący, bardzo stanowczy charakter częściej lubują się w klimacie BDSM, ponieważ mogą przekazać kontrolę drugiej osobie. 

W końcu trafiła kosa na kamień. Strata posady nie wchodzi w grę, muszę to jakoś przeboleć, przeboleć Zayna Malika, który od ostatniego czasu spędza mi sen z powiek.
A raczej mroczne fantazje, które jego dotyczą...

3. Raz, dwa, trzy
Uwaga: Fragment erotyczny, czytasz na własną odpowiedzialność.
Lubię te ostrzeżenia, zawsze przestrzegają przez złym opisem seksu. Przy dobrych tekstach, nigdy coś takiego się nie pojawia. 

Nie patrzy mi w oczy, gdy robi co trzeba. Czuję się bezwładna, jakbym była laleczką w jego rękach. Obserwuję z zachłannością każdy ruch, który wykonuje. Skupienie, tym wymalowana jest jego twarz.
- Fascynuje mnie twoja dokładność - zauważam rozbawionym tonem.
Nowa sytuacja, w której się znajduję sprawia, że zmieniam się w środku. Ożywam.
- Pozwoliłem Ci się odezwać? - pyta, łapiąc mój podbródek.
Muszę spojrzeć mu w karmelowe oczy. Wymaga tego ode mnie. Zaprzeczam ruchem głowy. On wplątuje w moje włosy swoje sprawne palce. Ciągnie. Czuję podniecenie, które spływa od cebulek moich brązowych kosmyków, aż do podbrzusza. Zatrzymuje się tam. Łapię słodkie uczucie i trzymam między udami jak tylko długo się da.
- Jeszcze raz odezwiesz się bez pozwolenia, a wyciągnę konsekwencje - zagroził.
Jego ton głosu jest cholernie seksowny, gdy się złości. Zauważa, że zaciskam uda. Jednym ruchem sprawia, że odsuwają się od siebie. Przywiązuje je do dwóch innych końców. Nie mogę zauważyć dokładnie do czego.
Kończy mnie związywać. Pociąga za sznur i mimowolnie unoszę ręce. Stoję na palcach. Jest stabilnie, wygodnie.
Stabilnie? Wygodnie? Na palcach? Ze sznurem? Chyba Malik się nie postarał. 
No bo to ma być BDSM, ale wiesz, takie grzeczne, żeby nikomu źle nie było...
On ma najwyraźniej takie samo pojęcie o BDSM jak ona o psychoterapii. Czyli pasują do siebie.

Przytakuje sam sobie, czytając z moich oczu. Nie musi zadawać zbędnych pytań. Nigdy nie zadaje... To w nim uwielbiam.
Podchodzi do komody.
- O nie...- wymyka mi się, kiedy widzę jak niesie skórzany pejcz.
Stoicki spokój momentalnie go opuszcza. Bierze z srebrnej etażerki knebel i bez ostrzeżenia zakłada mi go za karę. Szarpię się, ale on nie ulega. To ja mam się poddać...To ja jestem jego... To ja mam ulec...
- Suzanne...- zaczyna, jeżdżąc rozkosznie palcami po moim ciele. - Taka mała Suzanne, a taka niegrzeczna, nieposłuszna.
Dostrzegam błąkający się uśmiech na jego twarzy. Już wiem, co go tak cieszy. Sprawdza opuszkiem, czy jestem mokra. Cholernie gotowa, wydaję z siebie jęk. Nie powtarza tej czynności, choć bardzo tego pragnę. Staję na samych palcach, gdy trzonem pejcza przejeżdża po moich wilgotnych wargach sromowych. Widzę smugę śluzu, którą na nim zostawiłam.
Odsuwa się ode mnie. Boję się tego, najbardziej bólu, który mi podaruje. Smaga mnie pierwszy raz. Liny sprawiają, że mogę tylko drgnąć. Strach był zupełnie niepotrzebny. Czuję lekkie napięcie skóry, mrowienie, ale nic poza tym. Uśmiecham się w duchu.
- Mówiłem, że to przyjemne.
Bo nie umiesz bić. 

Gdy uderza drugi raz, podskakuje. Zrobił to o wiele mocniej. Teraz poczułam lekkie szczypanie, ale co za tym idzie, większą przyjemność. Chcę, żeby nie przestawał. To bardzo przyjemna tortura.
Kręci rączką, aby paseczki się pooddzielały. Tym razem trafia w biust. Jest to bardziej intensywne, zwłaszcza, że mam bardzo wrażliwy biust.
Tylko ona ma bardzo wrażliwy biust. Jedyny biust w swoim rodzaju.
Opkobohaterka zawsze wszystko ma bardziej. 
Oprócz kwalifikacji zawodowych, wiedzy o kraju, w którym mieszka, umiejętności poprawnego używania apostrofów w zagranicznych imionach i nazwach, przeżywania jakichkolwiek głębszych emocji...

Wydaje z siebie cichy jęk, stłumiony przez knebel.
Dostaję jeszcze kilka razy. Podchodzi do mnie i chwyta moje włosy, ciągnąc je do tyłu. Odchylam szyję. Całuje ją. Z początku tylko muska wargami, ale potem nadaje łapczywe tempo.
Zjada jej szyję!
Szuka tętnicy.
Taka wariacja na temat Anny Boleyn.

To jego recepta na rozkosz. Oczekiwanie. Nic od razu, nic za darmo. Czuję na mojej skórze jego pożądanie. Jest na granicy, ledwo się powstrzymuje, wnioskuję to po przerywanym oddechu i kropelkach potu na czole. Zdejmuje mi knebel.
- Zayn - zdążam tylko to wychrypieć, kiedy jego język rozkosznie zabawia moje wargi.
- Kochanie już jestem! Podnoszę się gwałtownie. Czuję w sercu dziwne kłucie. Oddycham głęboko.
- To tylko sen - mówię do siebie, przyciągając kolana do brody.
Do sypialni wchodzi Peter, zadowolony.
- Kupiłem nową końcówkę do węża, teraz będzie łatwiej myć nasze autko. - Jego ton jest rozradowany, infantylny.
A ja czuję jak moja złość, wściekłość kotłuje się we mnie, w mojej duszy, przez ten styl. 

Nie zauważa mojej konsternacji. Przytakuję mu, wymuszając uśmiech i kładę się z powrotem.
Zaczynam myśleć. Nie chcę tego, ale nie mogę przestać. Słyszę jak Peter włącza radio w kuchni. Gdy rozbrzmiewa "Supergirls don't cry", wybucham płaczem. Nienawidzę być, kim jestem. Tak trudno z tym walczyć... Tak trudno walczyć z pożądaniem.
Skoro od wstępu autorka uparła się na psychoanalizę, to i ja przyczepię się do niej w tym momencie. To właśnie Freud stwierdził, że analiza snów jest bardzo ważna, to także on stwierdził, że ludzie kierują się popędem seksualnym. Co za tym idzie, pani psycholog powinna wiedzieć, że walka z pożądaniem jest skazana na porażkę, ponieważ ego, starające się pogodzić id (czyli popęd) i super-ego (czyli zasady moralne), kieruje się zasadą rozkoszy. 

4. Decyzja
Wsadzam koszulę w wysoki stan moich jeansów. Ostatni raz poprawiam usta matową szminką i schodzę z poddasza. Kuchnia śmierdzi nieudanymi wyczynami Petera. Poddał się i postawił na kanapki z przesadną ilością warzyw.
- Obsesja na punkcie witamin? - pytam, gdy wychodzi z łazienki.
Dopiero co wziął prysznic. Kropelki wody spływają leniwie po jego torsie. Opieram się o stół i zakładam ręce na piersiach, widząc jego uśmieszek.
- Będziesz miała siłę do pracy - odpowiada. - Proszę, zjedz.
- A jak nie zjem? - prowokuję go, sama nawet nie wiem dlaczego.
- To niestety będziesz głodna, skarbie.
Wyciąga z lodówki wodę. Przewracam oczami. Czego ja oczekiwałam? Klapsa? Czasami moje zachowanie jest absurdalne.
Czasami?!

- Za pół godziny muszę być w pracy - przypominam, wołając zza pleców.
- Jasne - mówi z pełną buzią pasków marchewki.
Mając ostatnią wolną chwilkę, zerkam na smartfona. Nic nowego. Wchodzę w moją ulubioną aplikację - pamiętnik. Czytam ostatni wpis.
O którym nic nie wiemy, bo tak. 
Prawdopodobnie treść pamiętniczka jest dla bohaterki (oraz, być może, również autorki) znacznie bardziej tajna od notatek objętych tajemnicą zawodową.

Nerwowo gryzę skórki przy paznokciach. Mam nadzieję, że decyzja, którą podjęłam, okaże się słuszna. Kątem oka obserwuję Petera. Przypominam sobie ostatnie dwa lata naszego związku. Czy byłam szczęśliwa? Byłam, ale bardziej to "szczęście" polegało na stabilizacji.
Przypuszczam, że podobny rodzaj szczęścia mogłaby zapewnić sobie sama, choćby ze względu na to, że może samodzielnie się utrzymywać, zaś biedny Peter pełni w tym opku jedynie rolę „zapychacza” akcji. Głównym celem jego stworzenia jest zapewne próba stworzenia czegoś na kształt „trzymającej w napięciu fabuły”, w której robi on za przeszkodę między głównymi bohaterami. Czyli, mówiąc skrótowo, znalazł się w opku jedynie po to, by zostać z niego usuniętym możliwie jak najszybciej. Lekko mi turpizmem powiało, bo w sumie nie wiadomo jeszcze, jak autorka go usunie.
Szczególnie widoczne jest to w dalszej części. Peter jest postacią bezosobową, której czytelnik w ogóle nie zauważa. Jest tylko po to, by wypowiedzieć kilka nieznaczących zdań i zmusić główną bohaterkę do rozterek, w które też trudno uwierzyć. Cóż - jak już kilka razy wspomniałam, autorzy opek mają jakiś problem z nakreślaniem postaci drugoplanowych. 

Gdy dotarliśmy pod wieżowiec, pożegnałam go i weszłam do środka. Mała Lindsay czekała już w poczekalni. Pomachałam jej na powitanie. Uśmiechnęła się. Alice jak zwykle wisiała na telefonie, zabawnie piłując paznokcie. Rasowa recepcjonistka.
- Młoda! - woła za mną, zakrywając słuchawkę telefonu.
- Tak? - pytam.
- Dwie sprawy, chodź maleńka!
Podchodzę do blatu, zawieszam się na nim.
- Po pierwsze, przypominam o imprezie w sobotę. - Spojrzała na mnie wymownie.
Uśmiecham się.
- Jasne, jasne - odpowiadam.
Oczywiście, zapomniałam.
Swoją drogą wspomnienie o imprezie, wymaga chociażby krótkiego opisu tejże posiadówy. Ale autorka chyba o niej zapomniała. 

- A i ten twój Malik spóźni się. Prosił, żebyś zaczekała.
Wzdycham niezadowolona.
- No dobrze, i tak mam go na końcu - odpowiadam.
- Co jak co, ale z niego niezłe ciasteczko.
Oczy Alice zapłonęły dzikimi ognikami. Macham ręką, aby dała spokój i idę do swojego gabinetu.
Przyjmuję Lindsay. Praca z dziećmi mnie odpręża. Mimo wszelkich starań, nie potrafię powstrzymać myśli o Maliku. Jednak skoro prosił...
Nawet gdyby nie prosił, a jedynie zgłosił, że się spóźni, zaczekanie na niego nie byłoby żadną łaską. Gdyby odpuszczała sobie wizyty, bo jej się nie chce albo coś tam innego, mogłaby szybko pożegnać się z karierą w tej poradni.
I we wszystkich innych. Z kilkunastominutowym spóźnieniem zawsze trzeba się liczyć, bo czasem trzeba nieoczekiwanie zostać w pracy o godzinę dłużej, bo po drodze są korki, bo dziecko, babcia, pies albo kot może nagle zachorować, bo codziennie zdarza się sto tysięcy rzeczy rujnujących ludziom plany. Zwłaszcza jeżeli pacjent zawiadomi, że się spóźni. Ktoś, komu do tego stopnia brakuje pojęcia o życiu, że nie wie o czymś tak oczywistym, do zawodu terapeuty zwyczajnie się nie nadaje.

~*~
Niechętnie zostaję w pracy po tym, co przekazała mi pani McKingley. Wyginam palce w każdy możliwy sposób, wszystko z nerwów. Podchodzę do okna. Odchylam roletę. Ani śladu BMW. Mogę sobie pójść...Mógł być przecież punktualnie.
Halo? Przecież zadzwonił, że się spóźni. Co ona ma sklerozę? 

To byłaby ucieczka... Chcę uciec!
Pośpiesznie zbieram płaszcz, inne rzeczy i udaję się do drzwi. W momencie gdy chwytam za klamkę, rozlega się pukanie. Podskakuje, rozsypując wszystkie graty.
- Cholera - klnę pod nosem.
Zbieram wszystkie rzeczy i pospiesznie wpycham w szafkę z segregatorami.
- Proszę - wołam, przygniatając torebkę ciężarem ciała. - Siedź tu - rozkazuje jej po cichu.
Wchodzi. Biorę oddech. Gdyby tylko w powietrzu zawarta była odwaga, wypełniłabym nią płuca po brzegi. Póki co, dławię się swoim strachem. Pierwszy raz widzę go bez garnituru. Czarna, skórzana kurtka zasłania szary podkoszulek, a przetarte jeansy luźno zwisają, nie opinając jego nóg. Chwała Bogu, nie ma nic gorszego niż mężczyzna w rurkach. Chociaż, może przestałabym o nim fantazjować... Ciekawe jak wyglądałby w leginsach galaxy.
Widzicie strasznie przystojnego faceta i zastanawiacie się, jak wyglądałby w leginsach galaxy?
Jeśli mamy ochotę na antyafrodyzjak, to tak. Bo właśnie w ten sposób działa widok mężczyzny w jakichkolwiek leginsach.

Nie mogę sobie tego za Chiny wyobrazić. Przed moimi oczyma pojawia się jedynie półnagi Malik z pasem w ręku. Z głupich rozmyślań wyciąga mnie jego głos.
- Zatrzymały mnie ważne sprawy, stąd moje spóźnienie - mówi na wstępie.
- Dzień dobry, panie Malik - odpowiadam wymownie, sugerując że najpierw należałoby się przywitać.
Kompletnie to lekceważy.
- Miło, że poczekałaś - mruczy, siadając wygodnie w fotelu.
Udaję, że szukam czegoś na półce. Nie chcę na niego patrzeć. Jest przebrzydle pewny siebie.
- Nie ma za co. - Zaciskam zęby. Ani śladu "dziękuję" z jego ust. Wyjmuję niechętnie notes i siadam naprzeciw.
Powiedział "miło, że poczekałaś", poza tym - kochanie - to on tutaj płaci. Nie musi dziękować, że poczekałaś te kilka minut więcej, szczególnie, że zrobiłby to każdy, dobrze wychowany człowiek. 
A nawet jeśli nie dobrze wychowany, to przynajmniej przywiązany do swojej posady. BTW, chyba jestem jakaś dziwna, skoro słowa typu „miło, że poczekałaś” uznaję za równoznaczne z „dziękuję”.
Nie jesteś, bo też uznałam to za wyraz wdzięczności. 

- Dziwne, McKingley zapytałaby, gdzie się podziewałem. - Oddycha głęboko, patrząc wiercącym spojrzeniem. - Wścibska kobieta.
Unoszę leniwie brew.
- Dlaczego zmienił pan terapeutkę? - pytam, nie odrywając wzroku od kartki.
Staram się za wszelką cenę ograniczyć kontakt wzrokowy. Słyszę, że wstaje z miejsca. Przechadza się po gabinecie, ogląda pierdoły leżące na moim tymczasowym biurku.
- Uważam, że pani jest odpowiedniejsza do mojego przypadku.
Zaciskam mocniej palce na długopisie, słysząc co wygaduje. Nie rozwija tematu, więc nie naciskam, choć kusi.
- No dobrze, zacznijmy więc - mówię, uśmiechając się fałszywie.
Przytakuje mi, ale nie siada na miejsce.
- Czuję się niezręcznie, czy mógłby pan usiąść? - Patrzę w jego karmelowe (półpłynne? lepkie?) oczy, które łapczywie obserwowały moje ciało w nocnym, rozkosznym "koszmarze". Wzdrygam się, przechodzi mnie dreszcz.
Tak się dzieje, gdy czytam tego typu określenia z pustym żołądkiem...


- Nie.
Prostuję się. Jego ton jest stanowczy.
- No dobrze. Tak jest panu wygodniej...Najwidoczniej - mruczę pod nosem.
Ona ciągle mamrocze pod nosem, uśmiecha się, rzuca jakieś idiotyczne komentarze - nie, nie bądź terapeutką. 

Jeszcze nie wiem, dlaczego tak dziwnie się zachowuje. Jest lekko rozdrażniony.
- Ostatnio miał pan problem z pracownikami w firmie. Trzy kobiety zwolniły się po tym, jak pan je potraktował. - Sama nie wiem, dlaczego mój ton jest lekko rozbawiony.
Patrzę na niego. Oczekuję odpowiedzi.
Wzrusza ramionami.
- I? - pytam.
- Zrobiły słusznie, po co mi pracownicy, którzy nie umieją wykonać najprostszych poleceń - mówi bez ogródek.
Przeciera oczy palcami.
- Użył pan przemocy? - Patrzę na niego z nadzieją, że jednak nie.
- Tak.
Zawodzę się. Dlaczego z takimi ludźmi zazwyczaj coś jest nie tak?
Bo gdyby wszystko było z nimi w porządku, nie chodziliby na terapię. Słonko, jesteś psychologiem, a to, że twoimi klientami będą osoby, z którymi jest coś nie tak powinno być dla ciebie oczywiste.

- Jakiego rodzaju?
- Przywiązałem je do kratek wentylacyjnych i smagałem batem, aż same się nie zwolniły.
Wydaję z siebie zduszony okrzyk. Patrzę na niego jak na wariata.
- Ale...- zaczynam, jednak nie wiem co powiedzieć.
- Suzanne...Żartuję - Uśmiecha się słabo.
- Bardzo śmieszne - odpowiadam.
W sumie to jest śmieszne, bo nie wiem skąd przypuszczenia, że miałby bić swoich pracowników. Szczególnie, że groziłoby mu za to więzienie.
Ironię rozumie się tylko od pewnego IQ w górę. Naszej bohaterce raczej daleko do tego progu. 

Przygląda mi się dokładnie.
- Nie zauważyłaś, że wszystko, o co mnie pytasz, musi mieć związek z bdsm? - Jego spostrzeżenie jest trafne.
- Pod tym kątem próbuję pana leczyć.
Leczyć? Ale co jest takiego złego, że chłopak lubi bawić się biczem z kobietami, które lubią, kiedy mężczyzna się nim bawi?
O to pytaj księdza, bo coś mi się wydaje, że ta poradnia, a przynajmniej sama Suzanne, dość mocno kieruje się zasadami religii i uznaje cokolwiek poza „standardowymi” upodobaniami za niewyobrażalną perwersję i przedziwny „odchył. Może i wychodzę na lewaka, ale to aż w oczy kole.

- Nawrzeszczałem, tylko tyle. Takie sytuacje zdarzają się w firmie - tłumaczy. - Takie sytuacje zdarzają się też ludziom o normalnych upodobaniach seksualnych. Uwierz, czasami jest ciężko, ale udaje się zachować spokój, opanowanie.
Próbuje wykrzesać we mnie wyrzuty sumienia.
Niby skąd takie przypuszczenia? To, co powiedział jest całkowicie normalne - powiedziałabym to samo w takiej sytuacji, ponieważ faktycznie wszystkim zdarza się na kogoś nawrzeszczeć. Ponadto myślę, że osoby związane z BDSM potrafią lepiej zapanować nad swoimi uczuciami. W takim związku chodzi bardziej o wspólne pokonywanie granic wytrzymałości, a tym samym wymaga od osoby dominującej cierpliwości.  

Odkładam notes na etażerkę. To jest dobry moment, by mu powiedzieć. Patrzy na mnie wyczekująco, nie za bardzo wiedząc, co zamierzam zrobić.
- Panie Malik - zaczynam, jednak po tych dwóch słowach odwaga mnie opuszcza. - Ja muszę o coś pana prosić...- Zamieniam się w słuch.- Nie mogę prowadzić pana terapii i dlatego...
- Dlaczego nie? - przerywa mi.
Na jego twarzy nie widać żadnej emocji. Stoicki spokój...Tylko to.
- Nie nadaję się do tego, dopiero studiuję, pan jest zaawansowanym przypadkiem a... - wpadam w słowotok, który przerywa. - Przecież ja pracuję z dziećmi, nie z... - głos mi się urywa.
Liczę na to, że mnie zrozumie, że wyjdzie natychmiast, przestając tym samym dręczyć moją psychikę fantazjami.
Siada na fotelu. Wreszcie. Opiera łokcie na kolanach, pochylając się w moją stronę.
- Sama się zgodziłaś, więc...
- Miałabym stracić pracę?! - mówię głośniej.
Jak już wspomniałam, zamiast poradni terapeutycznej mamy tutaj przykład korporacji. Bardzo złej korporacji, w której grozi się pracownikom zwolnieniami.
W poradni terapeutycznej znalazłby się chyba ktoś ogarniający, że chęć udziału w terapii muszą wyrazić OBIE strony. To nie jest przypadek „płacę i wymagam” tudzież „naś klient naś pannn”.

- Ten staż jest dla mnie bardzo ważny, nie każdy student ma taką możliwość - tłumaczę. - A pan wchodzi komuś na siłę w tyłek! - oburzam się.
Unosi brew. Mój oddech przyśpiesza.
- Miałam na myśli, że jest pan absorbujący w stosunku do mojej osoby - dodaję szybko.
- Zrozum, możesz się wiele nauczyć, ja na ciebie nie naciskam, ale o to właśnie chodzi, aby podejmować wyzwania. Twoja odwaga pozwala, aby siedzieć w pomieszczeniu z taką osobą, jaką jestem.
Po raz kolejny terapeuta i pacjent zamieniają się rolami.

Mówi spokojnie, aczkolwiek jego karmelowe oczy piorunują mnie. Nie chcę przebywać z nim. Nie mogę pozbierać szkła, które się przez niego rozsypało, bo na nowo je tłucze.
Jakie szkło? Skąd się tam szkło wzięło?
Może on jest młotkowym, po gabinecie z młotkiem szalał.

 Nie mogę się oprzeć...Nie chcę się opierać, ja chcę zapomnieć!
- Wygryzłam moją przełożoną, cudownie. - Chowam twarz w dłonie i zakrywam się kotarą włosów.
- No cóż, McKingley nie może być dwadzieścia lat młodsza, nawet jeśli bardzo by chciała.
Chciała się zamienić miejscami z Malikiem - proszę bardzo, myślę, że byłby bardziej odpowiedni. 

Słyszę jego śmiech i mimowolnie moje kąciki wędrują ku górze.
- Tylko dlatego nastąpiła zamiana?
- Nie - zaprzecza. - Nastąpiła, dlatego że...
Słyszę dzwonek mojej komórki.
Kolejny podstawowy błąd. Komórkę się wyłącza, żeby nie wybić klienta z rytmu. Poza tym nie odbieramy telefonu, kiedy z kimś rozmawiamy, to tym bardziej nie robimy tego, kiedy prowadzimy terapię. 
Bohaterka prawdopodobnie przespała kilka wykładów, odpuściła sobie też kurs savoir-vivre'u. Bo nieobowiązkowy był.

Patrzę na regał, gdzie wepchnęłam torbę. Mój wzrok przenosi się na Malika.
- Odbierz, na pewno coś ważnego - mówi, patrząc w dywan.
Szybko wstaję. Odbieram bez zastanowienia, myśląc że to Peter. To co słyszę, zwala mnie z nóg. Podpieram się o parapet, powstrzymując upadek.
- O Boże - szepczę, patrząc wystraszonym spojrzeniem na Zayna.

Oto nadszedł wielki Zwrot Akcji... Jednak w tym dramatycznym momencie kończymy dzisiejszą analizę. Czego dowiedziała się Suzanne? Czy Malik wreszcie ją zaknebluje? Do następnego wtorku!

7 komentarzy:

  1. ,,Cóż - jak już kilka razy wspomniałam, autorzy opek mają jakiś problem z nakreślaniem postaci drugoplanowych. " Żeby tylko z tym.

    OdpowiedzUsuń
  2. Super analiza! Taka jakaś bardziej kwikaśna, niż Drarry sprzed dwóch tygodni.

    OdpowiedzUsuń
  3. Psychologa w opku to jeszcze chyba nie widziałam..
    Dobre! Czekam na więcej....

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. Karmelowe oczy x5. Jak zobaczę to sformułowanie jeszcze raz to chyba zrobi mi się niedobrze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś pisałam opowiadanie i włosy jednej z postaci ciągle określałam jako ,,w kolorze karmelu". Czytanie tego to taki wyrzut sumienia, gdy kończysz liceum, a nie gimnazjum, denerwujące w sumie.

      Usuń
  5. Praca z dziećmi jest łatwiejsza od pracy z dorosłymi? Chyba we wszechświecie równoległym.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Właściwie powiedziałabym, że to nic dziwnego, a nawet rzecz bardzo częsta. Ludzie mający dominujący, bardzo stanowczy charakter częściej lubują się w klimacie BDSM, ponieważ mogą przekazać kontrolę drugiej osobie." - czy więc nie byłoby na odwrót? Gdyby ona miała fantazje, że dominuje Malika? Bo wydawałoby się właśnie, że ona - taka mimoza, nagle przejmuje inicjatywę, a on - taki szef korpo, od którego skinienia zależą tysiące pracowników, relaksuje się, gdy jakaś dominująca panna po dupsku pejczem smaga. Oczywiście upraszczam, ale jakoś tak psychilogicznie byłoby spójniejsze, bardziej uzasadnione, (i ciekawsze) imho.
    "Chwila, moment — tu na pewno nie brakuje fragmentu tekstu? W jednym zdaniu mowa o wspólnym śpiewie z tym całym Peterem, w następnym bohaterka nagle znajduje się na ulicy. Nie, nie przyjmuję do wiadomości, że „przecież wiadomo, że to następnego dnia”." - a to nie było tak, że Peter odwoził ją samochodem do pracy, śpiewali i ona wysiadła z samochodu, a tu WTEM Malik wyskakuje zza krzaka przed tą kliniką? Bo tak to zrozumiałem.
    Przyczepiłbym się tylko do dominanta, za SJP: "dominant «gatunek przeważający ilościowo w zespole organizmów lub osobnik zajmujący najwyższe miejsce w hierarchii stada»". Rozumiem, że autorka zastosowała kalkę z angielskiego "domina - dominant", ale jakoś dominant mi nieprzerwanie kojarzy się z wieloma dominantami (ze statystyki). [Funfact: Słownik Doroszewskiego podaje, że "domina" to "lichy, mały dom", ale już takim konserwatystą bym nie był:)] Acha, i szkoda mi Petera, bo mógłby być ciekawą postacią, a faktycznie wyszedł jako taka tania opozycja "nudnej stateczności" dla "krejzolskiego życia z Malikiem".
    Generalnie analiza bardzo fajna, a opko zabawne. Powodzenia przy dalszych częściach.

    OdpowiedzUsuń