wtorek, 22 listopada 2016

18. Karmelowe oczy, widzę karmelowe oczy, czyli Grey na psychoterapii cz. 2

Witajcie! Dzisiaj kolejna część opowieści o Suzanne - studentce psychologii i Zaynie Maliku - biznesmenie, który udaje Christiana Greya. Poprzednia część zakończyła się w dramatycznym momencie - pani psycholog odbiera telefon i słyszy koszmarną wiadomość. Ale jaką? Tego właśnie się dowiecie! Miłej zabawy!

Źródło: https://www.wattpad.com/story/56426207-terapeutka-diabła

Analizują: baba_potwór, Az i J

5. Szpital
Po tym, jak Suzanne otrzymuje telefon, dowiaduje się, że jej ojciec jest w szpitalu. Jedzie tam z Malikiem. Ona płacze, ale najważniejszą informacją jest to, że Peter zna się z naszym chorym psychicznie Greyem panem Malikiem. 

6. Seks czy marchewka?
W szpitalu towarzystwa dotrzymuje jej brat (Tony) oraz Malik, ponieważ Peter „musi wrócić do swoich obowiązków”. Później jednak także wychodzi, na czym kończy się wątek chorego ojca. 

Dwa tygodnie później...
Wchodzę do przedpokoju z dwoma siatkami zakupów.
Niestety, nie zmieścił mi się w nich podręcznik gramatyki, z którego dowiedziałabym się, że poprawna forma brzmi „dwiema siatkami”.
Albo to siatkowie byli.

Podbiega do mnie Tony, uśmiechnięty. Widocznie ucieszył się na mój widok.
Brawo, Sherlocku!

- Sue! Mamy gościa! - krzyczy na wstępie.
Od bardzo dawna nie słyszałam, żeby ktoś tak mnie nazywał. Tata miał zwyczaj wołać mnie w ten sposób, gdy byłam dzieckiem. Nie wiem jakim cudem to określenie wypłynęło z ust mojego młodszego brata.
Pewnie tak samo jak każde inne słowo – wypchnięte z ust powietrze poruszyło struny głosowe. Resztę zrobił odpowiedni ruch ustami.
Ile lat ma Tony? Bohaterka ma dwadzieścia trzy lata (jest to powiedziane w rozdziale, który pominęłyśmy), a brat zachowuje się jak sześciolatek. To dość spora różnica wieku... Znaczy wiem, że to się zdarza, ale raczej rzadko. I wypadałoby jakoś to wytłumaczyć. 
Czepiasz się, tłumaczyć nie trzeba. Zdarza się tak czasem, nawet między mną a moim bratem jest szesnaście lat różnicy.

- Peter cię odebrał? - pytam, odwzajemniając uśmiech.
- Tak, mamusia musiała przypilnować tatę, żeby poszedł na wizytę - tłumaczy mi, a jego ciekawskie spojrzenie ląduje na siatce z zakupami.
- Głodny? - dopytuję.
- Tak, Peter nie miał czasu mną się zająć, bo przyszedł jakiś pan - mówi szeptem, wykręcając nerwowo rączki.
Na miejscu rodziny tego chłopca nie zostawiałabym go więcej z Peterem. Ktoś, kto nie zrobi dziecku posiłku, bo „przyszedł jakiś pan”, nie nadaje się na opiekuna.

Marszczę brwi. Myślałam, że owym gościem jest często przychodzący Mike, kuzyn Petera, ale przecież Tony doskonale go zna. Sześciolatek ucieka migiem na górę, do naszej sypialni, dzierżąc w dłoni ziarnistego batonika. Och, spotka go ogromny zawód, gdy odkryje straszliwą prawdę, że to nie czekolada.
Dziecko zamiast kolacji dostaje lepiące się od syropów świństwo. Najwyraźniej nie pierwszy raz. Do tego „wykręca nerwowo rączki”. Opieka społeczna powinna się tą rodziną zainteresować.
Czyli miałam rację z tym sześciolatkiem, co oznacza, że między bohaterką, a jej bratem jest siedemnastoletnia przepaść.
W to akurat jestem w stanie uwierzyć – między moją najstarszą siostrzenicą a jej najmłodszym bratem jest równe dwadzieścia lat odstępu. Zdarza się, jeżeli kobieta urodzi pierwsze dziecko w BARDZO młodym wieku, tak gdzieś do 23-24 lat.
Nie wykluczam tej możliwości, ale - jak już wspomniałam - wypadałoby powiedzieć o tym coś więcej. W końcu sytuacja (chory ojciec, o którym autorka chyba zapomina) wymaga jakiejś dłuższej wzmianki o rodzinie, a dostajemy rozterki Pani Bovary, co marzy o byciu kneblowaną.
Ile ją brat obchodzi, to widać choćby po tym, co mu daje do jedzenia.

Nie ściągając wysokich litów, wchodzę do salonu.
Co one mają z tymi litami? Były modne jakieś pięć lat temu!
Chcą być hipsterskie i nie idą za modą! Idą tylko za modą opkową.
Może się ubierają na wyprzedażach. Bardzo posezonowych wyprzedażach.

Bicie obcasów niesie się po całym domu. Rozmowa Petera i jakiegoś mężczyzny ucicha. Na początku nie rozpoznaję go. Jednak, gdy zwraca się bezpośrednio do mnie, dębieję.
- Witaj Suzanne. - Uśmiecha się, nawet lekko ironicznie.
Rozumiem, że Malik ma być bad-boyem, ale może nie przesadzajmy z tymi ironicznymi uśmiechami? Co za dużo, to niezdrowo. 

Peter podchodzi do mnie i odbiera reklamówki. Zapewne zauważył, że od dźwigania pobielały mi knykcie. Rozmasowuję dłoń. Jestem tak oszołomiona, że nie odpowiadam. Mój chłopak podchodzi do mnie.
- Zaprosiłem Zayna na kawę, podobno znacie się z pracy - oświadcza, szturchając mnie lekko, abym nie robiła takich wystraszonych oczu.
- Tak, jestem współudziałowcem poradni, dlatego często widuję Suzanne, gdy załatwiam sprawy - mówi, wymownie dając mi znak, że nie powiedział ani słowa o naszych terapiach.
Kamień spada mi z serca.
- Czyli jednak panowie się znają? - pytam, obejmując ramiona dłońmi.
Nadal stoję na dębowym parkiecie, a oni wpatrują się we mnie.
- Owszem - odpowiada mi Peter.
I w tym momencie wszelki udział Suzanne w terapii Zayna powinien się raz na zawsze skończyć.
Dokładnie. Powinna zauważyć, że ich współpraca zaczęła niebezpiecznie zmieniać się w bliższą znajomość, a tym samym wycofać się jak najszybciej - szczególnie, że klient ma raczej ochotę spoufalić się z nią, niekoniecznie na poziomie psycholog - pacjent.
Nie wspominając o tym, że terapeuci po prostu nie prowadzą terapii członków swojej rodziny i ludzi, których w jakikolwiek sposób znają spoza gabinetu, bo to uniemożliwia zachowanie obiektywizmu i racjonalnego podejścia do klienta i jego problemów.
Zacznijmy od tego, że tutaj występuje jedyny w swoim rodzaju, wattpadowy profesjonalizm: nie znam się na temacie, ale będę pisać tak, jakbym się znała, bo pewnie żaden z moich czytelników nie jest bardziej zaznajomiony z tematem. Research? A co to?

Nic więcej nie mówi. Ciekawość zżera mnie od środka, ale utrzymuję ją na wodzy.
- Idę do kuchni zrobić Tony'emu obiad - oświadczam i wychodzę pośpiesznie.
Mogłabym uwierzyć we wszystko, ale nie w to, że zacznie mnie nachodzić Zayn Malik. Co on w ogóle sobie myśli? Mój azyl został doszczętnie zniszczony. Już nigdzie nie mogę się przed nim schować, nawet we własnym domu.
Zwrócenie na to uwagi Malikowi byłoby ciekawym rozwiązaniem fabularnym.
Odnoszę wrażenie, że bohaterka jest strasznie nieporadna. Jeśli nie chce, żeby Malik przychodził do jej domu, dlaczego mu o tym nie powie i go nie wyprosi, zamiast się użalać i rozpaczać „o, ja biedna, co ja teraz pocznę”?

Włączam radio, ale i tak nie mogę zagłuszyć myśli muzyką. Kroję warzywa, znęcając się nad nimi. Nienawidzę tego uczucia. Ukryta uległa gości Pana w domu. Co za absurd, co za ironia losu!
Teraz pozostaje tylko wyciągnąć pejcz i czekać, aż Malik ją wybatoży. 

Odkładam ostre narzędzie, opieram ręce o blat. Oddycham głęboko. Muszę pozbyć się go z mojego życia raz na zawsze, bo sprawia, że wariuję. Nawet mój chłopak zaczyna to zauważać.
Kiedy? Bo osobiście zupełnie Petera w tym wszystkim nie zauważam.
On tu pełni funkcję dekoracji wstawionej właściwie nie wiadomo, po co.
Raczej funkcję przeszkody, którą należy pokonać i pretekstu do bezsensownych rozterek.

Faktycznie, nic złego mi nie robi, jednak sama świadomość tego, co on potrafi sprawia, że zalewa mnie fala gorąca. Nie mogę zaryzykować stabilności bycia z Peterem kilkoma fantazjami erotycznymi.
Mówiąc szczerze - żal mi Petera. Suzanne nie mówi o nim tak, jakby faktycznie go kochała lub darzyła chociażby głębszymi uczuciami. Jedyne, o czym wciąż nam powtarza to fakt, że Peter daje jej poczucie stabilności. Chłopak się stara, a ona nawet nie potrafi być z nim szczera i zakończyć tego związku, ponieważ boi się samotności. 
Jak wiadomo, najlepszym kandydatem na terapeutę jest ktoś z kupą nierozwiązanych własnych problemów i bojący się otwartej komunikacji.
Mnie najbardziej zastanawia, po kiego grzyba ona tak kurczowo się tego Petera trzyma ˜– swoje wątpliwości wyraziłam już w poprzedniej analizie. Jest na poziomie mentalnym czternastolatki spod znaku „muszę mieć chłopaka, bo wszystkie koleżanki już mają”?

Ktoś taki jak Malik, nawet by na mnie nie spojrzał. Jest nieziemsko przystojny, ma gadane... Suzanne! Skończ do jasnej cholery. Powracam do krojenia.
- Ja redukuję stres seksem, ty mordując marchewkę, ciekawe...
Niekoniecznie. 

Prawie podskakuję, słysząc jego głos tuż za mną. Rozglądam się po pomieszczeniu, sprawdzając czy nikt nie słyszał. Jesteśmy sami. Zayn mierzy mnie wzrokiem. Peszę się, gdy tak na mnie patrzy.
- Czego chcesz? - pytam bez ogródek.
Opłukuję nóż pod zimną wodą i odkładam go do stojaka. Zbyt bardzo mnie kusi.
- Chciałem poprawić ci twój parszywy humor. - Jego ton głosu już nie jest tak rozbawiony.
Odwracam się w jego stronę, opieram się o blat.
- Przestaniesz mnie prześladować?
Może zamiast się oburzać, powiedziałabyś, że czas zakończyć współpracę? Ale co ja tam wiem, jeszcze bym rozwiązała główny problem. 
I byłoby po opku. Sama rozumiesz, że nie można do tego dopuścić.
Poza tym prawie zawsze (w opkach oczywiście) dylemat mający napędzać fabułę, jest idiotycznie sformułowany. Każdy normalny człowiek rozwiązałby go w pięć minut, ewentualnie godzinę, a tutaj rozciąga się go na kilkanaście rozdziałów. 

- Ja cię prześladuję?! - Słyszę jego śmiech. - To Peter mnie zaprosił. - Słyszy moje prychnięcie. -  Nalegał - dodaje.
- Od kiedy to Zayn Malik komukolwiek ulega? - Unoszę brew.
- Zapomniałaś Pan - syczy przez zęby.
Przechodzi mnie dreszcz. Dosyć tego! Przewracam oczami. Ten gest najwidoczniej drażni go, bo widzę jak jego nozdrza zasysają większą porcję powietrza.
- Nie jestem twoją uległą, aby tak się do ciebie zwracać - odpowiadam, zakładając ręce na piersiach.
Uuuu, jaki pocisk.

Jego ironiczny uśmieszek aż mówi "Jeszcze nie". Widzi moją agresję, bawi go to, że tak łatwo można mnie wyprowadzić z równowagi. Zamykam na chwilę oczy, wyciszam się.
- Jestem od ciebie starszy Suzanne, nie zapominaj o tym - mówi w miarę spokojnie.
Szczególnie, że tylko w Polsce mamy manierę mówienia do wszystkich na "pan" i "pani". W Anglii - bo podejrzewam, że tam dzieje się akcja - raczej nikt się tak do siebie nie zwraca. 
Czasem zwracają, ale raczej nie w takiej sytuacji, jak opisana. 

Otwieram oczy. Marszczy brwi, zastanawia się nad czymś.
- Czy kiedykolwiek powiedziałem coś, co cię uraziło? - pada pytanie z jego pełnych, kształtnych ust.
- Nie, dlaczego pytasz? - Mrużę oczy.
- Bo nie wiem, dlaczego za wszelką cenę chcesz unikać mnie jak ognia - tłumaczy. - Czego tak się boisz, Suzanne?
Spuszczam wzrok. Zauważył. No tak, przecież nie jest idiotą.
Myślę, że nawet idiota by zauważył. 
Powinna być zaskoczona, gdyby zauważył to Stevie Wonder, a nie jakiś gość z całkowicie sprawnym wzrokiem.

- Jeśli ci odpowiem, zostawisz mnie w spokoju? - pytam z nadzieją, że się zgodzi.
Przytakuje mi jedynie. Przełykam głośno ślinę. Powiem mu. Powiem mu prawdę i zniknie raz na zawsze. Na zawsze... Tak, to wystarczająco długo, abym mogła powrócić do normalności.
Już otwieram usta, aby wykrztusić z siebie to, co blokowało mnie przez długi czas, gdy nagle do kuchni wbiega Tony.
- Cholera - klnę w myślach.
- Sue, Peter kazał ci przekazać, że masz zająć się gościem (niby z jakiej racji? Peter go zaprosił, więc to gość Petera) i wreszcie zrobić mi obiad - mówi rozżalonym tonem.
Naprawdę widzicie sześciolatka, który wypowiada to zdanie? Bo ja nie. 

- Jak bardzo głodny? - pytam, wymuszając uśmiech.
Nie patrzę na Malika, nie chcę patrzeć.
Tony kładzie się na posadzkę i wystawia język.
- Umieeeeeeeeram z głodu - wyje teatralnym tonem, łapiąc się za brzuch.
Oboje wybuchamy śmiechem. Szybko jednak przestaję, widząc że Zayn również się uśmiecha.
- Lubi pan star warsy? - pyta Tony, wstając z podłogi. Jego brązowe, piórkowate włosy roztrzepały się. Cały Tony.
Tony jest złożony tylko z piórkowych włosów, które się samoistnie roztrzepują.


- W domu mam dwa miecze świetlne i kilka figurek - odpowiada Malik.
Mój brat prawie eksploduje z podniecenia.
- Naprawdę? Przyniesie pan? Zostanie pan na noc? - pada salwa niezręcznych pytań.
Już chcę zwrócić uwagę mojemu młodszemu bratu, ale Zayn zatrzymuje mnie gestem dłoni.
- Przyniosę, ale zostać nie mogę. - Targa włosy Toney'ego, uśmiechając się.
- Dlaczego nie? - Oczka dziecka przybierają smutny wyraz.
- Strasznie chrapię, pobudziłbym wszystkich - tłumaczy Malik. - A teraz muszę już się zbierać, do zobaczenia Tony, niech moc będzie z tobą! - Przybijają sobie piątkę.
- Nie zostaniesz na obiedzie? - pytam z grzeczności.
Tak naprawdę chcę dokończyć to, co zaczęłam.
- Do widzenia, Sue. - Puszcza mi oczko i już go nie widzę.
Ech, ci znikający bohaterowie. Sam problem z nimi. 
Ale fajnie znikają!




Czyli jednak rozmowa odłożona w czasie.

7. Może jednak chcę być Twoja?
Prawa strona łóżka jest jeszcze ciepła. Musiał wyjść niedawno. Wciągam mocno powietrze, przypominając sobie, że dziś wypada dzień sesji z Malikiem. To paradoksalne, niedorzeczne.
Czas mija - to faktycznie niedorzeczne. 

Jeszcze kilka godzin temu zasypiałam w ramionach Petera, mojego chłopaka, przyszłego narzeczonego, potem męża (bo tak postanowiłam, mniejsza o zdanie Petera na ten temat, w końcu on i tak jest tu tylko wypełniaczem)(tu panuje Imperatyw, który zdradził bohaterce jej przyszłość), a teraz rozmyślam o nim. Brzydzę się sobą, każdą myślą na temat bdsm, której jest pośrednikiem. Zrywam się nagle i prawie przewracam, zaplątana w kołdrę. Staję przy lustrze.
- Jesteś przecież normalna - mówię do swojego odbicia, próbując je przekonać do swoich słów. - Masz cudowny związek, nie potrafisz tego docenić, bo nie zasługujesz na to! - krzyczę, a w moich oczach pojawiają się kryształowe łzy. - Jesteś bezwartościowa, nie masz w sobie żadnych wartości, żadnych! - dopowiadam w myślach.
Mój borze, bądźmy trochę mniej dramatyczni! Bo te emocje mnie tu rozszarpią od środka! 

Upadam na kolana i chowam twarz w dłonie. Kim ja jestem? Co zrobiła ze mną garstka fantazji? Co zrobił ze mnie Malik?
Przecież życie to nie cholerne 50 twarzy Grey'a. To coś więcej... Na przykład apostrof potrzebny jak dziura w moście. Albo opko. 
Spotkanie osoby, takiej jak Zayn, dominanta, sprawiło, że coś pękło. Ja pękłam, jak słaba bańka mydlana z taniego płynu do naczyń.
Przyznam wam się, że kiedyś bardzo lubiłam się w takim poetyckim stylu pełnym metafor, ale ten tani płyn do mycia naczyń mnie przerasta. Droższe mają bardziej wytrzymałe bańki mydlane?
Z tanim płynem sytuacja jest bardziej dhhhamatyczna. Bo kto się będzie litował nad kimś, kogo stać na drogi płyn do garów?

Lecz skoro tak ciężko chować pragnienia w kruchym sercu, nie można po prostu im ulec? Czy nie mam prawa chociaż śnić o tym, rozmarzać? Do niczego i tak nigdy nie dojdzie, więc nie mam się czego bać. Czy można zabronić człowiekowi pragnąć? Może po prostu chcę być jego? Chociażby w fantazjach.
Autorka czytała "Anne Kareninę"?
To chyba zbyt optymistyczne przypuszczenie.
To tylko próba skopiowania Greya z nutką wymuszonego patosu i poetyckości.

Jeszcze raz patrzę w lustro. Jestem tylko człowiekiem, nie niewolnikiem własnych pragnień.
Dlatego na samym początku mówiłam o psychoanalizie, która całkowicie temu przeczy. Ach, będę się czepiać, będę. 

Podnoszę się z klęczek.
- Już nigdy nie upadnę - mówię w myślach i idę pod prysznic.
Bo trochę głupio tak klęczeć przed lustrem. 

~*~
Po raz pierwszy oddycham pełną piersią. Już nie martwię się o to, aby trzymać wyobraźnię na wodzy. Schodzę do salonu. Patrzę na zegar, który wisi nad telewizorem. Mam jeszcze dobre trzy godziny, aby stawić się w pracy. Dzisiaj jedynie robię to dla Malika, nie mam więcej pacjentów.
W sumie, nie mam ochoty go widzieć, i mówię teraz prawdę.
Polecałabym wspomnieć o tym przełożonej.
Przełożona jeszcze gotowa przydzielić mu innego terapeutę i opko diabli biorą.

Słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości. Niechętnie człapie aż do szklanego stolika. Kładę się na beżową sofę i odczytuję. Prawie dostaję ataku.
Numer prywatny
Pani Darling, proszę stawić się w mojej firmie o godzinie 15.00. Niestety nie mogę dzisiaj przyjść na sesję, ale pani może przyjść do mnie. Omówimy ważne kwestie. Zostawiam adres. Zayn Malik.
Jak już zauważył któryś z czytelników na wattpadzie - z numeru prywatnego nie można wysłać wiadomości. 

- Ale pani może przyjść do mnie - czytam jeszcze raz na głos.
Czy to nie zabrzmiało lekko figlarnie?
Odpowiem - nie.
Wydawanie poleceń obcemu człowiekowi brzmi bucowato, nie figlarnie.
Dammit, o wizytę domową to się prosi weterynarza, kiedy ma się dużego psa, który boi się jeździć samochodem, a nie psychologa...

Kręcę głową. Nie mogę tam iść. Chociaż...
Patrzę na adres.
- W sumie mam bliżej niż do pracy - znajduję pierwsze lepsze usprawiedliwienie.
Zastanawia mnie to, jak zdobył mój numer telefonu. Peter odpada. Tony myli cyfry.
- Alice! - mruczę pod nosem.
Ochrona danych w stylu opkowym: odsłona druga.

Gdy jestem już prawie uszykowana, nadal mam kupę czasu. Znów bierze mnie na przemyślenia, dokładną analizę sms-a. Ten ton wypowiedzi, rozkazujący tryb...
To się nazywa dokładna analiza. Nie to co my tutaj, jakieś pierdu-pierdu, a tak naprawdę nic z tego nie wychodzi. 
Bo my to nie takie wykwalifikowane psychoterapeuty.

Nie cierpię go.
Być może warto dokończyć kuchenną rozmowę? Gdyby tak zniknął jak obiecał, mogłabym się skupić na pracy, na Peterze. W końcu wszystko wróciłoby do normalności. Tak, tak będzie dobrze. Powiem, ale tylko po to, aby zmieniło się cokolwiek.

8. Powiem ci, jak ja to robię
W ogromnym holu witają mnie trzy portrety, wiszące na głównej ścianie. Ich wielkość jest powalająca. Na środkowym przedstawiony jest starszy mężczyzna, z siwizną przy skroniach. Jego ostre rysy twarzy mogą wskazywać na złe usposobienie, jednak czekoladowe oczy, które skądś znam, nadają obliczu łagodności (szkoda, że nie nadają opku poprawności gramatycznej). Podpisany zgrabnym pismem Malcolm Calliford.
Znów pojawia się to nazwisko. Gryzę wewnętrzną stronę mojej wargi, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodzi.
Czy ona może wreszcie przestać przygryzać swoje wargi? To niby nie ma być 50 twarzy Greya, a bohaterka zachowuje się jak Ana. 

Mój wzrok wędruje w prawą stronę. Czterometrowy obraz przedstawia blondynkę, o anorektycznie wypchniętych obojczykach. Jej pełne wargi są lekko rozchylone, a oczy zapadnięte. Przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz, gdy przyglądam się w jej zimno-szare, sarnie ślepia.
- Chloe Calliford - szepczę pod nosem.
Prawie zostaje staranowana przez jednego mężczyznę. Odsuwam się, uprzejmie przepraszając.
To bardzo ważna wzmianka, nie mogło się bez niej obyć. Cała fabuła by w tym momencie siadła i nie miała sensu bytu.  
Aż mi się przypomniało jedno opko, na które się kiedyś napatoczyłam. Cytuję: „Nie spodobała mu się decyzja króla. Wstał. Minął damę. Pewnym krokiem ruszył do wyjścia.

Na ostatnim jest on. Jako jedyny nie posiada po imieniu "Calliford". Wygląda elegancko, jednak w czasie robienia dzieła, musiał mieć o wiele dłuższe włosy, zawiązane w kok, albo kucyk, nie sposób tego dostrzec. Nie przyglądam się dłużej. Podchodzę do recepcjonisty. Nie muszę mówić kim jestem, ani po co tu przyszłam.
- Pani Darling już przybyła - mówi beznamiętnie przez słuchawkę telefonu.
Patrzę na niego. Osobliwy typ. Powinien jakoś mnie przywitać, z grzeczności chociażby.
- Pan Malik za chwilę zejdzie, proszę poczekać - oznajmia, nie patrząc nawet na mnie.
Rozglądam się. Ruch jak na lotnisku. Każdy zna swoje miejsce. Bardzo łatwo rozpoznać pracowników firmy. Ubrani w szaro-stalowe koszule i granatowe spodnie, chodzą jak mróweczki.
Kobiet tam nie ma? Czy tylko ekscentrycy w garniturach? 
Kobiety też latają w garniturach.

Poprawiam nerwowo bluzkę. Nawet nie wiem, po co to robię, przecież jest i tak prześwitująca. Wkładam ręce w kieszenie moich ulubionych spodni z wysokim stanem. Czekam tak dobre pięć minut. Ze znudzenia liczę płaskie lampy sufitowe. Patrzę w bok.
O rany!
Prawie oblewam się rumieńcem, widząc kto idzie obok Malika. Same jej nogi mają chyba z dwa metry. Nie dziwię się, dlaczego kazał mi na siebie tak długo czekać. Dla takich jak ona, kobiety zostają lesbijkami.
Pstryk! I na widok fajnej laski zmieniają sobie orientację. Zostaje tylko problem, jak tę laskę nakłonić do takiej samej zmiany.

Momentalnie w mojej głowie zaczynają pełzać kompleksy.
Kobieta wyciąga rękę w stronę Zayna. Żegnają się. Zarzuca miodowymi włosami (muszą się jej okropnie lepić do głowy i ubrania) i  wychodzi z budynku, razem z welonem ciekawskich spojrzeń. Była zjawiskowa.
Widzę delikatny uśmiech na jego twarzy, o dziwo skierowany do mnie. Biorę głęboki wdech i podchodzę pewnym krokiem.
- Dzień dobry - witam się.
- Witam, Suzanne, cieszę się, że przyszłaś - odpowiada.
Przyglądam się krótką chwilę. Nie jest ubrany służbowo. Biała bokserka, dzięki której mogę podziwiać multum jego ciekawych tatuaży, oprócz tego czarne dresy.
Prezes korporacji przychodzi do biura w białej bokserce i dresach. Na pewno sprawia wrażenie osoby, która poważnie traktuje swoje przedsiębiorstwo.
Bardzo to musi zachęcająco działać na potencjalnych klientów. 
A firma nazywa się Seba sp. z o. o.

Jakby dopiero co wyszedł z siłowni, albo z łóżka. Chociaż, może pan Zayn Malik sypia nago? Dość! Otrząsam się.
- Miałam bliżej niż do pracy - oświadczam, aby przerwać długą ciszę.
To nie było chyba zbyt miłe.
Serio? Co było w tym niemiłego? 
Nie powiedziała „dzień dobry”.

Unosi brew, zakładając ręce na piersi.
- Mam nadzieję, że nie tylko to cię zmotywowało, aby teraz stać przede mną?
Przełykam głośno ślinę. Co on ma do cholery na myśli?
To, że ma nadzieję, że nie przyszłaś tam tylko dlatego, że miałaś bliżej. Geez, wszystko trzeba ci tłumaczyć, Suzanne? Co z ciebie za psycholog, jeżeli nie umiesz słuchać?
A zwłaszcza rozumieć to, co słyszysz. 

- Byłam ciekawa jak funkcjonuje twoja, albo wasza - wskazuję ruchem głowy na portrety - firma.
Oczywiście jest to, wyssane na poczekaniu, kłamstwo.
Które nie ma sensu, ponieważ to on zaprosił ją do firmy.
Skąd się wysysa kłamstwa?
Jak masz soczki w kartonikach, to masz też kartonikowe kłamstewka. 

Podąża tam leniwie wzrokiem.
- Mój ojciec już nie żyje, a siostra to rzadki bywalec - tłumaczy. - Firma jest moja.
Wszystko dokładnie notuję w swoim umyśle. Jego karmelowe oczy znów skupiają się na mnie.
Przez to, że ktoś z was zwrócił uwagę na te karmelowe oczy, będą mnie irytować bardziej. Dziękuję i pozdrawiam!
Oczy karmelowe, włosy miodowe... Chyba mamy do czynienia z bohaterami starej kołysanki kończącej się słowami „z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana”.
Może to była inspiracja, a gdzieś pod koniec dowiemy się że: 
"Tragiczny los, 
Okrutna śmierć, 
W udziale im przypadła. 
Króla zjadł kot,
Pazia zjadł pies,
Królewnę myszka zjadła." 


- Idziemy do mnie? - pyta. - Do gabinetu - precyzuje, gdy zauważa moje zmieszanie na twarzy.
- Oczywiście - odpowiadam rozbawionym tonem.
W windzie wsiada z nami personel, dlatego nie czuję się niezręcznie.
Pierwszy dociera do mnie zapach, gdy wchodzę do środka. Już wiem, dlaczego jest tak ubrany. Pod prawą ścianą rozłożone są folie malarskie, a na taborecie stoją spray'e w kilku kolorach. Patrzę na początkowy etap, być może, jego pracy. Logo firmy, na pewno to będzie przedstawiało graffiti.
Czyli nie może być to hobby Malika? 
Poza tym, żaden racjonalnie myślący przedsiębiorca nie zabiera się za samodzielne tworzenie logo. Ponieważ - uwaga - to nie tylko pojedynczy znaczek. Po pierwsze musi kojarzyć się z marką, po drugie musi coś wyrażać (np. historię przedsiębiorstwa), po trzecie musi być łatwy do zapamiętania/skojarzenia. A skoro tworzymy nowe logo, zmusza nas to do stworzenia całkowicie nowej księgi identyfikacji wizualnej. To nie jest zabawa w chuligana, tworzącego murale, tylko praca z programami graficznymi itp. 
Poza tym jak żyję nie widziałam przedsiębiorcy, który logo firmy malowałby w swoim gabinecie (znak firmowy jest przeznaczony dla otoczenia przedsiębiorstwa, nie dla jego właściciela) i paprał biuro rozpraszającymi uwagę, pstrokatymi mazajami.

- Wybacz za zapach, jeśli ci przeszkadza, możemy pójść gdzieś indziej - oznajmia, zamykając za mną drzwi.
Zapach nie. Niepoprawne użycie przyimka jak najbardziej.

- Lubię taki zapach. - Uśmiecham się sama do siebie.
Zapach spreju jest naprawdę bardzo zdrowy i cudowny.
Laska jest tak pokręcona, że jedno dziwactwo więcej nie robi różnicy.

- Usiądź. - Wskazuje ruchem głowy na kanapę przy szklanym stoliku.
Rozglądam się po pomieszczeniu. Na jego biurku nie leży ani jeden papierek. Poza boczną ścianą, wszystko jest tu idealnie czyste. Czyżby był pedantem?
Czyżby autorka zapomniała, co napisała w pierwszym rozdziale?
Zdziwiłoby mnie raczej, gdyby pamiętała.
Mam już nazwę dla nowej przypadłości: skleroza opkowa.

Przydałby się tu kwiatek, dla ożywienia wnętrza.
Siadam i prostuję plecy. Nie wiem dlaczego, ale zawsze, gdy mnie coś stresuje, to przesadnie trzymam perfekcyjną postawę.
Jako studentka psychologii powinnaś móc spokojnie odpowiedzieć na to pytanie - jest to wywołane stresem. Stres działa na nas albo paraliżująca, albo spina mięśnie, przygotowując ciało do ucieczki/ataku. Nie trzeba studiów, żeby się tego domyślić. 

- Dobrze się czujesz? - pyta, obserwując mnie.
- A dlaczego pytasz? - Marszczę brwi.
- Jesteś blada.
Wzruszam ramionami.
No tak, zapomniałam zjeść śniadania.
Ana vol. 2384972

- Opowiesz mi coś o bdsm? - wypalam jak z procy.
Czuję jak moje policzki parzą od czerwoności.
- Co byś chciała wiedzieć? - Siada na biurku, które stoi dwa metry od kanapy.
- A co powinnam wiedzieć? - odpowiadam pytaniem na pytanie, stosuję jego manewr.
Eee... co? Jaki manewr? 
Przegrupowała się.

Rozluźniam się i opieram.
- Nie chcę cię wystraszyć. - Wstaje i podchodzi do ściany, wsadza ręce w kieszenie i tępo patrzy na nieskończone bohomazy.
- Potraktujmy to jako formę terapii - mówię cicho.
- Mogę opowiedzieć ci, jak ja to robię - oznajmia, odwracając się z uśmieszkiem na twarzy.
Dębieję, ale przytakuję.
- Jeśli dokończysz to, co chciałaś powiedzieć mi wtedy.
Doskonale wiem, o czym mowa. Cwany jest...
Przecież miał w papierach napisane, że manipulant. Dziwne jest raczej to, że dopiero teraz wykazuje minimalny ślad skłonności do takiego zachowania.
Jednak sobie przypomniała. 

- Właściwie, to po to dzisiaj przyszłam - prawie szepczę, ale patrze mu prosto w karmelowe (WRRR!!!) oczy.
- No dobrze, więc od czego tu zacząć... - chwała Bogu, znów się odwraca, czuję się bezpieczniej. - Moja uległa dostaje przed dokładne wskazówki, jak ma wyglądać na - zatrzymuje się, szukając dobrego słowa - sesji?! - odwraca się do mnie, uśmiechając.
- Seksualnej sesji - precyzuję, splatając palce moich dłoni.
Naprawdę nie powinna być terapeutką. Co to za precyzowanie słów klienta?! 

Widzę jak podchodzi do ściany, wyciąga z kieszeni flamaster i kreśli niewidzialne kształty. Jest taki skupiony, a jednak jest w stanie kontynuować wykład.
Co on robi? Co tu się dzieje?
To pytanie jest odpowiednim tytułem dla całego tego opka.

- Słusznie. A jest to o tyle ważne, ponieważ już wcześniej planuję, w jaki sposób będę się... nią posługiwał.
Zaciskam uda, powstrzymując falę gorąca. Oddycham głęboko. Na szczęście nie widzi moich zachowań.
- Zazwyczaj jest to kinbaku, nie bawię się w metalowe kajdanki - kontynuuje.
- Co to jest kinbaku? - Pierwszy raz słyszę takie określenie.
- Japońska sztuka wiązania, tak zwane podwieszanie, ale nie do końca. - Znów się we mnie wpatruje.
No to w końcu jak? Precyzyjniej proszę. 
No tak nie do końca. Jak wszystko w tym opku.

- Wtedy kobiety wyglądają jak podwieszona szynka, albo baleron - zauważam.
Zayn śmieje się. Jest to tak przyjemny dźwięk, że chcę go zapamiętać na długo. I ja chichoczę.
- To znaczy, że uległą związano nieprawidłowo - poucza mnie.
Zagryzam wargę. Lepiej już nie będę się odzywać.
- No, a potem... - Zakłada ręce na kark. - To już zależy od ochoty. - Uśmiecha się.
- Biczowanie? - Znowu sprawiam, że zaczyna się śmiać.
Niech trwa w przekonaniu, że nie mam o tym zielonego pojęcia.
Zwłaszcza że przekonanie jest raczej uzasadnione.

- Tak, chłosta, ale to dopiero po pobudzeniu.
- Dlaczego? - pytam.
- Uległa musi być chociaż lekko podniecona, wtedy zwiększa swój próg bólu...
- Przecież staje się wrażliwsza - przerywam mu, gestykulując. Bierze głęboki wdech, podchodzi do kanapy i siada, patrząc na mnie.
- Uległe czerpią z tego przyjemność, takie mają preferencje, i może to wydaje się być dla ciebie dziwne, ale są w stanie błagać, żebym nie przestawał. - Unosi brwi.
Uległa nie musi być masochistką, a co za tym idzie - nie musi czerpać przyjemności z zadawanego jej bólu. Osoba poddana zadowolona jest częściej z sytuacji, w której się znajduje (poddanie się komuś silniejszemu), a także z tego, że sprawia radość dominującemu. 

Poprawiam się na skórzanej sofie. Przełykam ślinę i próbuję się opanować. Jego niski ton głosu działa na mnie jak płachta na byka. Powoduje nieopisany wybuch emocji. Z jednej strony chcę, aby przestał mówić, a z drugiej "jestem w stanie błagać, żeby nie przestawał".
- Coś jeszcze chcesz wiedzieć? - pyta, po długiej ciszy.
- Zayn... - Nie patrzę mu w oczy. - Czy kochasz lub kochałeś, którąś ze swoich uległych?
Słyszę jak oddycha, czuję zapach jego wody kolońskiej. Przymykam powieki, czekając na odpowiedź.
- Uległe? Czy kochałem swoje uległe? - Powtarza sobie moje pytanie.
Znacie osobę, która powtarza pytania w ten sposób? Bo dla mnie byłoby to irytujące.
Znałam. Niestety.
Właśnie dlatego, że jest irytujące, unikamy takich znajomości.

 - Uczucie między Panem a uległą jest czymś specyficznym, Suzanne.
Zapewne nie chce mi powiedzieć wprost "nie".
- Spróbujesz mi wytłumaczyć? - Mój wzrok powoli wędruje na jego twarz.
- Pan kocha uległą jako najcenniejszy skarb, który posiada, ale nigdy jako drugiego człowieka.
To tłumaczenie jest absurdalne. Co stoi na przeszkodzie, by kochać swoją uległą? To także człowiek i akurat Malik, jako osoba dominująca, powinna to wiedzieć. 

Coś kuje mnie w środku. To smutek, tak, to na pewno on.
Wziął w rękę młot i kuje, póki gorąca.

- Dziękuję, młodej studentce psychologii na pewno taka wiedza może być pomocna - mówię oficjalnym tonem, wymuszając lekki uśmiech.
Lecz on jest zbyt spostrzegawczy, żeby przeoczyć moje zachowanie, przyśpieszony oddech, suche wargi, które co chwile zwilżam językiem.
- Twoja kolej - nakazuje, a ja nieruchomieje.

9. Jestem uległą
Bardzo ciężko wykrztusić mi jakiekolwiek słowo. Patrzy na mnie oczekująco. Jego malinowe (Może autorka była w trakcie pisania nieustannie głodna, że wstawia te epitety związane z jedzeniem? Nie żeby coś, ale ja przez te określenia faktycznie robię się głodna.) usta lekko się rozchylają, zapewne chce coś powiedzieć. Nie potrzebuję słów otuchy, nie chcę ich, dlatego szybko zaczynam:
- Opowiem ci wszystko od początku, ale to długa historia, nie jestem pewna, czy masz czas. - W myślach błagam, aby miał jakiekolwiek zaplanowane spotkanie.
Dlatego cię zaprosił do firmy - bo nie ma czasu. Logiczne.  

Nie wiem dlaczego, ale jego spojrzenie sprawia, że opuszcza mnie cała odwaga.
- Dzisiaj właściwie mam wolne. - Uśmiecha się.
- A tamta pani? - Unoszę leniwie brew.
- Zostawmy ją na inną rozmowę, kontynuuj. - Wstaje z kanapy i nalewa mi wody do szklanki.
Biorę szkło w obie dłonie i upijam mały łyczek.
- Zaczęło się już, gdy byłam dzieckiem...
- Co się zaczęło? - dopytuje.
- Nie przerywaj - denerwuję się. - Obiecuję, dojdę do sedna, chcę ci to wytłumaczyć po swojemu.
Przytakuje mi.
Odkładam kryształ i wstaję, aby się odstresować. Zaczynam wędrować po pomieszczeniu.
- Już jako dziecko miałam specyficzne preferencje, na zajęciach z wf-u uwielbiałam, gdy graliśmy w zbijaka. Lubiłam, kiedy dostawałam piłką w łeb i nie mogłam się podnieść. 
Z przerażeniem myślę o tym, co może oznaczać moje zamiłowanie do gry w klasy w dzieciństwie. 
Jakie perwersje w takim razie może oznaczać gra w gumę...

- Podchodzę do niedokończonego graffiti. - Potem, w szkole średniej, na krótko zaangażowałam się w zajęcia z samoobrony. Byłam trochę jak worek treningowy dla innych, lekka i poręczna, często odlatywałam na drugi koniec sali. Ponieważ trener bardzo lubił patrzeć, kiedy uczniowie wyrządzają sobie szkody i ryzykują kontuzjami. Poza tym często biłam się z Supermanem - miał niezwykłą siłę i z łatwością mógł rzucić mną w ścianę. Wciąż pamiętam to uczucie, kiedy moja głowa styka się z zimną ścianą - czujesz ból, a potem widzisz tylko ciemność, ponieważ tracisz przytomność.
Częste uderzenia głową o twarde powierzchnie mogą tłumaczyć wiele jej zachowań. 

- Uśmiecham się sama do siebie. Zayn słucha, nie przerywając mi, a ja boję się spojrzeć mu w oczy. Biorę kolejny wdech i ciągnę to, co zaczęłam.
- Mój pierwszy chłopak był bokserem, choć traktował mnie jak porcelanę, dlatego związek nie wypalił. A ja chciałam, żeby wziął mnie na ten ring i bił, bił po twarzy, aż straciłabym wszystkie zęby! A ten drań ani myślał nabić mi choć jeden mały siniak! - Wsadzam ręce w kieszenie spodni, przypominam sobie prawie granatowe oczy Xaviera, za bardzo mnie kochał, aby zrobić mi jakąkolwiek krzywdę. -  Kojarzysz miejscowy klub Orision? - pytam i po raz pierwszy mój wzrok spoczywa na nim.
- Tak - odpowiada, dalej siedząc na biurku.
Marszczy brwi, patrząc na mnie wyczekująco.
Nie daję mu obserwować siebie dłużej, znów odwracam się plecami, tak jest bezpieczniej.
I o ileż wygodniej się rozmawia, kiedy interlokutora ma się za plecami.

- To klub nocny, a główną atrakcją są striptizerki i panie, tańczące na rurze. - Obejmuję się rękoma.
Tak bardzo mi wstyd za to, co robiłam w przeszłości,  że nie robiłam tego dla pieniędzy, ale dla przyjemności, słodkiego upokorzenia.
Rozbierać się dla pieniędzy to mniejszy wstyd? Coraz mniej rozumiem z tego wywodu.
Spoko, ja już się pogubiłam przy tym zbijaku. 

- Byłam tam tancerką, kochałam to, czekałam tylko na piątek wieczór, aby wystąpić, aby poczuć na swoim ciele spojrzenia głodnych mężczyzn, aby usłyszeć obraźliwe pogwizdywania, szepty - mówię dalej.
Przygryzam wargę, powstrzymuję łzy. Tak bardzo nie chcę, aby to dłużej nade mną panowało.
- Pole dance to piękna sztuka, Suzanne - dodaje mi otuchy, a jego słowa brzmią poważnie.
- Tak, wiem... - głos mi się załamuje. - Ale jak już powiedziałam, nie robiłam tego tylko dla tańca. Robiłam to po to, aby zaspokoić swoje pragnienia, choć w minimalny sposób.
Ktoś mi wyjaśni, co jest niewłaściwego w robieniu sobie przyjemności, która nikomu nie wyrządza szkody?
Własne uprzedzenia do samego siebie – oto odpowiedź na wszystkie pytania dotyczące tego opka.

Odwracam się do niego. Wbijam sobie paznokcie w moje ramiona.
- Jestem uległą, Zaynie. - Momentalnie zszedł ze mnie cały ból, ucisk, coś co było chowane od bardzo długiego czasu.
Czy ktoś rozumie, po co ten długi wstęp? Równie dobrze mogłaby powiedzieć, że fantazjuje o byciu uległą i na tym skończyć wywód. Natomiast Suzanne opowiedziała mu połowę swojego życia (w tym historię, której się wstydzi). 
Może chciała, żeby pogwizdał, skoro tak ją to kręci.
Nie wspominając już o tym, że Zayn wciąż jest jej klientem (chyba), a co za tym idzie nie jest odpowiednią osobą do wysłuchiwania jej żali. 

Punkt kulminacyjny już za mną. Nie wydaje się być zdziwiony, jego twarz nie wyraża żadnych emocji. Zaczyna mnie to irytować.
- Dlaczego milczysz? - pytam.
- To wszystko? - Unosi brew, wstaje i podchodzi wolnym krokiem.
Też jestem zaskoczona. Myślałam, że opowie historię o byciu przywiązywanym do kaloryfera przez nauczycieli, albo że dawała się bić na przerwach szkolnych. Brzmi to tak samo absurdalnie. 

Mimowolnie cofam się.
- Ubrudzisz się zaraz - oznajmia.
Słyszę swoje obcasy, które wplątują się w folię malarską.
- Spokojnie, przecież nic ci nie zrobię. - Uśmiecha się ironicznie.
- Wiem - syczę przez zęby.
- Wytłumacz mi tylko, jaki związek mam z tym ja? - Zakłada ręce na piersi.
Przez chwilę hipnotyzują mnie jego tatuaże, a zwłaszcza poszarpane piórko z koralikami, naprawdę piękna praca.
Hipnotyzujące tatuaże to chyba jakaś czarna magia.
Wpatrują się w ofiarę nieruchomym wzrokiem i mamroczą „adin... dwa... tri...”.

 Chciałabym je wszystkie dotknąć, dokładnie obejrzeć...
- Otóż...-zaczynam, nie spuszczając wzroku z jego przedramion - nigdy nie miałam pana, ani nikogo w tym stylu...
- Chcesz mi powiedzieć, że ja miałbym?! - Jego mina jest bezcenna.
- Oczywiście, że nie! - oburzam się. - Kategorycznie nie! - dodaję, prawie krzycząc. - Tak to jest, jak mi przerywasz!
- Już nie będę - Uśmiecha się pobłażliwie.
- No więc, nigdy nie miałam osoby, która sprawiałaby mi przyjemność w ten sposób - tłumaczę. - Także nie mam żadnego doświadczenia w tym temacie, i nie, nie chcę abyś został moim seksualnym Yodą! - warczę, widząc jego zmieszane spojrzenie.
Dlatego o tym wszystkim opowiedziała. Niech ona się wreszcie zdecyduje, czego chce. 

Po prostu ręce opadają na tego człowieka.
- Chcę, żebyś po prostu zniknął - mówię prawie szeptem. - Sprawiasz, że wszystko się we mnie budzi. Póki się nie pojawiłeś, było znośnie. - Z trudem patrzę w jego karmelowe (ma ktoś siekierę?) oczy.
- Co takiego zrobiłem? - Przekrzywia głowę.
Nie jestem w stanie wymówić tych słów. Oczy szklą mi się od łez.
- Suzanne... - Jego ton jest współczujący.
Nienawidzę jak ktoś się nade mną lituje.
- Zniknij, tak jak obiecałeś, tylko o to proszę...
Ruszam szybkim krokiem, aby wyjść, jednak czuję na moim ramieniu siłę jego pociągnięcia. Prawie się przewracam. Podtrzymuje moje biodro dłonią. Przeszywa mnie dreszcz. Szybko ją zabiera. Stoję stabilnie.
- Suzanne, do jasnej cholery, czy ty nie rozumiesz, że z tym nie da się walczyć?! - syczy mi prosto w twarz. - Nawet, jeśli zniknę...
Wygląda mi na to, że pacjent ma tu większe pojęcie o psychologii niż sama Suzanne.
Oni już dawno zamienili się rolami. Od teraz Malik jest terapeutą. 

- Póki się nie pojawiłeś, dawałam radę - odpowiadam, szlochając. - Ale wszystko powróciło jak zły sen. - Wybucham płaczem.
Czuję miękki materiał jego koszulki. Czy on mnie przytula? Tak, musi to robić. Mój niski wzrost sprawia, że jestem w stanie usłyszeć jego serce. Miarowe, stabilne, zupełnie jak nie moje w tym momencie.
Bo nie twoje, tylko jego.

Czuję palce, które wplątują się w mój luźno upięty kok. Dokładnie tak jak w śnie. I nagle dopada mnie prawda...
To nie same fantazje mnie niszczą, ale fantazje o nim... O Zaynie, który teraz cudownie trzyma mnie w ramionach.
- Dziwka - słyszę w mojej głowie, mówi to głos Petera.
Gwałtownie trzeźwieję, wyrywam się i biegnę.
Biegnę ile sił.
Może ona ma schizofrenię? Słyszy jakieś głosy, wyobraża sobie, że jest studentką psychologii...

10. E-mail?
Patrzę w wielkie lustro. Moje ciało znacząco zmieniło się pod wpływem czasu. Bardzo długo nie tańczyłam, a powroty nigdy nie są proste.
Przypomina mi się opko o imprezowej ciężarnej. Tutaj nasuwa mi się to samo pytanie: jeśli była tam tancerką (a żeby nią zostać, prawdopodobnie musiała trenować przynajmniej te kilka lat) i sporo czasu minęło, odkąd ostatnio tańczyła, to kiedy zaczęła? Przypominam, że ma dwadzieścia trzy lata...
Może jest kuzynką tej Leny z opka o gangach w Londynie. Tamta zatrudniła się w policji w wieku 15 czy 16 lat.
Może rodzice sprzedali ją na czarnym rynku i zaczęła w wieku dziewięciu lat? 

Przeciętna.
Tak można mnie określić.
Jestem niska, niezbyt szczupła, ale za to z kobiecymi kształtami.
Co one mają z tymi kobiecymi kształtami? Czy są jakieś wytyczne? 
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o cycki.

Zaokrąglone biodra, z których mogłabym zejść kilka centymetrów, są moim największym kompleksem, zaraz po udach. Jedyne, co mi się we mnie podoba to kształtne, duże piersi i płaski brzuch. Tylko tyle. Reszta do kitu. Jestem cholerną gruchą!
Tragedia. A zamiast spróbować powalczyć ze swoimi kompleksami (chociażby pójść na siłownię), to co robiła?
Cieszyła się, że ma kolejny pretekst do użalania się nad sobą. 

- Będziesz tak się wpatrywać cały dzień? - Głos Loreen wyrywa mnie z letargu myśli.
Podchodzę do barierki i zaczynam się rozciągać. O dziwo, nie zaniedbałam się aż tak mocno. Nadal potrafię wykonać szpagat, wysoki wypad nogi i kilka innych podstawowych figur.
Patrzę na nią, dokładnie obserwuję. Jest jak motyl, przywiązany niewidzialną nicią do stalowej rury. Porusza się, jakby nagle przestało działać prawo grawitacji. Znam to uczucie... Uczucie latania, płynięcia. Z pozoru wydaje się to bardzo proste, jednak potrzebna jest tu duża siła ramion oraz mięśni przykręgosłupowych.
- Nieźle - komentuję.
Loreen wesoło zeskakuje, jak zwykle stabilnie, na stopy.
Czasem zeskakuje na uszy albo lewy łokieć, ale wtedy to już niestabilnie.
Nie jest powiedziane, o jakie stopy chodzi (tak, analizowanie wierszy tonicznych i sylabotonicznych siada mi już na łeb)...

Ma specyficzną urodę, przez to mężczyźni ją uwielbiają. Wygląda  jak Pocahontas, taki też jest jej pseudonim sceniczny. Krucze włosy sięgają jej aż za łopatki, a czarne rzęsy przykrywają skośne, brązowe oczy, posiada również nieskazitelną, oliwkową cerę.
- Też odzyskasz formę - mówi, uśmiechając się do mnie.
- Bardzo chciałabym wrócić. - Jeżdżę opuszkami palców po niklowanym metalu.
- Sue, masz cudownego mężczyznę, dlaczego chcesz wracać do tego bagna? - pyta.
Pole dance jest aktualnie strasznie popularnym sportem/rozrywką. Ucząc się go, niekoniecznie rozważasz karierę striptizerki. 
Jednak osoby, które znają to tylko z amerykańskich filmów kojarzy się wyłącznie z klubami go-go.

Przysuwam czoło i czuję przyjemny chłód.
- Doskonale wiesz - odpowiadam.
Oprócz mojej trenerki, Loreen jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu, kocham ją jak siostrę, a ona wie o mnie wszystko i mimo tego, także darzy mnie ogromnym uczuciem.
Dowiadujemy się tego w dziesiątym rozdziale, a wcześniej ani razu nie wspomniała o swojej przyjaciółce. 

Czuję jej dłoń na swoim ramieniu.
- Uważam, że robisz błąd, ale nie będę tego potępiać.
Odwracam się do niej i zaraz moja twarz tonie w jej czarnych włosach. Ciepło przytulenia rozchodzi się w moim sercu.
"Ciepło przytulenia", czyli co?
Nowa energia odnawialna. Będzie dotowana przez Unię.

- Nie poradzę sobie z tym sama, a wieczory w klubie chociaż to zagłuszą - wyjaśniam.
- Zayn Malik przyszedł dzisiaj na sesję? - pyta, patrząc na mnie badawczo.
Dlaczego wszyscy rozmawiają o kliencie, jakby doskonale znali temat?!
Tajemnica zawodowa i te rzeczy...
A może to jest poradnia publiczna, ale w takim całkowicie dosłownym rozumieniu? Wiecie, w każdej chwili każdy może sobie przyjść i wejść na dowolne spotkanie, żeby posłuchać.

Kręcę głową. Nie pojawił się od czasu rozmowy, od tego mojego żałosnego płaczu, ucieczki.
- Bardzo dobrze. - Uśmiecha się. - Osobiście skopałabym mu tyłek.
Zaczynam się śmiać.
- Przecież nie zrobił nic złego - oponuję.
-Zrobił, to było perfidne uwodzenie, Sue! Jak mogłaś tego nie zauważyć! - burzy się. - Potem ta rozmowa...
Perfidne uwodzenie? Kiedy? Chyba coś ominęłam.
A ja mam wrażenie, że Malik wręcz zareagował niechęcią na myśl o ewentualnych relacjach, nazwijmy to, intymnych z Sue.
Być może według autorki to miało wyglądać na „zgrywanie niedostępnego”.

Dmucham z całej siły, a jej grzywka rozlatuje się na wszystkie strony.
- Przestań! - piszczy, chowając twarz w dłoniach. - Marsz do ćwiczeń - krzyczy "zdenerwowana".
- Już idę. - Wytykam jej język i podchodzę do jednej z rur.
Dobra - rozciągnęła się, ale gdzie rozgrzewka? Sama powiedziała, że taniec na rurze jest skomplikowany i wymagający, więc tym bardziej powinna rozgrzać mięśnie. 
Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie cała reszta spraw zapomnianych w tym opku.

Biorę głęboki wdech. Znów płynę. Fakt, nie mam siły na niektóre skomplikowane figury, ale same skręty powodują u mnie radość. To mój prawdziwy żywioł, tylko do tego należę, tylko temu się oddaje. Po skończonym treningu wychodzimy do szatni. Po prostu leje się ze mnie potem.
Dziwne by było, gdyby się lało przedtem.

- Lor? - zaczepiam ją, gdy zmienia podkoszulkę.
- Słucham?
- Mocno przytyłam? - Skrzywiam twarz.
Podpiera się pod bokami i lustruje mnie.
- Hmm...wyszło ci na dobre. - Uśmiecha się. - Przynajmniej masz pełne, kobiece kształty - tłumaczy, widząc moja minę.
Wzdycham.
Czyli przytyłam. Momentalnie przypomina mi sie piękność, która kroczyła w firmie przy Maliku. Miała cudowną figurę. Taka kobieta miała wręcz prawo stać koło niego. A ja? Ja mogłabym co najwyżej schować się w jej cieniu.
Skoro jesteś gruba, a tamta szczupła, to raczej ona w twoim może się schować.
Zapomniałaś o jednym z podstawowych praw kreujących bohatera w opkach: w kółko narzeka na swój wygląd.

- Zobacz, ja na przykład nie mam piersi, tyłek mikroskopijny.
- Mi się podoba twoja sylwetka - komplementuję jej wysportowane ciało.
- To się zamień - odpowiada.
Uśmiecham się.
Krótko po pożegnaniu z Loreen, przyjeżdża po mnie Peter. Podtrzymuję kłamstwo, że miałam zajęcia zumby. Nie okłamuję go, bo lubię, ale po prostu patrzyłby na mnie jak na dzikuskę, albo kogoś brudnego, gdyby się dowiedział. Jego serce jest zbyt romantyczne, tradycyjne. Przejawia się to dosłownie we wszystkim, w planach na przyszłość, w wypadach na miasto, a nawet w seksie! Za nic w świecie nie lubi eksperymentować! Ubolewam nad tym, a tematu bdsm nawet nie poruszam... Strata czasu.
To po jasną cholerę się go trzymasz jak pijany płotu i marnujesz swój i jego czas?
„Stabilizacja”. Przypuszczam, że to po prostu kwestia kasy... Muszę więc sprostować zasadę: gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o cycki albo kasę. Ewentualnie władzę, ale wtedy oba wymienione elementy też się liczą.
Ciągle słyszymy, że Peter nie będzie eksperymentować, bo ona to wie i już. Nie pomyślała jednak, żeby z nim o tym porozmawiać. Bo nie. 

- Nad czym tak myślisz? - pyta.
Tak trudno jest nie zauważyć, że się kogoś nie zaspokaja, że brakuje już tej iskierki jak dawniej?
Nie, nie zauważyć jest bardzo łatwo. Dlatego jakiś czas temu gatunek homo sapiens wymyślił mowę, żeby nie musieć a) domyślać się, b) czekać, aż ktoś się domyśli (albo nie domyśli).
A gdzie tam! Niech się domyśla, patałach. Jak się nie domyśli, to znaczy, że mu nie zależy! 

 Wzdycham.
- Nad niczym.
Odpowiedź najwyraźniej go satysfakcjonuje, ponieważ nie drąży tematu.
Bo jak większość normalnych ludzi, którzy widzą, że druga osoba nie ma ochoty rozmawiać, nie zmuszają jej do wywodów. 

- Zapomniałbym, Zayn zostawił do siebie e-mail, podobno prosiłaś.
Trzaskam drzwiami, lekko oszołomiona. Stukam koturnami po podjeździe.
- Tak, sprawy związane z pracą - mruczę, wchodząc do domu.
Nie prosiłam o e-mail, ale musiałam podtrzymać kłamstwo Malika, bo zdałoby się to podejrzane, jaki ma ze mną związek.
Teraz proszę to samo po polsku.
Spróbuję: Peter robi za informatora i bezbarwnego zapychacza (ech, dawno nie było mi tak bardzo żal żadnej postaci). Mówi, że Malik ma rozdwojenie jaźni, ponieważ pisze maile do samego siebie, w związku z czym Suzanne uznaje to za sprawę związaną z pracą. Suzanne nie prosiła go, żeby te maile wysyłał, jednak Malik pewnie upierał się, że to ona go do tego zmusiła, więc stwierdziła, że nie ma sensu się o to spierać. Uznała to jednocześnie za „białe kłamstwo”, ponieważ ktoś może uznać pisanie wiadomości do samego siebie za element terapii. Dzięki tej przykrywce nie wyjdzie na jaw, że ma zupełnie nieprofesjonalne podejście do pacjenta i tymże podejściem jedynie powoduje u niego rozwój nowych problemów psychicznych.
Teraz wszystko jest jaśniejsze. 

Peter marszczy brwi i patrzy na mnie przenikliwie.
Pierwszy raz widzę taki wzrok i taka konsternację na jego twarzy.
- Jakie możesz mieć sprawy związane z Malikiem? - pyta.
- Wykaz obecnych pacjentów, którymi się zajmuję, do kartoteki - zmyślam na poczekaniu.
Dlaczego nie mówię prawdy, że nie wiem nic o żadnym e-mailu?! Może naprawdę chcę go dostać, w głębi siebie? Odnowić kontakt i zyskać w jego oczach po ostatniej sytuacji wydaje się być czymś irracjonalnym. Moje zachowanie jest co najmniej dziwne.
O, zauważyła.
Szkoda, że po takim czasie. 

Tonę w kłamstwach i topię w nich osobę, która jest dla mnie ważna. Jestem egoistką, ale akceptuję swoją naturę. Zaczynam wreszcie przejmować się tylko sobą.
Jakby wcześniej przejmowała się kimś innym. 

- Zrobię kolację - mówię miłym tonem.
- Pomogę ci. - Peter uśmiecha się do mnie i taszczy zakupy do kuchni.
Wieczorem siadam przy laptopie.
Przygryzam wargę. Sądzi, że do niego napiszę? Od tak, po prostu?
Kulturalny człowiek zaczyna mail od „Szanowny Panie”, nie od tak.
Zawsze może iść na luzaka i napisać "Elo", choć to niepoprawne. 

Nie mam w sobie silnej woli, aby oprzeć się temu człowiekowi. Szybko wpisuję jego adres mailowy. Stukam się w czoło. Przecież Peter zna hasło na moją skrzynkę pocztową. Sprawnie tworzę nowy, pod dość śmieszną, sarkastyczną nazwą.
Ona nie zauważa w tym nic złego? Zakłada nową pocztę, umawia się z jakimś obcym typem, dla którego rzekomo była terapeutką, okłamuje swojego chłopaka i jedyne o czym myśli, to jaką śmieszną nazwę nowej poczty dać. 

- Dominatrixsuu. - Chichoczę pod nosem.
Pole tekstowe stoi puste od dobrych pięciu minut. Szukam odpowiednich słów.
Dziękuję za Pana e-mail, o który "prosiłam". Niestety wypadło mi z głowy, w jaki sposób mam z niego korzystać. Może by mi Pan przypomniał?
Klikam enter i wysyłam.
Wiadomość zwrotną otrzymuję rano, przed wyjściem do pracy.

11. Nie daj się uwieść
ZaynMalik 08.46
Droga Suzanne, musiałem przemycić do Ciebie mój e-mail. Nie chciałem pisać bezpośrednio, wywierać na Tobie presji, dlatego dałem Ci wybór i odezwałaś się. 
Nasza rozmowa nie powinna wyglądać tak, jak wyglądała. Rozumiem, że jest Ci ciężko. Zwłaszcza, że Twój obecny partner nie ma takich zainteresowań jak Ty.  
Można Ci pomóc, Suzanne... Możesz być normalna, ponieważ twoje preferencje seksualne opierają się jedynie na fantazjach, wyobrażeniach. Jeśli zechcesz, mogę Ci opowiedzieć na czym opiera się prawdziwe BDSM, przedstawić jego złe i dobre strony. Zrobię to w ramach przeprosin za moje zachowanie.
Zayn
"Możesz być normalna", serio? SERIO?
I on to zrobi. Tymi rencamy i tymi palcyma.

Czytam wiadomość trzy razy, bardzo dokładnie. Jego mail napisany został w dość poważnym tonie, sprawiając że nie mam ochoty do dalszych pisemnych żarcików.
 - Mogę być normalna - mówię po nosem.
Gdybym coś takiego przeczytała, parsknęłabym śmiechem i uważała tego człowieka za zabawną anegdotę w moim życiu. 

Zastanawiam się nad tym. Faktycznie, wszystko, co jest we mnie, opiera się na fantazjach, które mogą być odrealnione. Jednak, czy chcę, aby to on wprowadzał mnie w tą wiedzę? Może to przynieść albo opłakany skutek, albo sukces.
W sumie mogę być normalna, albo nie. Może mi się uda, albo nie. To opko mogło być dobre, ale nie wyszło. 

Decyzję podejmuję, odklepując ośmiogodzinną pracę.
Widać, że studentka z pasją.
Skoro pracuje przez osiem godzin dziennie, to kiedy ma zajęcia na uczelni? Ktoś w ogóle pamięta jedno zdanie na temat tych studiów? Poza tym, że podobno są.
W sumie może ta praca jest wakacyjna, jako praktyki? Ale równie dobrze można uznać, że autorka zapomniała o studiach i będzie to bardziej prawdopodobne, niż moja opcja. 
Ja trwam w wierze, że jeszcze pamięta. Nie wiem, może to jakieś studia wieczorowe lub zaoczne (co jest dość prawdopodobne, sądząc z poziomu wiedzy bohaterki na temat tej pracy).

Wracam tramwajem, jednak nie do domu, ale na trening. Rozmyślam o propozycji Zayn'a. Posłuchał mojej prośby, zniknął, ale i tak w ciągu tych dwóch tygodni myśli nie pozwoliły mi uwolnić się na dobre od jego osoby oraz uległam pokusie i napisałam pierwsza. Mogę egzystować obok niego, sycić się obecnością człowieka, który wiedziałby jak mnie zaspokoić, ale czy wtedy nie oddaliłabym się od Petera?
Nie no, ona naprawdę nie widzi w tym nic złego.
Nawet nie widzi, że w taki sposób jeszcze bardziej rani swojego chłopaka. Tu nie chodzi już tylko o jakieś fantazje seksualne, tylko faktycznie zauroczenie się i chęć przebywania z nim częściej niż z Peterem. To okropne. Naprawdę bohaterka miała wyjść chyba na nieszczęśliwą w związku, ale jedyne, co w niej widzę to antypatyczną zołzę, która wykorzystuje ludzi i nie potrafi sama ułożyć sobie życia. 
Mam teorię spiskową: to opko naprawdę jest o Peterze. Pod koniec bohaterka pójdzie do odstrzału, a on wejdzie na pierwszy plan.
Serio, jeszcze nigdy nie było mi tak żal postaci z opka...

Cięgle to robię, a to, że zgodziłam się wystąpić w piątek w klubie, tym bardziej to potęgowało. Jestem złą kobietą, jednak brnięcie w to dalej, sprawia mi przyjemność.
 - Zgadzam się, panie Malik - mówię w myślach, uśmiechając się do siebie.
W klubie, Loreen uczy mnie mało wymagającej, ale zachwycającej choreografii do jednej z moich ulubionych piosenek. Odprężam się i nie myślę o tym, co złe.
- Słuchaj, Zayn się odezwał - zaczynam ostrożnie, przecież muszę jej powiedzieć.
Dlaczego?
Imperatyw. 

Lor jest bardzo sceptycznie nastawiona, co do osób, takich jak Malik. Przykre doświadczenia z przeszłości, ale o tym kiedy indziej, jednakże jest moja przyjaciółką i nie powinnam mieć przed nią tajemnic.
- Zignorowałaś - odpowiada, jakby to było dla niej oczywiste.
- No właśnie, nie do końca - mruczę, wykonując zamaszyście kolejną figurę na wysokościach.
Podchodzi do mojej rury, mrużąc oczy.
- Chyba się przesłyszałam, Sue? - Zakłada ręce na piersi.
- Postaraj się mnie zrozumieć...
- Och, ja dokładnie rozumiem, zauroczyłaś się nim! - Jej pretensjonalny ton zaczyna mnie drażnić.
- OCZYWIŚCIE, ŻE NIE! - Prawie spadam z samej góry.
Zaciskam mocno uda i ląduje na rękach. Jej stwierdzenie to czysty absurd.
- To jak wytłumaczysz te twoje głupie zachowanie i jeszcze głupszą gramatykę, ortografię oraz interpunkcję?
Nie odzywam się. Nie wiem, co jej odpowiedzieć. Udaję się do wyjścia, ze łzami w oczach.
Nie ma to jak dobry szantażyk emocjonalny. 
Rozumiem, że imperatyw, ale po co ta baba włazi z butami w prywatne życie Suzanne?

Czuję uścisk na plecach.
- Przecież ja się po prostu martwię, Sue - szepcze mi do ucha, rozgoryczonym tonem. - Pamiętam, gdy pojawił się Peter, byłaś taka szczęśliwa...
- Nie mogę być szczęśliwa, byłam, ale to było chwilowe, ulotne. - Łzy znaczą strużki po moich policzkach.
- Chcesz to zaryzykować, swój stabilny związek, dla jakiegoś chorego biznesmena z czarnym BMW?!
Halo? Pomyślmy trochę o drugim człowieku? 
Suzanne chyba ma w dupie uczucia Petera, skoro jej związek jest wszędzie znany wyłącznie jako „stabilny”? Nie było nawet jednej wzmianki na temat tego, że trzyma ją przy nim miłość lub przynajmniej coś na jej kształt. Być może on ją w jakiś tam sposób kocha, ale jej o to nie podejrzewam.

- Nie czuję nic do Zayna. - Odwracam się do niej, patrząc prosto w oczy. - Chce mi pomóc zrozumieć siebie, te moje dziwności, a gdy to zrozumiem, będę mogła się z tym uporać i być szczęśliwa z Peterem.
Tak to sobie tłumacz.

- Coś jeszcze cię skłoniło do odnowienia kontaktu? - dopytuje, odgarniając mi mokre włosy z twarzy. Nie mogła tego przeoczyć. Jest zbyt bystra.
-  Chcę mu dowalić po tym, jak się przy nim rozpłakałam - mówię wkurzona. - Ma mnie teraz pewnie za jakieś rozchwiane emocjonalnie dziecko, które nie może sobie poradzić z fantazjami!
Boję się, że i mi Suzanne będzie chciała dowalić, bo mam o niej identyczne zdanie. Dodałabym tylko więcej epitetów. 

Może przesadzam, ale jest mi po prostu wstyd za tamtą sytuację i chcę mu pokazać, że jestem w pełni świadomą siebie kobietą.
- W takim razie pokaż mu! - Odsuwa się ode mnie, pełna entuzjazmu.
- Co mam mu pokazać?
- Że nie jesteś dzieckiem, że jesteś piękna, kobieca, że wiesz, czego chcesz - tłumaczy, jakby czytając mi w myślach.
- Tylko jak? - Siadam zrezygnowana na posadzce.
- Jest jedna sytuacja, kiedy nikt nie odrywa od ciebie wzroku, kiedy hipnotyzujesz.
Wiem, co ma na myśli.
- Mam go zaprosić na występ? - pytam, szerzej otwierając oczy.
- Zacznie mieć do ciebie respekt, gdy zobaczy, że potrafisz sprawić, aby samo twoje ciało było czystą sztuką, to pokazuje twoją niezależność, siłę charakteru. Przynajmniej nie będzie potem kombinować, bo uświadomi sobie, że nie ma szans u takiej niuni. To wszystko mówi ktoś, kto trochę wcześniej dziwił się, że Suzanne, cytuję,  „wraca do tego bagna”. - Robi śmieszny gest brwiami.
Zaproś go na występ, gdzie się rozbierasz i pokazujesz swoje ciało obcym ludziom! Pokażesz mu, jaka niezależna jesteś! Nie mam nic do striptizu - sama chętnie poszłabym na burleskowy występ, ale naprawdę? Mężczyzna ma poczuć do kobiety respekt, ponieważ rozbierze się przed nim na scenie? To już nie wystarczy być wykształconą i zaradną kobietą, by mężczyzna cię traktował z szacunkiem?
Jak się jest wykształconą i zaradną, to tak. Z tym, że to akurat nie ten przypadek. 
Kiedy ma się w czymś braki, trzeba je czymś zastąpić... Oto mamy przykład.

- Bez przesady - oponuję, śmiejąc się.
Tylko Loreen potrafi poprawić mi humor w tak beznadziejnej sytuacji.
- Niektórzy do dzisiaj przychodzą i pytają o pewną tancerkę. - Uśmiecha się do mnie znacząco.
Przytulam ją.
- Tylko Sue, bardzo cię proszę, nie daj się uwieść - prosi, wtulając się w moje włosy.
- Obiecuję - odpowiadam.
- Chodź, nauczę cię obrotu ze spadem. - Ciągnie mnie za rękę.
Wieczorem piszę wiadomość do Malika. Zgadzam się na godzinną kawę po występie. Miedzy wierszami zapraszam go na niego, ale nie jestem pewna, czy przyjdzie. Mam taką nadzieję.
Piątek nadchodzi tak szybko, że nie jestem w stanie przygotować się mentalnie na zetknięcie się z jego karmelowymi, przenikliwymi oczyma.

12. Moja kobieta
Zdejmuję dresy i t-shirt za kulisami. Ubieram wysokie na piętnaście centymetrów szpilki z masywną platformą, która dodaje mi stabilizacji. Bardzo często słyszę pytanie "Jak możesz tańczyć w takich szczudłach?". Ludzie nie wiedzą, że są bardzo pomocne akurat w tej formie tańca. Pada jasne, ciepłe światło. Centralny punkt - długa na trzy metry rura zapewne już przyciąga spojrzenia zebranych.
- Gotowa? - pyta Loreen zza moich pleców.
Przytakuję jej. Szybko obsypuję ręce specjalnym proszkiem, aby się nie pociły w trakcie figur. Wychodzę na środek. Witam się z zimnym metalem przelotnym dotykiem. Metal uprzejmie odpowiedział „dobry wieczór”. Wylot sceny na publikę jest półkolisty. Cztery metry przede mną siedzi z tuzin mężczyzn, którzy wykupili sobie miejsca vip.
Kiedy opowiadała o tym klubie Malikowi, miałam wrażenie, że to jakaś zabita dechami dziura - największa speluna w mieście, ale chyba nie. 

Ciepłe światło sprawia, że moja skóra wygląda ładniej niż w rzeczywistości. Patrzę w ciemność, gdzieniegdzie przerwaną rozżarzonymi papierosami lub cygarami, które znaczą na niej pomarańczowo-złote kropki.
Rozbrzmiewają pierwsze dźwięki "Bring me to life" i staję się motylem.
Moja choreografia jest erotyczna, ale nie wulgarna. Reszta pań wykona czarną robotę. Ja jestem po prostu zachęcającym wstępem.
Naprawdę mam trochę dość robienia z tego takiej bardzo perwersyjnej zabawy dla panów. Striptiz może być sztuką, a kobiety zajmujące się tym nie muszą być wulgarne (co udowadnia chociażby Dita von Teese)

Nie wiem, czy przyszedł, czy patrzy, czy się zachwyca, a może kręci głową z dezaprobatą, to się nie liczy. Wszechogarniające uczucie setki par oczu, skupionych na mnie, to jest to, po co tutaj przyszłam, po co to robię. Daje mi to ulgę, ukojenie, przełamanie codziennej rutyny. Gdy wykonuję przeskok z lądowaniem w szpagacie, słyszę liczne pogwizdywania. Jakiś mężczyzna rzuca pięciodolarówką. Trafia wprost pod mojego buta.
Zrobił samolocik z pięciodolarowego banknotu czy rzucił złotą monetą kolekcjonerską? Tak czy inaczej, ktoś powinien zareagować, bo rzucanie czegokolwiek na scenę podczas występu jest zwyczajnie niebezpieczne.
Może to faktycznie jest jakaś speluna, gdzie średnio przejmują się takimi rzeczami jak bezpieczeństwo. Wiesz, jedną rzecz, miejsce lub scenę można opisać na milion sposobów, jedynie podkreślając inne szczegóły, by nadać pożądany klimat. 

Depczę po niej, nie zwracając uwagi. Nie jestem do kupienia. Nigdy nie byłam.
Mówiąc o striptizie Malikowi, była zażenowana sobą. Płakała i wstydziła się tej profesji, a także powodów, dla których ją wybrała. W tym akapicie wszystko zaprzecza tamtemu obrazowi. Wydaje się być zadowolona i dumna ze swojego występu. Czy ona naprawdę ma schizofrenię? Rozdwojenie jaźni?
Cierpi na psychozę opkową. Objawia się ona rozwinięciem kilku osobowości połączonych faktami z życia danej osoby, jednak posiadających zupełnie inne poglądy na ich temat. I nagłymi atakami sklerozy.

Wraz z ostatnim, pełnym żalu i nadziei Bring me to life, kończę swój występ. Nie kłaniam się, po prostu schodzę ze sceny, odprowadzana gromkimi brawami.
Ubieram czarną marynarkę Lor i wychodzę w tłum, razem z moją prywatną ochroną. George wydaje się być dwa razy większy ode mnie, przy nim czuję się bezpiecznie. Zgarniam wiele pochwał. To nasza tradycja, każda tancerka musi później przywitać się z "gośćmi" klubu. Niektóre potrafią paradować nago, ja jednak nie jestem taka, jak one.
Ona jest l e p s z a. Jej n i e m o ż n a kupić. 
Jest ponad to wszystko i w ogóle łaskę robi, że tam wystąpiła... A nie?

- Ciekawy występ - odzywa się głos za mną.
Odwracam się.
- Miło, że przyszedłeś popatrzeć - odpowiadam, lekko zdezorientowana.
Jego męskie rysy twarzy, raz po raz oświetla żar grubego cygara. Jego rysy kobiece schowały się w cieniu. Śmierdzi, ale jest to poniekąd seksowny zapach.
Aromat pana Mietka spod Żabki musi doprowadzać ją do orgazmu.

- Miałem czekać na zewnątrz, ale nie odbierałaś telefonu - mówi lekko zirytowanym tonem głosu. Być może wcale nie chciał na to patrzeć.
Jaka ona przenikliwa. Poza tym chyba napisała mu, że będzie tam WYSTĘPOWAĆ. Co ona miała do gaci zaczepić sobie telefon, żeby odebrać? 

- Przepraszam, musiałam zostawić go...w garderobie. - Nazywam tak kanciapę, gdzie ja i wszystkie dziewczyny zazwyczaj ubieramy lub rozbieramy się do występu.
- Możemy już iść? - pyta, patrząc przelotnie na George'a.
Właśnie w tej chwili podchodzi do mnie zakropiony alkoholem (wylał sobie na głowę pół flaszki) mężczyzna, którego bardzo dobrze znam.
- Sisi! - krzyczy teatralnie, choć stoję dwa metry od niego.
Zaczyna się niebezpiecznie przybliżać, ale w porę reaguje Geogre, odpychając go ręką. Patrzę wystraszona to na niego, to na Malika, który szybko gasi swoje cygaro. Niestety mój ochroniarz nie ma prawa wyrzucić typa za drzwi, zapłacił, więc może tu być, nie ma prawa jedynie mnie dotknąć.
Co? Jeżeli facet nagabywał by tancerkę i robił rzeczy, których ona sobie nie życzy, to ochroniarz nie ma praw wyrzucić niechcianego gościa? To po cholerę tam w ogóle ochrona? 
Aby stwarzać pozory. Przykładowo: jeśli na koncercie sami występujący zachowują się nieodpowiednio, też mogą zostać wyrzuceni z klubu na zbity pysk. I pal licho, że banda ludzi zapłaciła, by ich zobaczyć – jeśli komuś nie podoba się ich zachowanie, właściciel lokalu może ich wygonić. Więc stwierdzenie, że „nie ma prawa go wyrzucić, bo zapłacił” jest naprawdę bezsensowna.

- Pardon! Chciałem się tylko przywitać z moją faworytą! - mówi starszy mężczyzna, ubrany w biały garnitur, a ja krzywię się na to określenie.
Ma już ponad czterdzieści lat (nie wierzę, ludzie tyle nie żyją) i jest przebrzydle nachalny.
- Panie Goldenmayer, bardzo proszę stąd iść - mówię stanowczym tonem, zapinając marynarkę, aby nie mógł dłużej wpatrywać się na mój nagi brzuch oraz piersi, schowane za koronkowo-czarnym stanikiem.
- Kiedy tak  długo na ciebie czekałem, Sisi - zaczyna bąkać pod nosem.
- Rozumiem, że mój występ się panu spodobał, ale wystarczy. - Przewracam oczyma.
Co za żenująca sytuacja.
Jakiś "stary dziad" się na mnie patrzy, a ja myślałam, że tylko bogowie greccy przychodzą do tego klubu. 
Z własnych obserwacji mogę powiedzieć, że na wszelkich występach w lokalnych klubach zawsze znajdą się wymienione typy osób: miejscowy żulero, gość, który przyszedł „nachlać się, obejrzeć występ i wrócić do domu”, nawiedzona kobieta, która wywija tańce pod sceną i nie zna jej w towarzystwie nikt poza lokalnym dealerem oraz jakiś psychofan/psychofanka występującego. Tutaj wszystkie typy (może poza roztańczoną kobietą) mamy w jednej osobie.

- Bardzo proszę zostawić moją kobietę w spokoju - odzywa się groźnie Malik, stając miedzy mną i Georgem, a Goldenmayer'em. - Przyjęła grzecznie pochwałę, teraz należy zostawić to, co nie należy do pana w spokoju.
Starszy mężczyzna unosi ręce w geście poddania.
- Ma pan cholerne szczęście - odpowiada na odchodnym.
- Wychodzimy - nakazuje Malik, nie komentując zaistniałej sytuacji, a ja czuję rumieniec na mojej twarzy.
Przytakuję mu.
- Czekam przy wyjściu - oznajmia i odchodzi.
- Mogłeś coś zrobić! - mówię piskliwym tonem do Georga, ale on tylko wzrusza ramionami.
Ale co? Sama powiedziałaś, że nie może wyrzucać gości, a mężczyzna - tak naprawdę - nie robił nic złego. 

Moja kobieta, brzmi mi w głowie.
Szybko przebieram się w normalne ciuchy i dołączam do niego.
Noc jest chłodna, otrzeźwia mi głowę po przebywaniu w głośnym pomieszczeniu. Malik nic nie mówi, więc ja zaczynam.
- Dziękuję, że pan mi pomógł, teraz pewnie na długo będę miała spokój - mówię rozbawionym tonem.
- Zagorzały fan? - pyta z uśmiechem, a ja przytakuję.
- Wiele z nas ma swoich stałych adoratorów, jednak najwięcej ma moja przyjaciółka, Loreen. - Uśmiecham się na jej wspomnienie.
- Loreen? - Wsadza ręce w kieszenie swoich jeansów.
- Tak.
Rozmyślam o tym, co powiedział do Goldenmayer'a. Musiał tak zareagować, aby dał mi spokój, zapewne Malik nawet nie spojrzałby na mnie jak na potencjalną kandydatkę, a te słowa to nic nieznaczący gest irytacji.
O, mamy przebłyski racjonalnego myślenia.

- Pojedziemy samochodem - decyduje, prowadząc mnie na parking.
- Gdzie jedziemy? - pytam dla bezpieczeństwa.
- Restauracja Piekło Niebo na starym mieście - odpowiada, a ja tylko lekko się uśmiecham.
O której był ten występ, że restauracja jest jeszcze czynna? Chyba że to bar mleczny, działający 24h/7.
Albo knajpa na dworcu.
Albo McDonald, w tej okolicy tak przezywany. Anegdota koncertowa mi się przypomniała: późny wieczór, koncert bodajże Judas Priest dobiega końca, wszyscy głodni jak diabli. Jedynym lokalem gastronomicznym otwartym o tak późnej porze był McDonald. Cała banda kuców w glanach i z pieszczochami na pół metra ładuje się do Maca, w którym aż się ciemno zrobiło od takiego nawału mhroku... Tego dnia największym hitem był zestaw „Happy Kill”.

Słyszę charakterystyczny dźwięk otwierania samochodu.
We wnętrzu czarnego BMW jest bardzo przyjemnie. Robi się momentalnie ciepło, a fotele są tak wygodne, że mogłabym na nich spać.
- Pasy - przypomina mi.
- Przecież to chwila stąd! - mówię. - No dobrze, zapinam - uspokajam go, widząc mordercze spojrzenie.
*
Malik gestem dłoni zaprasza mnie do zajęcia miejsca. Zagłębiam się w biało-złotym fotelu, on zaś zajmuje czarno-czerwony. Niesamowity kontrast wnętrza oraz naszych charakterów harmonizuje się. On diabeł, ja anioł, poniekąd. Jestem bardzo ciekawa, gdzie zaprowadzi nas ta rozmowa. Czy do piekła? A może do nieba?
Ten obraz miał być chyba bardzo metaforyczno-poetyczny, nie wyszło.
Jak bardzo wiele rzeczy w tym opku.

Mam spuszczony wzrok, czekam aż zacznie. Słyszę jak zamawia dla mnie lampkę szkockiego wina. Nazwa jest tak trudna, że nie potrafię powtórzyć jej nawet w myślach.
- Krępuje cię mój widok?!
Podnoszę oczy i spotykam ironiczny uśmiech na jego twarzy.
Czy on umie uśmiechać się tylko w ironiczny sposób? 
Wszelkie inne uśmiechy są już zużył, na stanie zostały mu tylko te ironiczne.

- Nie, po prostu się zamyśliłam - kłamię, chociaż faktycznie też rozmyślałam.
- Suzanne - zaczyna, ale po moim imieniu nie słyszę nic.
Gdy rozchyla wargi, aby cokolwiek powiedzieć, natychmiastowo milknie.
- Onieśmiela cię mój widok?! - atakuję jego bronią.
Słyszę jego melodyjny śmiech.
Kręci głową.
- Robiłem to z premedytacją - odzywa się w końcu, poważniejąc
Marszczę brwi. O co mu chodzi?
- Widziałem, jak reagujesz na same słowa, byłem prawie pewny, że BDSM nie jest ci obce, ale myślałem, że siedzisz w nim z zupełnie innej strony niż uległość. - Zagryza swoją malinową wargę.
No rzeczywiście, poprzednie rozdziały pokazały nam jak bardzo dominująca jest Suzanne. Nawet pięciolatek potrafi być bardziej stanowczy. 

 Wciągam mocniej powietrze, mrugam kilka razy, aby dokładnie przetworzyć to, co mi powiedział.
- Widziałem jak przyspiesza ci tętnica na twojej chudej szyi, gdy zacząłem opowiadać, jak przyciskasz żebra, obgryzasz ręce, uciekasz wzrokiem...- kontynuuje, a ja płonę rumieńcem.
Och, przecież tak bardzo chciałam to ukryć.
Kolejny powód, by zrezygnować z tego zawodu i zająć się czymkolwiek niezwiązanym z ludźmi. 
A przynajmniej z rozwiązywaniem ich psychicznych problemów. Już nawet Malik bardziej nadaje się do takiej roboty.

- Myślałem, że nie chcesz mieć ze mną jakichkolwiek kontaktów, ponieważ jesteś taka jak ja.
- Myślałeś, że mam w sobie stronę dominującą? - dopytuję.
- Wiem, pomyliłem się - odpowiada.
- Gdybym była taka jak ty, dlaczego chciałabym uciec od ciebie? To nie logiczne - stwierdzam.
Kelner podaje zamówienie.
Oboje milkniemy, patrząc na siebie.
Natychmiast upijam łyk cierpkiego trunku, nie mogę znieść jego wiercących we mnie, karmelowych oczu.
- To działa na zasadzie biegunów w magnesie, dwa północne się odpychają - tłumaczy.
Opiłki metalowe też pewnie przyciągacie.

- Rozumiem. No cóż, mój charakter sprawia, że można tak na pierwszy rzut oka stwierdzić - przyznaję mu rację.
Masz za duże mniemanie o sobie. 

- To dlatego, że nie miałaś Pana.
- Nie miałam - potwierdzam.
- Moje dwutygodniowe zniknięcie nie pomogło? - pyta, choć dobrze zna odpowiedź na to pytanie, jakby pomogło, nie napisałabym do niego.
- Chodzi o moje fantazje? - Unoszę brew.
- Fantazjujesz o mnie? - Uśmiecha się ironicznie.
Niech on przestanie, błagam!
Wszyscy tu powinni przestać – on, Suzanne, a przede wszystkim auuutorka.

Nienawidzę go!
- Nie, fantazjuję o BDSM, a twoje zniknięcie nie pomogło, już za dużo namieszałeś - mówię zdenerwowana.
- Łatwo się złościsz.
- Przejdźmy do konkretów. Napisałeś, że mogę być normalna... - przypominam mu, a on przytakuje. - Powiedz jak?!
Prostuje się na fotelu, opiera umięśnione, wytatuowane ręce na kolanach. Patrzy mi głęboko w oczy. Nie podoba mi się ten wzrok. Czuję, że to, co mi zaraz powie, odbije się na długo echem w mojej psychice, którą do reszty ogarnęła żądza bycia przynależną.
Mnie ogarnia żądza ucieczki od tego opka. Szczególnie od tego psychologicznego bełkotu, który nie ma żadnego sensu.
Zwłaszcza, że opko może się na długo odbić w psychice.

Czy będzie kolejna część? Tego nie jesteśmy pewne. Po takim materiale, same zaczęłyśmy zastanawiać się nad terapią. Do następnego wtorku! 

7 komentarzy:

  1. Karmel, karmel, lubiłam go, a teraz będzie mi się kojarzył z kiepskim opkiem...

    OdpowiedzUsuń
  2. Następna część!Następna część!

    "A jeden młody recenzent nawet rozdarł się "Autor, autor!!!"
    - Ależ panie - wyszeptał kolega - przecież Szekspir nie żyje niestety...!
    Młodzik pobladł i jęknął: - No patrz pan... a ja dzisiaj nie czytałem gazety..."
    A kiedy będą złe seksy?
    A wiecie, jak ja się zrobiłam? Na Falkonie ze 2 lata była prelekcja o 50 twarzach, całkiem fajna. I mi się wyrwało głupie zdanie,że jakbym to dostała za darmo,to bym przeczytała.I następnego dnia otwieram pocztę,a ta m....PRZEBÓJ!!!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też czekam na kwikaśne seksy!

    OdpowiedzUsuń
  4. Następna część być musi, bo też chcę seksy!

    OdpowiedzUsuń
  5. co oznacza, że między bohaterką, a jej bratem jest siedemnastoletnia przepaść.
    Drugi przecinek do kosza. // Niebywałe! Przecież tacy ludzie nie istnieją! Oh, wait...

    On tu pełni funkcję dekoracji wstawionej właściwie nie wiadomo, po co.
    Zbędny przecinek.

    Jedyne, o czym wciąż nam powtarza to fakt
    A tu jednego brakuje.

    Poza tym prawie zawsze (w opkach oczywiście) dylemat mający napędzać fabułę, jest idiotycznie sformułowany.
    A ten jest doskonale zbędny.

    Jego brązowe, piórkowate włosy roztrzepały się. Cały Tony.
    Tony jest złożony tylko z piórkowych włosów, które się samoistnie roztrzepują.

    Wytłumacz mi, droga analizatorko J, w jaki sposób długo- i gładkowłosy Kuzyn Coś ilustruje piórkowatość i w którym miejscu powyższego cytatu z opcia jest napisane, że Tony cały składa się z włosów? Bo chyba szwankuje u ciebie nie tylko poprawność, ale też umiejętność czytania ze zrozumieniem.

    kiedyś bardzo lubiłam się w takim poetyckim stylu pełnym metafor
    Nie możesz się w poetyckim stylu lubić (możesz jedynie lubić poetycki styl). Możesz za to się w nim lubować. (Nope, to nie to samo).

    Droższe mają bardziej wytrzymałe bańki mydlane?
    Na logikę tak. Tańsze płyny są zazwyczaj rozwodnione, więc logiczne, że ta z bardziej skoncentrowanego płynu będzie miała większą wytrzymałość. To już kwestia napięcia powierzchniowego, a przypuszczam, że zagadnienie jest ci znane.

    Autorka czytała "Anne Kareninę"?
    Annę.

    wattpadzie
    Brak wielkiej litery w nazwie własnej.

    z numeru prywatnego nie można wysłać wiadomości.
    Bezedura.

    wyjścia.”
    Kropka po znaku zamknięcia cudzysłowu, nie przed, nawet jeśli należy do cytowanego zdania.

    Skąd się wysysa kłamstwa?
    https://sjp.pwn.pl/slowniki/wyssać%20z%20palca.html

    To nie jest zabawa w chuligana, tworzącego murale
    Murale to nie pięciosekundowe podpisy, więc fail z rym porównaniem. // Zbędny przecinek.

    Poza tym jak żyję nie widziałam przedsiębiorcy
    Zabrakło przecinka.

    - Lubię taki zapach. - Uśmiecham się sama do siebie.
    Zapach spreju jest naprawdę bardzo zdrowy i cudowny.

    A co zdrowotność ma do upodobań? Tak samo jak to, że ktoś może lubić to, co dla innego jest nieprzyjemne. Twoje upodobania są twojsze?

    Stres działa na nas albo paraliżująca
    Paraliżująco.

    odpowiadam pytaniem na pytanie, stosuję jego manewr.
    Eee... co? Jaki manewr?

    Odpowiadania pytaniem na pytanie.

    Przegrupowała się.
    https://sjp.pwn.pl/sjp/manewr;2566894.html

    głodna.)
    Bez kropki, bo ten nawias z wtrąceniem wstawiłyście w środku zdania.

    Już jako dziecko miałam specyficzne preferencje, na zajęciach z wf-u uwielbiałam, gdy graliśmy w zbijaka.
    Lubiłam, kiedy dostawałam piłką w łeb i nie mogłam się podnieść.

    A od kiedy w zbijaka można celować w głowę?

    A ten drań ani myślał nabić mi choć jeden mały siniak!
    Jednego małego siniaka.
    https://sjp.pwn.pl/doroszewski/siniak;5496606.html

    a co za tym idzie nie jest odpowiednią osobą do wysłuchiwania jej żali.
    Zabrakło przecinka.

    Myślałam, że opowie historię o byciu przywiązywanym do kaloryfera przez nauczycieli, albo że dawała się bić na przerwach szkolnych.
    Przywiązywaną.

    Jednak osoby, które znają to tylko z amerykańskich filmów kojarzy się wyłącznie z klubami go-go.
    Albo Jednak osoby, które (...), kojarzą go wyłącznie (...), albo Jednak osobom, które (...), kojarzy się (...).

    jedyne o czym myśli
    Zabrakło przecinka.

    będzie to bardziej prawdopodobne, niż moja opcja.
    Ten za to jest niepotrzebny.

    Nie wiem, może to jakieś studia wieczorowe lub zaoczne (co jest dość prawdopodobne, sądząc z poziomu wiedzy bohaterki na temat tej pracy).
    O lol, bo większość uczęszczających na studia dzienne to wręcz powala wiedzą. XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś "stary dziad" się na mnie patrzy
      A po co to się?

      O której był ten występ, że restauracja jest jeszcze czynna? Chyba że to bar mleczny, działający 24h/7.
      Godziny zamknięcia restauracji to, w zależności od indywidualnych ustaleń lokalu, 22.00 - 24:00 lub tzw. do ostatniego klienta, czyli restauracja nie ma ustalonej godziny zamknięcia.

      poprzednie rozdziały pokazały nam jak bardzo dominująca jest Suzanne.
      A gdzie przecinek?

      Po takim materiale, same zaczęłyśmy zastanawiać się nad terapią.
      O, jest, schował się tu, bo co innego by tu robił.

      Usuń