środa, 8 lutego 2017

23. Królowa Kier w przetwórni ryb, czyli merysuizm za Piasta Kołodzieja cz. 3

Z niewielkim opóźnieniem, ale jesteśmy! W tym tygodniu znów zabieramy Was w świat przedhistorycznych Słowian, gdzie codziennością były straszliwe demony spotykane na każdym kroku oraz bohaterska Dużyźń, która dzielnie przed nimi broniła. W tym odcinku poznacie kolejnych greckich imigrantów na ziemiach dzisiejszej Polski, dowiecie się, kto pobił biblijny rekord w zmartwychwstawaniu oraz odwiedzicie słowiańską gospodę internetową. Te wszystkie cuda zostaną dodatkowo okraszone niewyobrażalną ilością absurdu oraz chamstwa głównej bohaterki.
Miłego czytania!

Analizują: Nikelaine, baba_potwór i Az

Rozdział 7 - Ulotne chwile

Nasze początki były raczej trudne. Wiecie, bardzo nie pasowało mi to, że jakiś dwóch dziwnych gości, którzy przy pierwszym spotkaniu próbowali mnie zabić nagle chcą zostać moimi przyjaciółmi. W ich wyobrażeniach pewnie o wszystkim zapomnę i staniemy się najlepszymi przyjaciółeczkami, i będziemy pleść sobie warkoczyki, i gadać o chłopcach...
Owszem, na pewno będziecie sobie robić warkoczyki. Z dwoma facetami.
Rozumiem plecenie warkoczyków w przypadku, gdy jest się długowłosym kolesiem mającym siostrę poniżej dwunastego roku życia. Jednak w takiej sytuacji nie widzę żadnego wyjaśnienia.

Jak ja ich nie lubię.
Chłopców? Zresztą, kogo ty w ogóle lubisz?
Siebie.
W końcu miłość własna to też miłość.

Dogadywać zaczęliśmy się po pewnym wydarzeniu. W trakcie drogi znaleźliśmy grotę. Grota okazała się jaskinią (dziwne — przecież groty zazwyczaj są wyniosłymi szczytami) z tunelami i stalaktytami. Zanim to jednak odkryliśmy usiedliśmy przy jej wylocie. Podjęliśmy się pracy załatwienia jakiś demonów. Według wieśniaków to właśnie w jaskini miały swoje gniazdo.
Tak, zaufaj niedouczonym (jak postrzegałaś ich jeszcze niedawno) wieśniakom w kwestii co i gdzie się lęgnie. Nawet grając w Wiedźmina najpierw samej musiałam ustalić, co konkretnie atakowało poszczególne wioski...

Podobno siały terror czy coś w tym stylu.
Wymuszały haracze i porywały dla okupu.

Od razu zaznaczę żebyście nie spodziewali się akcji jak z wiedźmina. Tak naprawdę nie było tej walki z demonami aż tak dużo, zwłaszcza w poprzednich rozdziałach. Do póki Polska nie stała się Polską w sensie tego całego zjednoczenia ziemi i tego całego chrztu to demony bardzo rzadko ingerowały w świat ludzi. Dopiero gdy przeszliśmy na chrześcijaństwo wszystkie umowy poszły się rypać. I tak przez całe średniowiecze było najwięcej roboty.
A te wszystkie ofiary i obrzędy były tylko dla picu, natomiast wszyscy wieśniacy z tych wszystkich zjednoczonych słowiańskich plemion z dnia na dzień, dokładnie w chwili przyjęcia chrztu, przestali wyznawać rodzimą wiarę i zaczęli klepać zdrowaśki, bo myślenie zakorzenione w kulturze od setek lat może zmienić się w pięć minut.

  No więc siedzieliśmy, planu konkretnego nie było. Wchodzimy, sprawdzamy sytuację, robimy porządek z potworami i wracamy po zapłatę.
Więc był plan, czy go nie było? Bo drugie zdanie jest jego opisem.

Chłopcy przygotowywali pochodnie, a ja zajęłam się zaklęciami ochronnymi. Tak, ja im byłam potrzebna jedynie do ochrony. Zawsze jednak sądziłam, że to mnie będą chronić, a nie jeszcze kogoś przy okazji. Zwłaszcza kogoś tak paskudnego jak oni.
Oni, czyli kto? Z kontekstu domyślam się, że ma na myśli wieśniaków. Królewna chyba zapomniała, że sama do nich należy.
A ja się zastanawiam, czy nie widzi sprzeczności między „byłam im potrzebna jedynie do ochrony” (= miałam ich chronić) a „sądziłam, że to mnie będą chronić”.

Po jakimś czasie byliśmy gotowi do drogi. Mieliśmy wszystko co potrzeba: broń, zaklęcia ochronne oraz światło.
Niech mi ktoś wyjaśni, jak można mieć zaklęcia. Umieć rzucać, okej. Ale mieć?

Czego chcieć więcej. Otóż osobiście wolałabym coś co nie jest wilgotne i nie grozi zmiażdżeniem, ale to jedynie moje osobiste odczucia.
Która z wymienionych rzeczy jest wilgotna i grozi zmiażdżeniem? Mamy do wyboru broń, zaklęcia i światło. Jeśli bronią nie był płetwal błękitny, to nie wiem, co w tej chwili autorka ma na myśli.
Jeszcze łódź podwodna przychodzi mi do głowy.

  Szłam pomiędzy nimi. Prowadził Alexander, jakże by inaczej. Światło nie docierało daleko, ale widziałam na tyle dobrze by się nie przewrócić. Czasem wydawało mi się, że widzę coś narysowanego na ścianie tunelu, ale po co mi było to sprawdzać, w końcu to nie miało prawa mieć nic wspólnego z tym, co zamierzałam zrobić. Czy przed wejściem do jaskini nie było przypadkiem tablicy z napisem „Lascaux”? Droga była nierówna, ale czego można się spodziewać po drodze w jaskini. Czasem szliśmy pod górę, a czasem w dół. Przede wszystkim to drugie. Było coraz zimniej i mroczniej, a ja miałam ochotę uciec z tam tond :D z wrzaskiem. Nawet do piwnicy nie potrafię zejść.
Jak powszechnie wiadomo, pod każdą lepianką znajduje się piwnica. Pewnie jeszcze z żarówką zwisającą z sufitu.

Wracając do naszej drogi. Niczego nie wyczuwałam, trzęsłam się z zimna i strachu.
  Nagle wpadłam na plecy Alexandra. Wyjrzałam zza niego. Staliśmy na rozwidleniu, jak, że by inaczej trzech dróg. Pamiętam, że strasznie mnie przerażało rozdzielenie się. Gdyby były tylko dwie drogi w tedy nie musiałabym iść sama. A tak zostałam pchnięta w czeluści ciemności. Nie miałam nic do gadania.
Podobno jest czymś na kształt łowczyni demonów i do tej pory działała samotnie. Więc dlaczego teraz robi w majty ze strachu?
Bo teraz trzeba naprawdę wykazać się kwalifikacjami i opanowaniem. Cyrk z paleniem ziół w ognisku przestał wystarczać.

  Szłam tak szybko jak tylko potrafiłam. Starałam się zbytnio nie rozglądać. Dzieliło mnie tylko jedno wydarzenie od histerii. W pewnym momencie zaczęło robić się coraz jaśniej. Na ścianach co jakiś czas pojawiały się pochodnie. Droga też stała się jakaś taka prosta. Tak jak by ktoś specjalnie wygładził podłoże.
Przyszedł walec i wyrównał.
Za moment znajdzie antyczną cywilizację żmijów.
A nagła zmiana wcale a wcale jej nie zdziwiła, w końcu pochodnie w głębi jaskini to coś zupełnie naturalnego.

  Wyszłam na gigantyczną jaskinię. Była bardzo imponująca, bardzo wysoka, ze zwisającymi stalaktytami. To nie wszystko, w pewnym momencie skała się kończyła i była głęboka dziura. W ścianach były balkony, a całość była nieźle oświetlona. Wyglądało to trochę jak świątynia. Nie oszukujmy się mieliśmy najlepsze świątynie ze wszystkich religii. Jak nie w zagajniku to na polanie, a czasem w jaskiniach. Nie potrzebowaliśmy zbyt dużo do odprawiania modłów.
A teraz sprostowanie: Słowianie raczej rzadko budowali świątynie, fakt. Jednak miejscami kultu nie były jakieś tam przypadkowe laski przy polu. Najczęściej cześć oddawano bogom w miejscach uderzenia pioruna, bo wierzono, że błyskawice sakralizują dane punkty, tam też stawiano idole, czyli posągi. Ewentualnie na wzgórzach lub w lasach, z którymi związany był jakiś mit. Jaskinie nie podpadają ani pod jedną, ani pod drugą kategorię.

  Po za mną nie było nikogo. Spokojnie zaczęłam iść w stronę krawędzi. Nie widziałam dna. Wzdrygnęłam się i odeszłam. Nagle ktoś krzyknął moje imię, aż podskoczyłam. Podniosłam głowę, na jednym z balkonów stał Michael i wesoło do mnie machał. Zrobiłam face palm, bo oczywiście to pojęcie było mi doskonale znane z Kwejka i pokręciłam głową. Zaczęłam machać aby się uspokoił, ale nie zrozumiał moich sygnałów. Zamiast tego skakał i machał głupio się przy tym szczerząc.
Dlaczego każdy, kto nie jest Dużyźnią, jest przedstawiany jako skończony idiota?
Punkt pierwszy opkowego regulaminu: każdy, kto nie jest Merysójką, jej tróloffem albo psiapsiółeczką od zakupów, jest głupi, zły i brzydki.

 Miałam obraz w głowie jak spada, a jego głowa rozbryzguje się niczym krwawy arbuz. Albo jak nabija się na stalagmit.
A miała takie obawy, ponieważ...? Chłopak chyba ma mózg i widzi, że jest wysoko, a jeśli spadnie, zrobi sobie sporą krzywdę. Pomijam już porównanie do arbuza dokonane przez osobę, która żyje we wczesnym średniowieczu/późnej starożytności na ziemiach środkowoeuropejskich.

Żeby o tym nie myśleć zaczęłam rozglądać się za Alexandrem. Nigdzie go nie widziałam, chociaż dla mnie w tamtej chwili był tak mroczny, że mógł się zlewać z otoczeniem.
Nie widziałaś go, ale wiedziałaś, że akurat w tamtej chwili był mroczny. Nie mam więcej pytań.

Chciałam dostać się do tego skaczącego małpoluda. Dostrzegłam prostą drogę wykutą w ścianie. Nie dochodziła w prawdzie tylko w fałszu do Michaela, ale i tak byłabym nieco bliżej niego.
- Nie!
  Znów krzyknął Michael, a ja podskoczyłam. Spojrzałam na niego zdezorientowana. Nagle poczułam ostry ból. Coś zimnego wbiło mi się w plecy. Gdy upadałam niespodziewanie ktoś mnie złapał. O tak, Alexander. Jak ja gościa nie lubię. Gdy tak mnie trzymał jedną ręką usłyszałam czyjś jęk. Chłopak zaatakował mojego oprawcę.
Nie lubisz kogoś, kto ratuje ci życie, nie jest wredny i w jakiś sposób z tobą wytrzymuje. Wielbiłabym typa na twoim miejscu, moja droga.

Zbyt długo nie wisiałam na jego ręce. Puścił mnie, a ja głośno przytuliłam kamień.
W jaki sposób można głośno przytulić kamień? Krzyknął, gdy go objęła, czy może z hukiem rozłupała go w niedźwiedzim uścisku?
Pociągnęła nosem przy tym przytulaniu.

Mogłam się ruszać, chociaż plecy strasznie bolały. Wstałam i dotknęłam ich, pleców znaczy. Krwawiłam, ale byłam w szoku więc jeszcze nie płakałam. Rana nie była głęboka, ale przechodziła przez całe plecy. I nie, nie została mi blizna.
Przed chwilą napisała, że coś wbiło jej się w plecy, a teraz opisuje płytką, podłużną ranę. Jedno wyklucza drugie – gdyby coś faktycznie wbiło jej się w plecy, rana byłaby mała i głęboka, natomiast płytka i podłużna może powstać tylko w efekcie przejechania czymś ostrym wzdłuż pleców.

Było ich pięcioro. Mieli długie czarne peleryny, a ich twarze ukryte były pod obszernymi kapturami.
Demony Pierścienia czy dementorzy? Bo żadnych słowiańskich stworzeń idących za tą modą nie było.

Ten z którym walczył Alexander dzierżył sztylet pobrudzony krwią, moją krwią.
Upewniłam się o tym robiąc szybką analizę DNA.

Ostrze sztyletu było zakrzywione i miało ząbki. Rana szarpana, kiepsko będzie się goić.
I na pewno nie zostaną po niej blizny. Tajasne.
Zastanawiam się, jak blisko stała, żeby ocenić, że zakrwawiony sztylet miał ząbki.

Pozostała czwórka stała z tyłu i przyglądała się walczącym. Nie wiedziałam o co chodzi, wszystko wyglądało tak osobliwie. Ale bardzo możliwe, że w tedy straciłam zbyt dużo krwi żeby ogarnąć co się dzieje.
Na plecach żadnych ważniejszych żył ani tętnic nie ma, w dodatku wcześniej było napisane, że to płytka rana. Nie ma więc opcji, by straciła jakoś niewyobrażalnie dużo krwi. Chyba że przy okazji zahaczył też o tętnicę szyjną, a ona nie zauważyła.

- Ał – Michael przyłożył do moich pleców swoją koszulę.
- Trzymaj się księżniczko – powiedział.
- Nie nazywaj mnie tak – syknęłam. Przecież nie ma w tej chwili nic ważniejszego niż to, jak on się do ciebie zwraca. – Nie pomożesz mu?
- Czemu bym miał. To walka jeden na jednego.
- Tak bardzo was nie rozumiem.
Według niej uczciwa walka przy równych siłach obu stron nie jest fair?

  Alexander nie miał specjalnych problemów z przeciwnikiem. Szybko sobie z nim poradził. Kopną go w brzuch i zamaskowany wylądował pod nogami swoich znajomych.
Musiałam trzykrotnie przeczytać to zdanie, żeby zrozumieć, że — wbrew temu, co sugeruje jego struktura — to nie zamaskowany Alexander wylądował pod nogami.

Było w nim coś dziwnego, nawet gdy wstawał jego ruchy były strasznie sztywne. Schylony rzucił się w stronę Alexandra, wyglądał jak marionetka. Za nim podążyli jego znajomi. Oni również tak dziwacznie wisieli w powietrzu.
Za Chiny Ludowe nie wiem, co to za stworzenia. Zgaduję, że prawdopodobnie zostały wymyślone przez autorkę na potrzebę tej sceny.

  Michael ruszył do walki. Rąbnął pierwszego mieczem w plecy. Wiem jak to brzmi, ale nie można powiedzieć, że go przepołowił czy coś podobnego. Jego przeciwnik leciał poziomo w powietrzu, a gdy blondyn chciał zranić jego plecy manekin po prostu padł rzucony na ziemię niczym kłoda. Bo to w sumie manekin, ludzkie ciało, ale opętane przez demona.
Drugi raz o tym mówię: słowiańskie demony nie działały w taki sam sposób, jak duchy z amerykańskich horrorów.
Kiedy Dużyźń uzyskała informację o tym, co to jest? Jeszcze kilka akapitów wcześniej wydawała się nie mieć pojęcia, czym są napastnicy.

To kim byli odkryliśmy troszkę później. Nie że coś, ale byłam zbyt zajęta sobą by zwracać uwagę na tam tych walczących.
Mimo to ich tożsamość zdradziłam już teraz, żeby przypadkiem nikogo nie zaskoczyć.

Jeden z zamaskowanych miną Michaela (nie prościej zamaskować się kawałkiem tkaniny?), od razu zauważyłam, że leci prosto na mnie. Wystawiłam pięść przed siebie i powiew powietrza odrzucił go kawałek dalej. Nie mam super mocy, ale mam dwa super kamienie. Zrobiłam sobie z nich bransoletkę. Dzięki temu jestem w stanie walczyć.
To już trzecia część analizy i nadal nigdzie nie zostało wyjaśnione, o co tak właściwie chodzi z tymi kamieniami ani na jakiej zasadzie działają.
Podejrzewam, że auuutorka sama tego nie wie.
Pomijam fakt, że w ostatniej części te kamienie bezpowrotnie utraciła podobno...

Oczywiście mój przeciwnik od razu wstał i znowu na mnie ruszył. A ja jak głupia siedziałam i wymachiwałam ręką.
W końcu przyznałaś, że zachowywałaś się głupio! W tej chwili jestem skłonna przyznać małego plusika za taką wzmiankę.

 Nagle inna zakapturzona postać zaatakowała mnie od lewej flanki, ponieważ mam osobowość mnogą i uznałam, że stanowię armię. Nie zauważyłam go. Przewrócił mnie, ale szybko zareagowałam i od razu go z siebie zrzuciłam. Poleciał gdzieś za mną. Szybko wstałam i dalej wymachiwałam ręką jak poparzona, bo przecież to jest tak sensowna strategia walki. Obróciłam się. Z jednej strony miało to powalić przeciwników, a z drugiej chciałam wiedzieć co z chłopakami.
Obrót miał powalić przeciwników? Wyczepiste ma te moce, nawet jak na Mary Sue. Chyba faktycznie jest pramatką wszystkich Marysiek.
Ona machnęła ręką z półobrotu, nie znasz się!

  Alexander raził prądem, a Michael wymachiwał swoim mieczem. Nie było w tym nic epickiego, żadnej telewizyjnej rozwałki.
Błagam, mogę nawet na kolanach: niech tu będzie zachowana jakakolwiek konsekwencja! Już pal licho język, ale jeśli to jest opko osadzone we wczesnym średniowieczu, to niech przynajmniej autorka odpuści sobie takie totalnie do tych czasów nieadekwatne zwroty!
Rażenie prądem (którego w tamtych czasach nie było) i machanie mieczem nie jest epickie, ale machanie rękoma z półobrotu już powala przeciwników?

Takie walki z mojej perspektywy wyglądały po prostu śmiesznie.
A z naszej po prostu żałośnie.

Ich przeciwnicy mieli się całkiem nieźle. W prawdzie byli poobijani, podrapani, a jeden z nich prawie stracił rękę, ale stali i trzymali się nieźle. Na dodatek niektórym spadły kaptury i po samej ich twarzy łatwo było powiedzieć, że są opętani.
Czyli mamy tu pięć biesów, bo były to jedyne słowiańskie demony zdolne opętywać ludzi. Co jest raczej dziwne, bo według podań biesy były raczej rzadkimi okazami i zawsze występowały w pojedynkę.

Użyłam wiatru by rozdzielić chłopaków od ich przeciwników i dać tym szansę na skuteczniejszy atak. Sama kopnęłam jednego ze swoich przeciwników gdy ten był w powietrzu.
W sumie to przypomina bardziej opis jakiejś rąbanki z typowej gry RPG niż literacki opis walki.
A ja się zastanawiam, jak ona użyła wiatru, skoro w poprzedniej części straciła kamienie...

Zalała mnie fala bólu. Wiem, że to wszystko brzmi tak jak byśmy nie mieli większych problemów, ale prawda jest taka, że ledwo dawaliśmy radę. Nawet Alexander po mimo swojej zaciętej miny. Właściwie to ona świadczyła o tym, że przeciwnik jest trudne, a polska język trudna język, bardzo trudny. Normalnie podczas walki jego twarz nie wyraża nic, jego twarz ma trzy mody. Pierwszy to kpiąca mina zawsze skierowana do mnie, drugi nie wyraża nic to jego twarz na co dzień oraz trzeci, zacięta mina podczas walki z trudnym przeciwnikiem, ona może też świadczyć o jego słabości.
Ciekawe tylko, skąd o tym wiedziała, bo – jak się domyślam – to był pierwszy raz, kiedy coś takiego się przydarzyło.
Podejrzewam, że to kolejna supermoc związana z jej fioletowymi oczami.

  Byliśmy zmęczeni i ranni, a sługusy demonów z racji bycia manekinami mogli atakować niezależnie od ilości posiadanych ran. Mogło im oderwać głowę czy nogi, a oni i tak by atakowali.
Nie, to nie tak. To nie jest Supernatural, że można człowieka zabić, a jak wstąpi w niego demon, to będzie chodził. Biesy opętywały tylko żywych, siedzenie w martwym ciele nie było możliwe.

W końcu staliśmy do siebie tyłem i stykaliśmy się plecami. Było raczej kiepsko, ale dzielnie stawialiśmy opór.
  Ruszyliśmy. Użyłam powietrza by odesłać jednego w przepaść, a drugiemu wbiłam nóż w czoło. Tak mi się wydaje, te kaptury to chyba na gumce mieli.
W IX wieku. Mniej więcej.
Założę się, że były zrobione z polaru.

Gdy wyjmowałam ostrze z jego głowy kaptur się rozerwał. Nie zwróciłam na to uwagi ponieważ zbyt zajęta byłam odepchnięciem ataku jednego z nich.
Chwila, moment – czyli jednak to kaptury atakowały?

Na początku trudno było ich odróżnić, ale po chwili walki to nie sprawiało problemu. Z Alexandrem walczył wysoki i szczupły mężczyzna. Taki żyła z pod bloku lubujący się w trzech paskach, tanim piwem z biedronki i bardzo ciekawy naszych problemów.
Chyba błagania o konsekwencję spełzną na niczym... Cóż, pozostaje tylko pogodzić się z myślą, że Sebixy były codziennością już dla przedchrześcijańskich Słowian.
A te trzy paski to na gieźle mieli czy na sukmanie?

Miał nadpalony lewy policzek, czuć było od niego palonym mięsem. No cóż, Alexander nie żałował swojej mocy. Biorąc pod uwagę, że odsłonił swoje oko zaczęła się dla niego prawdziwa, poważna walka, a nie jakiś tam sparing. Jego drugi przeciwnik wcześniej walczył z Michaelem. Wyglądał całkowicie normalnie, taki typowy szary człowieczek.



Jednak swoją na wpół oderwaną ręką i ogromną raną w szyi od miecza na pewno robiłby furorę na ulicy.
Przechodnie zatrzymywaliby go i dopytywali, gdzie można sobie zrobić takie modne sznyty.
Wyglądał zapewne mniej więcej tak:


 Miał wiele ran zadanych mieczem. Jak mówiłam nic nie było w stanie ich zatrzymać. Michael walczył ze szponiastym mężczyzną. Tak, jedynie u tego jednego widać było zmianę na ciele. Jego palce przechodziły w długie, ostre szpony. Miał orli nos, a jego zęby nie mieściły mu się w ustach. Korzystał ze swoich szponów jak miecza. Nawet stojąc kawałek dalej widziałam jak z każdym atakiem broń Michaela jest coraz bardziej wyszczerbiona.
Szpony, które mają wyszczerbić stalowy miecz? Chyba mamy do czynienia z praprapradziadkiem Wolverine.
Zastanawiam się, jak długie musiały być te szpony, aby dało się nimi posługiwać jak mieczem.

 Spojrzałam w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą był kaptur mojego przeciwnika. Zamiast tego ujrzałam twarz z wielką raną idącą od czoła przez nos kończąca się na policzku. Była to oczywiście twarz tego dziwnego grubasa.
Mała retrospekcja: dwa rozdziały temu ów puszysty pan zaatakował naszą Dużyźń. Ona wbiła mu wtedy sztylet w oko (o czym prawdopodobnie zapomniała w tym momencie), a potem jego ciało, wraz z pozostałymi zwłokami, zostało przekazane mieszkańcom wioski. Ci, zgodnie z obyczajem, trupy prawdopodobnie spalili, żeby żadnych demonów sobie na głowę nie ściągać. Co więc ten facet tutaj robi? W kupkę zwęglonych kości nawet najbardziej wypasiony demon nie wejdzie. Chyba że ciało mu odrosło.

Nie powiem, lekko mnie to zmroziło i przeraziło. Cofnęłam się przed jego atakiem. Próbowałam złapać równowagę. Byłam coraz bliżej krawędzi. Stanęłam na czymś miękkim. Gdy spojrzałam pod nogi ujrzałam jak ten którego zrzuciłam próbuje się wspiąć. Kopnęłam go w głowę i znów spadł. Niestety nie był to dobry pomysł bo prawie spadłam, ale na szczęście uniknęłam upadku.
Jesteś tak niesympatyczną bohaterką, że „na szczęście” zamieniłabym na „niestety”.

Przemknęłam pod ręką grubasa, który był chudszy od naszego ostatniego spotkania.
Ostatnie spotkanie bardzo przytyło.

Robiąc unik zraniłam jego rękę. Kopną mnie (Czyżby tutaj Dużyźń szczyciła się swoją nowa zdolnością, jaką jest przewidywanie przyszłości?), a ja w rezultacie poleciałam na, ught, Alexandra. Oh nie, nie łapał mnie po raz drugi, rozwścieczony kopną mnie (nareszcie cię potraktował tak, jak na to zasługujesz, choć jak dla mnie był zbyt delikatny), a ja poleciałam w ramiona dziwnego grubasa. Dałam mu z dyńki w nos, to też nie był dobry pomysł. Bolało. Miałam dość. Chociaż to nie była najgorsza walka w moim życiu, ale do tego jeszcze dojdziemy.
Przed analizą tego opka nie sądziłam, że sam narrator jest w stanie zaspoilerować opowiadanie. Moja wiedza została poszerzona.

  Nie wiem kiedy klęczałam nad krawędzią, moja ręka była wyciągnięta tak jak bym próbowała coś, a raczej kogoś złapać, a moje usta otworzone były w niemym krzyku. W końcu wykrzyczałam te dwa imiona.
- Alexander! – dla mnie wyglądało to tak jak by mój głos spowodował trzęsienie ziemi, ale tak naprawdę nie było. – Michael! – chociaż mój świat się zatrząsł, może nie od razu rozpadł, ale jak najbardziej się zatrząsł.
Z kontekstu domyślam się, że musieli wypaść za krawędź, ale za cholerę nie wiem, w jaki sposób ani kiedy to się stało.

  Było mi ich szkoda. Tak, nie lubię ich, ale wiecie jak to jest. Każdy ma kogoś w swoim otoczeniu kogo „nie lubi", a jak coś się dzieje to jest wam przykro. No i bez nich miałam raczej marne szanse na przeżycie.
Czyli nie było ci ich szkoda, tylko martwiłaś się o własną dupę. Rozumiem, kobieta zmienną jest, ale zdecyduj się w końcu, czy ich nienawidzisz i chcesz mieć od nich spokój, czy traktujesz ich jak takie pocieszne zwierzaczki (słowa „przyjaciele” użyć tu nie mogę, bo przy tak bucowatej bohaterce byłoby to bardzo nieodpowiednie), do których się przywiązałaś.

Wiedziałam, że są niezwykli, ale nie wiedziałam, że są nieśmiertelni. Sama w tedy byłam najzwyklejszą dziewczyną, z tą różnicą, że widziałam róże dziwne rzeczy. Ale wracając do głównego wątku.
Czy tylko ja mam wrażenie, że brakuje sporego kawałka tekstu? Na przykład wyjaśnienia, jak właściwie Michael i Alexander znaleźli się w tej przepaści.
Z ręką na sercu przysięgam, że niczego nie wycinałam. 

  Krzyczałam tak i krzyczałam. W końcu przetarłam oczy, nie płakałam, pociągnęłam nosem, no mówię, że nie płakałam i wstałam. Trzymałam swój sztylet oburącz. Cała czwórka stała naprzeciwko mnie. Czekałam na ich ruch, a oni na mój. Myślałam w tedy, że to już mój koniec, ale niekończące się oczekiwanie na czyjkolwiek ruch nigdy trwać nie przestało. Nie zamierzałam jednak oddać życia tak łatwo.
  Krzyknęłam w ich stronę, co tu dużo mówić. Wściekle atakowałam, na przemian używałam noża i wiatru. Otoczyli mnie, a ja powaliłam ich podmuchem powietrza. Poprzedniego dnia zjadłam na kolację sporo cebuli. Robiłam co mogłam, ale nie miałam z nimi szans. Stałam na krawędzi. Wzięłam głęboki oddech.
- Odejdź – wyszeptałam. – Odejdź – dodałam głośniej. Starałam się włożyć w te słowa jak najwięcej siły i nadać im władczy wyraz. Moja babcia była pierwszą wiedźmą, jest we mnie odrobina magii. – Odejdź!
Fantastyka pełną gębą. Wilkołakowi wystarczy powiedzieć, żeby przestał atakować, a stado opętanych przez demony ludzi grzecznie poprosić, by poszli do domów. BTW, jeśli jej babcia była pierwszą wiedźmą, to w niej ani grama magii nie ma, bo zakres działalności wiedźm kończył się na medycynie i ziołolecznictwie.

  Krzycząc próbowałam zadać cios pięścią w pierś najbliższego z nich. Niestety moje łapki go nie dosięgły. Moja pięść zatrzymała się centymetr od jego porwanej koszuli.
Chwila, ale JAK? Przeanalizujmy sytuację: stoi na krawędzi przepaści, od przodu otaczają ją przeciwnicy. Jak ona może któregoś z nich nie dosięgnąć? Rozumiem, gdyby ten, w którego celowała odskoczył, ale z opisu wynika, że stał nieruchomo w miejscu.
Może miał to być kolejny epicki Element Komiczny?

Mimo to zatrzymał się, oczy mu prawie wyszły, a twarz zastygła z grymasem zdziwienia. Po chwili leżał w konwulsjach. To co zrobiłam dodało mi pewności siebie, chociaż w tedy nie miałam pojęcia jak to zrobiłam. Sądząc, że przez chwilę nie będą się do mnie zbliżać odwróciłam się i spojrzałam w przepaść. Nie widziałam wiele, czułam jednak, że jakoś udało im się przeżyć. Albo po prostu uznałam duży czarny punkt zlewający się z tłem w dole za nich.
Jeżeli punkt zlewa się z tłem, to jak go zobaczyłaś? I czemu się odwróciłaś? Gdybym była demonem, wykorzystałabym chwilę nieuwagi i chamsko bym cię zepchnęła w przepaść...

  Spojrzałam na przeciwników. Jeden leżał przede mną i toczył czarną maź z ust, do tego miał drgawki. Pozostała trójka wyglądała na wściekłych, nie spodziewali się, że umiem coś takiego. W sumie to sama się też nie spodziewałam. Moja przewaga skończyła się z chwilą gdy drgawki ustały, a ciało po kilku minutach leżenia znów zaczęło się ruszać. Konkretniej, podnosić. Oczywiście musiało to zrobić w tedy gdy zdecydowana ruszyłam do walki i przeskakiwałam nad nim by zadać cios sztyletem.
Załamanie czasoprzestrzeni level hardcore. Rozumiem, że kiedy dzieje się coś dziwnego, jest jakaś szansa, że walczący przerwą na chwilę i spojrzą co się dzieje (ach, te filmowe chwyty), jednak z tego opisu wynika, że wszyscy przez kilka minut tak stali i gapili się na ciało, a dopiero gdy to zaczęło się ruszać, towarzystwo wróciło do rzeczywistości. Kilka sekund – spoko, jakieś tam prawdopodobieństwo jest. Ale kilka minut?!
Jak już wspominałam, mogli ją chamsko zepchnąć w przepaść. Wszyscy bylibyśmy szczęśliwsi.

Złapał mnie za kostkę, w rezultacie padłam jak długa. Chociaż nie można powiedzieć, że atak się nie udał. Wbiłam sztylet w pierś jednego z nich i teraz dumnie sobie sterczał. A ja leżałam.
Oto kolejny przykład w tym opku, jak skutecznie zepsuć resztki dramatyzmu sytuacji.

Nie długo ponieważ moje dwa durne rzepy postanowiły nagle się pojawić! Zamiast mnie zostawić i po prostu pozwolić mi umrzeć oni postanowili mnie uratować!
Też uważam, że źle zrobili.
„Durne rzepy”. Przed chwilą podobno było jej smutno z powodu ich zniknięcia.

Śmierć w tamtym momencie była o wiele fajniejszą perspektywą niż życie z nimi.
Dlaczego tak uważasz, niestety nigdy się nie dowiemy.

I dalej tam myślę, chociaż po tylu latach mam do nich mały sentyment i nawet jestem w stanie wskoczyć dla nich w ogień. Ale nigdy nie przyznam się, nawet przed sobą, że ich lubię. Nigdy.
Ale w ogień za nimi wskoczysz. A tak w ogóle to są be i tak dalej...

  Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wstałam i wyszarpałam swój sztylet. Alexander uderzył z pięści jednego z nich w głowę, a ta w rezultacie wybuchła. Pioruny i demoniczne moce, wiecie, takie klimaty.
Co do tego mają pioruny? We wcześniejszych rozdziałach autorka napisała, że Alexander miał błogosławieństwo Aresa (jakkolwiek nieprawdopodobne to by się w tych czasach nie wydawało), a Ares z piorunami nic wspólnego nie miał. Chyba że Zeus go kiedyś w nerwach trzasnął, kto wie.
W tym opku wszystko jest możliwe.

Michael dwoma szybkimi ciosami odciął głowę drugiemu. Widząc co robią kątem oka wpiłam sztylet w szyję przeciwnikowi, a strumień powietrza wokół ostrza rozerwał mu ją.
Z tego zdania wynika, że kątem oka wbiła mu w szyję sztylet, a szyja ta wybuchła mu od przeciągu. Ktoś mi wyjaśni, co się tu przed chwilą odjaniepawliło?
Właściwie nie tyle wbiła ile „wpiła”. Nie mam pojęcia, co to znaczy, ale może to jest klucz do zrozumienia tej akcji.
Z różnych historii o wampirach wiem, że te krwiożercze istoty mają w zwyczaju wpijać się w szyje swoich ofiar, żeby wyssać ich krew. Niestety, nie potrafię wyobrazić sobie sztyletu działającego na podobnej zasadzie.

Temu, który miał jeszcze chwilę temu drgawki Alexander zmiażdżył głowę.
  Byliśmy cali we krwi, nie tylko swojej ale i naszych martwych przeciwników. Właściwie to tylko ciała były martwe, demony jak najbardziej żyły. Żaden się jednak nie pojawił.
Co jest raczej dziwne, ponieważ, jak już wcześniej wspomniałam, jedynymi słowiańskimi demonami zdolnymi w taki sposób opętać człowieka były biesy, które nie musiały mieć „nosiciela” i bez problemu mogły przybrać własną fizyczną postać.

  Uśmiechaliśmy się do siebie. No dobra, bez przesady pan ponurak nie miał nawet cienia uśmiechu na twarzy, ale wydawał się spokojny i zrelaksowany. Ja i Michael za to szczerzyliśmy się do siebie.
- Brawo księżniczko! – klepał mnie po plecach. – Poszło ci wspaniale!
- Miałeś mnie tak nie nazywać – uderzyłam go lekko łokciem w brzuch, ale śmiałam się razem z nim. – A ty Panie Ponuraku? Nic mi nie powiesz? – w odpowiedzi jedynie spojrzał na mnie z pogardą. W tamtej chwili miałam to jednak gdzieś.
A szkoda, bo gdybyś wzięła to sobie do serca, może stałabyś się mniej wnerwiająca.

- Co z zadaniem? – spytał po jakieś chwili Michael. Szliśmy tunelem.
- Można powiedzieć, że je wykonaliśmy – powiedziałam. – Wiesz, że nawet kojarzyłam dwóch z nich.
Nie sądzę, by wieśniakom chodziło konkretnie o stado wściekłych biesów, które siedzą sobie cicho w jakiejś jaskini, tylko o jakieś zupełnie inne demony, za którymi Ma... Dużyźń nawet się nie rozejrzy. Gdyby problemem faktycznie były biesy, nie byłoby już żadnych wieśniaków zdolnych zlecić jej jakiekolwiek zadanie.

- Naprawdę?
- Poznałam ich jak załatwiałam sprawy jakiejś Rózi... Tak myślę... Już w tedy miałam z nimi kłopoty.
- Ale jakoś wyszłaś z tego cało.
- Jak widać. Pomogły mi w tedy duchy lasu. Eh, nigdy wcześniej nie widziałam takiego zbiorowiska mar.
Mara to inne określenie zmory. Nadążamy? No, to jeszcze jedno: zmory nie były zdolne do opętania człowieka.

  Alexander zatrzymał się gwałtownie, prawie na niego wpadłam. Wyjrzałam zza niego, dalej byliśmy w tunelu. Uniósł rękę by nas uciszyć.
- Co jest? – spytał Michael.
- Słyszysz? – to jeszcze nie ten moment, w którym mnie zaczyna zauważać.
- Nie.
Natomiast ja jak najbardziej zaczynałam słyszeć szmer. Który stawał się coraz bardziej głośniejszy.
Gramatyka stosowana przez auuutorkę jest coraz bardziej dziwniejsza.
Mam nazwę dla tej nowatorskiej formy gramatycznej – wyższy stopień wyższy.

W tamtej chwili dotarło do mnie gdzie tak naprawdę jesteśmy. Podczas walki bardziej obchodziło mnie myślenie o własnym życiu, a nie o jaskini i tych tunelach. Złapałam Alexandra za ubranie i pociągnęłam. Tak to go zaskoczyło, że nawet nie odepchną mojej dłoni.
Nawet jakby chciał, chyba trudno byłoby odepchnąć tylko dłoń, skoro Dużyźń trzymała go za fraki.

Zaczęliśmy się wycofywać. Nie wiedzieliśmy co to jest i nie chcieliśmy ryzykować zgnieceniem czy czymś w tym stylu.
O co im chodzi? Czyżby zaczynali już mieć schizy ze strachu przed ciemnością?

Pośpiesznie wróciliśmy do jaskini. A szmer deptał nam po piętach. Gdzieś przez chwilę przemknęła mi myśl, że jaskinia pełna stalaktytów to nie jest dobry pomysł. Ale żyję, gdyby mnie nie było nie mogłabym tego opowiadać, nie?
To działa tak tylko na filmach. Stalaktyty są zbyt mocno przyczepione do sklepienia jaskini, by mogły tak po prostu się oderwać, gdy ktoś tam wejdzie.

  Zatrzymałam się ze ślizgiem. Jaskinia była dokładnie taka jak zobaczyłam ją po raz pierwszy. Pusta, pełna światła i złowrogich cieni.
- Gdzie ciała? – powiedziałam do siebie.
Wstały i poszły do domów, tak jak je wcześniej prosiłaś. Puszysty pan natomiast pobił biblijny rekord i zmartwychwstał po raz drugi.

 Odwróciłam się w momencie gdy cienie dotykały Michaela. Stał najbliżej wyjścia z jaskini. Nie zdawał sobie sprawy z tego co się dzieje. Widziałam jak Alexander wyciąga rękę by go złapać. Patrzyłam jak uśmiech Michaela zmienia się w zdziwienie, a następnie w krzyk.
Ponieważ krzyk jest wyrazem twarzy.

Stałam gdy cienie go porwały.
Czyli nie zrobiłaś zupełnie nic, a podobno w jakiś sposób zaczęło ci na nim jednak zależeć.

Odwróciłam wzrok dopiero gdy Alexander wycofał się do mnie.
- Co się dzieje? – spytałam. Nie dostałam żadnej odpowiedzi.
  Cienie natomiast się do nas zbliżały. Były coraz bliżej, a im bliżej były, tym były bliżej. Patrzyłam na Alexandra z coraz większym zdenerwowaniem. On nawet nie uraczył mnie kpiącą miną. Zamiast tego te cienie pchną mnie w ciemność! Trzymał moje włosy, a ja wisiałam liczący tylko na to, że w przypływie litości mnie nie puści.
Cienie podobno przychodziły ze strony wejścia do jaskini, jak więc ona może wisieć? Fizycznie niemożliwe jest, żeby trzymał ją nad głową, ponieważ nawet jeśli była drobna, nie byłby w stanie utrzymać jej w górze za pomocą samych dłoni, a nawet jeśli, byłaby wystarczająco blisko niego, żeby móc mu przywalić i się wyrwać. Skąd więc ona tak zwisała? Przepaść ex machina?

Wisiałam tak i czekałam na najgorsze, które... Właśnie, cienie, które nawet mnie nie dotknęły. Poczułam mocne szarpnięcie. Alexander unosił mnie za włosy. Wpatrywał się w moją szyję gdy ja miotałam się jak szczupak na żyłce. W końcu mnie odstawił.
Faktem jest, że porządna czupryna jest w stanie udźwignąć dość spory ciężar, jednakże włosy wyjątkowo szybko się przecierają. Poza tym, siedzą w skórze dość płytko, a dodatkowo bohaterka „miotała się jak szczupak na żyłce”, co musiało skutkować tym, że mógł ją utrzymać góra kilka sekund. A opis brzmi, jakby wisiała tak z pół minuty co najmniej.

- Co ty wyrabiasz! Tak mnie nie lubisz, że postanowiłeś przed śmiercią wyrwać mi włosy! To chore, człowieku! Chore! – kucnęłam i oplotłam rękoma głowę. Posyłałam mu co chwila „złe spojrzenie". – Co chciałeś tym osiągnąć? Nie no, czego ja oczekuję, przecież dla ciebie nie istnieję – to ostatnie powiedziałam do siebie.
W sumie to chyba wykorzystał okazję, by oddać jej za to wredne traktowanie. Chociaż za te ostatnie słowa mógłby jej tak zrobić jeszcze raz.

- Księżyc – powiedział to tak nagle, że musiałam zamrugać kilka razy zanim sens jego wypowiedzi do mnie dotarł. – Księżyc – powtórzył bez żadnych emocji.
  Jaki księżyc znowu? Przez ściany widzi czy co? Te pytania krążyły mi po głowie. W końcu jednak zrozumiałam. Chodziło mu o naszyjnik od babci. Spojrzałam na rogalik. Srebro jak srebro, nic wielkiego. Nie spodziewałam się by było w nim coś specjalnego. Jeśli jednak chroni mnie przed ciemnością to całkiem fajnie.
Ma wbudowaną latarkę i jest odblaskowy.

  Alexander oddalał się ode mnie coraz bardziej. Mnie natomiast cienie okrążyły, jednak żaden nie odważył się do mnie zbliżyć na bliżej nić kilka centymetrów. Po chwili omiotła mnie ciemność, Alexander znikną z pola widzenia. Chociaż to też nie do końca tak. Widziałam kamień pod swoimi stopami tak na jakieś dziesięć centymetrów. Chyba, nie mam linijki w oku.
Pojęcia o jednostkach miar stosowanych w moich czasach też nie mam. 
A ja nie mam pojęcia, co się wydarzyło w tym akapicie, bo znów mam wrażenie, że brakuje tu kawałka tekstu.

Natomiast przede mną i na de mną, wokół mnie była ciemność.
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie... Co to będzie? Oby rychły koniec...

Gdy się ruszyłam ciemność się przesunęła nie chcąc mnie dotknąć.
- Alexander!
  Odpowiedziała mi cisza. Próbowałam przypomnieć sobie gdzie dokładnie stoję. Musiałam wiedzieć jak poruszać się by nie spaść w przepaść.
- Alexander!
  Znów nic. Zaczęło mi się to bardzo nie podobać.
Dopiero teraz?

Otaczała mnie ciemność, byłam sama i nie wiedziałam jak sobie poradzić. Byłam tylko dziewczyną widzącą duchy i znającą się na zaklęciach ochronnych. To że nagle odkryłam jak prawie wygnać demona to tylko dodatek. Rozglądanie się nie miało sensu, cisza wierciła dziury w moich uszach.
A w którym momencie to odkryła? Może w tym fragmencie tekstu, który powinien tutaj być, ale z jakiegoś powodu autorka go nie wstawiła?

  Nagle przed moimi oczami pojawiła się dobrze mi znana biała plama? gorączka? z szerokim, strasznym pełnym kłów uśmiechem. Spanikowałam i uderzyłam w nią pięścią. Twarz jedynie się rozmyła. On tam był i chciał mnie dopaść. Powinnam zacząć uciekać, krzyczeć, ale ja jedynie wpatrywałam się w ciemność. Nie byłam w stanie jakkolwiek zareagować. Po prostu stałam tak z wyciągniętą przed siebie pięścią.
Czyli zachowywałaś się tak samo głupio jak przez cały czas.
W sumie w panice człowiek robi różne dziwne rzeczy, więc akurat to zachowanie można w jakiś sposób usprawiedliwić... Szkoda, że tylko to jedno.
Nie do końca, ponieważ wcześniej Dużyźń kreowana była na niezwykle odważną, niezależną i wszystkowiedzącą bohaterkę, która zawsze potrafiła się opanować.

Co chwila czułam napięcie, pojawiało się nagle i nagle znikało. Tak jak by coś nie mogło mnie dopaść. Nie mogło, nie chciało. Niespodziewanie czyjaś szara, szponiasta dłoń rozerwała ciemność przede mną. Złapała mój nadgarstek i pociągnęła mnie. Wyłączyłam się, nie potrafiłam powiedzieć co się ze mną dzieje. Ocknęłam się siedząc na ziemi. Przyłapałam się na tym, że śledzę wzrokiem walczącego Alexandra z... Z czymś. Nie widziałam tego z czym walczy, ale dostrzegałam załamujące się światło i falujące powietrze. Dokładnie takie jak w zimę widać za autobusem.
Słowiańskiej Komunikacji Samochodowej czy Słowiańskiego Busa?

Od razu poderwałam się na nogi. Alexander dzierżył w ręku miecz przyjaciele. Jednak nigdzie nie widziałam Michaela. Nadal znajdował się w ciemności, która otaczała nas. Nie zbliżała się jednak do walczących i do mnie.
No to otaczała ich, czy się do nich nie zbliżała? Otaczała tak taktownie, z daleka i nienachalnie?
Bardzo dobrze wychowana ciemność.

  Dobyłam sztyletu i rzuciłam się w walkę. To nie było zbyt trudne, przecięłam powietrze i usłyszałam straszny wrzask. Były to krzyczące z bólu głosy wielu ludzi. Wiedziałam, że krzyczały akurat z bólu, bo umiałam czytać w myślach. Zraniłam demona. Miałam szczęście, był zbyt pochłonięty Alexandrem by zwracać na mnie uwagę. W furii bólu demon odrzucił mnie rozrywając mi przy tym ubranie. Skóry jednak nie drasnął, żeby nadmiar blizn nie umniejszał mej zajebistości. Wykorzystał to jednak Pan Ponurak, po chwili jaskinia znów zaniosła się krzykiem. Był to najgorszy dźwięk jaki kiedykolwiek słyszałam. Nie umiem go z niczym porównać. Był głośny, przerażający i pełen bólu, najczystszego bólu w całej swojej postaci.
  Ciemność sięgnęła po Alexandra, a rozwścieczony demon natarł na niego. W ręku nie miałam sztyletu, moja bransoletka gdzieś odleciała, a ja biegłam jak najszybciej potrafiłam by pomóc temu idiocie. Adrenalina to wspaniała rzecz.
Co stwierdziłam na kilkanaście wieków przed jej odkryciem. Kolejny nieznany światu polski geniusz.
Nobla jej dać! A, nie... Moment... Jeszcze kilka stuleci i będzie można.

Moje ręce oplotły Alexandra, przyciskałam twarz do jego piersi i zagryzałam usta. Przeturlaliśmy się kawałek. Leżałam na nim. Podparłam się na rękach, nasze twarze dzieliły centymetry. Patrzyłam w jego oczy.
- Jesteś... Em... cały? – jak tak teraz o tym myślę to jest to jednak głupi tekst. To ja byłam ta bardziej ranna.
Bo Merysójka z definicji jest bardziej.
Powinna mu oczywiście powiedzieć „wstawaj, bo ktoś mnie musi obsłużyć”. Przy takiej bohaterce tego rodzaju tekst nie byłby zaskoczeniem.
Ten fragment jest z kolei przykładem, jak zniszczyć resztki romantyzmu w danej scenie.

Ręce się pode mną ugięły, z jękiem opadłam na jego tors. Moje plecy, moje poharatane plecy, moje poharatane nigdy tak nie bolące plecy! Adrenalina minęła, a ja przypomniałam sobie o ranach na plecach. Ból był okropny. Nie trwał zbyt długo ponieważ demon zaatakował i doszły mi kolejne rany.
Boli cię coś? Pochlastaj się, to przestanie.
Jak coś boli, to trzeba odciąć i po problemie.

Ciął swoimi pazurami, a wrzasnęłam.
B powiedziałam już ciszej.

 Ciało odmówiło mi posłuszeństwa z oczu pociekły mi łzy. Poczułam tylko jak Alexander delikatnie zsuwa mnie z siebie. Potem ogarnęła mnie ciemność, ta jednak mnie pochłonęła.
Jedno z dwojga — albo ja nie rozumiem po polsku, albo auuutorka nie umie po polsku pisać.
Mogło chodzić o to, że wcześniejsza ciemność się jej bała i ją omijała, a ta jednak ją pochłonęła, ale to chyba lekka nadinterpretacja.

  Leżałam na trawie. Konkretniej na brzuchu, a mój wzrok skierowany był na gruby korzeń. Rozbiliśmy, a raczej oni rozbili obóz pod wielkim drzewem gdy ja byłam nieprzytomna. Czułam na plecach opatrunki. Generalnie leżałam chyba pół naga. Niezbyt mnie to speszyło czy coś w tym stylu. Już w tedy podejrzewałam, że widzieli wiele kobiet w negliżu (jeśli byli dorośli, to podejrzenia prawdopodobnie były nader słuszne), a jeszcze kształtujące się ciało siedemnastolatki nie będzie ich w żaden sposób ciekawiło.
A tego to już bym nie była taka pewna. Nie wspominając o tym, że siedemnastolatka dorastająca w normalnym tempie jest całkiem dojrzała fizycznie.
Są raczej młodzi i – przynajmniej Michael – dość narwani, więc szanse na to, że nie zwróciliby uwagi na taki widok są raczej nikłe. Bardziej zastanawia mnie, gdzie ona była chowana, skoro nagle ciuchy z niej spadły, w dodatku przed dwoma prawie obcymi facetami, a ona nie poczuła nawet cienia zawstydzenia.

  Była noc. Na niebie świeciły tysiące gwiazd, nigdy nie byłam dobra z astronomii więc patrząc na nocne niebo nie miałam pojęcia który gwiazdozbiór na mnie zerka. Pozostałe albo się bezczelnie na mnie gapiły lub perfidnie ignorowały. Czułam ciepło bijące z ogniska i czułam zapach pieczonego mięsa. Wstałam leniwie, plecy już tak nie bolały. Michael pilnował jedzenia, Alexander drzemał pod drzewem. Nie udawał, spał. Obaj byli w opatrunkach, ich twarze były poobijane. Wcześniej musieli przebrać się w nowe ubranie. Blondyn posłał mi uśmiech gdy zorientował się, że już wstałam. Rozejrzałam się za swoimi rzeczami.
  Worek leżał pod drzewem blisko Alexandra. Wyjęłam z niego wszystko, większość stanowiły ubrania. Odstało mi się kilka ozdób i chustek.
I tak odstawały i odstawały. 
Bo podczas przygotowań do długiej wyprawy nie-wiadomo-gdzie trzeba zabierać ozdóbki, tylko się tym niepotrzebnie obciążając, by w razie czego mieć się jak wystroić.

 Jedzenia nie znalazłam, pamiętałam do tej pory, że zostało mi trochę suszonego mięsa, pół bochenka chleba oraz kilka jabłek. To, że zjedli mi jedzenie dalej boli.
To przecież oczywiste, że poranieni, poobijani ludzie po wykańczającej bitwie powinni ogryźć korę z okolicznych drzew, bo księżniczka ma silnie rozwinięte poczucie własności i choruje na myśl o podzieleniu się ochłapem mięsa z facetami co chwila ratującymi jej tyłek.
Najwyraźniej to nie jest dla niej wystarczający argument, by wykazać się choć odrobiną empatii i zrozumienia.

 Zdjęłam z siebie tą imitację ubrania i założyłam niebieską suknię spodnią. Krajka oczywiście była czerwona. Nie zaprzątałam sobie głowy większą ilością warstw. Nawet nie związałam się w pasie.
Zastanawiam się teraz, co według autorki jest krajką. Wydaje mi się, że uznaje to za rodzaj... sukni? Fartucha? Przynajmniej na to wskazuje nazwanie jej „warstwą” ubioru oraz niezwiązanie się w pasie, ponieważ krajka była niczym innym, tylko czymś w rodzaju paska do przewiązywania się w pasie. Trudno więc ją założyć, nie przewiązując się.
I dlaczego jej czerwony kolor jest oczywisty?

  Posiłek zjedliśmy w ciszy. Nie pytałam co działo się gdy straciłam przytomność. Sama doszłam do wniosku, że Alexander uratował nas oboje. Pozbył się demona, wytargał nas z jaskini i zaniósł do tego miejsca. Następnie rozbito obóz i zajęto się ranami.
Samo się rozbito i zajęto.
Ponieważ Dużyźń tak bardzo gardzi tymi dwoma chłopakami, że mówi o nich w formie nieosobowej.

 Mimo wszystko byłam im wdzięczna. Słowo „dziękuję" po dziś dzień nie chce wyjść z mojego gardła w ich stronę.
Jedno auuutorce trzeba przyznać — jej bohaterka jest spójna i konsekwentna w swojej bucowatości. 

  Mój ulubiony moment tej przygody nadszedł z chwilą gdy kładliśmy się spać. Położyłam się po między nimi. Plecy zabolały tylko przez chwilę. Ponieważ byli trochę za daleko złapałam ich za łokcie i przysunęłam do siebie. Stykaliśmy się ramionami, a ja złapałam ich pod łokcie.
Co ty masz z tymi łokciami?

Patrzyliśmy się w gwiazdy, a ja dodatkowo się uśmiechałam. Po prostu leżeliśmy. Nie trzeba nam było niczego więcej. Trawa, nocne niebo pełne gwiazd i my.
  Była to dla mnie najwspanialsza chwila od kąt i od okn odeszłam z domu.
  Dalej jest.
Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak bardzo na każdym kroku podkreślasz, jak to straszliwie ich nie cierpisz.
Podsumujmy: do wyciągania królewny z kłopotów i do trójkąta są w porzo. Wyduszenie z siebie jednego „dziękuję” — o jakimkolwiek wyrazie sympatii nie wspominając —  jest natomiast poniżej merysójczej godności.

Rozdział 8 - Nauka pływania

Ciągnęłam worek pełen kamieni. Nie powiem by ta robota mnie zachwycała. Doszliśmy do jakiejś większej wioski i zatrudniliśmy się przy budowie kamiennego muru.
W tej chwili wyobraziłam sobie mur zbudowany z kamyczków o średnicy kilku centymetrów. Mam duże trudności z wyobrażeniem sobie tej zapatrzonej w siebie Dużyźni, która z własnej, nieprzymuszonej woli bierze się za jakąś ciężką pracę.
A mur wokół wioski to archeologiczna sensacja nawet nie stulecia, ale kilku.

Moim zadaniem było przeniesienie worka pełnego kamieni z punktu „A" do punktu „B".
Więcej sensu miałoby zataszczenie ich do kamieniarza, który zrobiłby z nich nadające się na surowiec budowlany bryły, ale oczekiwać sensu od opka to jak żądać od wielbłąda występu w „Jeziorze łabędzim”. 

Oczywiście bardziej wolałam układać kamienie niż je ciągnąć, ale nic na to nie mogłam poradzić.
Układanie kamieni wydaje się mieć jeszcze mniej sensu niż ich ciągnięcie. To drugie przynajmniej wyrobi u niej jakąś siłę.

Plecy dalej mnie bolały gdy się za bardzo wygięłam. Jednak wykonując tą pracę popadłam już w taką rutynę, że nie czułam bólu. Do tego moja osoba budziła skrajne zaciekawienie. Nikt się nie spodziewał, że będę robić to co robiłam.
Nawet czytelnicy, którzy już zauważyli, że ciężkiej pracy unikasz jak ognia.

Po mimo naszych lepszych relacji nie miałam nic do gadania gdy Alexander przydzielił mi zadanie. Moja duma nie pozwoliła mi się wykręcić, chociaż wiele osób proponowało, że przeniesie kamienie za mnie.
Spróbowaliby nie przepychać się do Merysójki z ofertami obsługi. 

Zostawiłam worek przy układających i poszłam po kolejny. Słońce chyliło się ku zielonych czubków drzew, a gramatyka zadrżała z przerażeniu i trwogu. Nasz pracodawca (deweloper? zarząd gminy?) zaczął przygotowywać miejsce na kolację. Cały durny dzień nosiłam kamienie. Co cztery worki zmieniałam swój punkt docelowy. Nie tylko ja je nosiłam, po za mną było jeszcze pięciu rosłych mężczyzn.
A zadanie to zostało ci przydzielone, bo wszyscy wokół są idiotami i nie zauważyli, że nie jesteś wielkim, przypakowanym facetem?

Ludzie, którzy układali mur byli różni, jako że sztuka klonowania nie była jeszcze znana. Od kobiet po mężczyzn, w jednym miejscu był nawet chłopczyk. Nie powiedziano nam po co mur, właściwie nie interesowało nas to nawet.
A mnie interesuje, kto zajmował się inwentarzem, skoro kobiety targały kamienie. Z okazji przedsięwzięcia budowlanego krowy, konie i kury zrezygnowały z posiłków (krowy również z dojenia)?
Może kury też nosiły kamienie.

 Ale łatwo było się zorientować, że miał on oddzielać domy ludzi od wody. Wioska była niedaleko rzeki, leżała nad jednym z jej odgałęzień. To właśnie od tego niewielkiego strumienia wody mur miał ich oddzielać.
Albo się czegoś obawiali albo po prostu chcieli mieć ładny niewysoki mur z kamieni.
To sugeruje, że mogli obawiać się potworów, które za kilka akapitów Dużyźń bohatersko rozgromi, chociaż, logicznie rzecz biorąc, mogło chodzić o powódź. Stawiam jednak na to pierwsze, bo to opko.

Nie ważny powód (ortografia jeszcze mniej ważna), ważne, że mieli nam zapłacić. Nie szłam szybko do worków, zostało ich niewiele. Pracowaliśmy od dwóch dni i szło nam to bardzo sprawnie. Było nas sporo więc szacowano, że zajmie nam to tydzień. Może trochę dłużej. Kamienie skończyły się jeszcze tego wieczoru, więc następnego dnia mogłam liczyć na krótką przerwę do póki nie przyniosą nowych.
Bo przecież wcale nie byłaś tą od noszenia materiałów budowlanych.

Było prawie ciemno gdy za siedliśmy do strawy. Nie powiem by głód mi jakoś specjalnie przeszkadzał. Chociaż w brzuchu okropnie mi burczało. Od razu pochłonęłam swoją porcję jedzenia i zagryzłam je kawałkiem chleba z masłem. Jako pierwsza skończyłam jeść, a spieszyłam się, bo głód mi wcale nie przeszkadzał. Siedziałam po między dwoma mężczyznami, z którymi nosiłam worki. Specjalnie usiadłam jak najdalej od chłopaków. Trzymałam piwo blisko ust, ale nic nie wypiłam.
Znaczy, przytknęła sobie kubek do ust i tak trzymała? Interesująco musiało to wyglądać.
To akurat jestem w stanie zrozumieć – imitowanie powolnego spożywania napojów. Przydatne, gdy siedzi się w sporej grupie przy stole, a nie ma się ochoty z nikim rozmawiać.

 Patrzyłam na ludzi przy stole i przysłuchiwałam się ich rozmowom. Zwykłe gadanie. Tylko nasza trójka była z poza wioski w śród osób pomagających w budowie. Naszą pomoc przyjęli z miłą ochotą (Ta ochota uśmiechnęła się na ich widok i wyściskała niczym ukochanych siostrzeńców?), dodatkowe ręce do pracy zapewne pomogły skrócić czas budowy muru.
Zastanawia mnie jedna rzecz – jeżeli byli tylko przyjezdnymi, którzy z dobrej woli postanowili pomóc miejscowym, to czemu to Alexander wydał polecenie Dużyźni? Zadań rozdzielać nie powinien jakiś miejscowy budowlaniec, który od początku koordynował prace?

Łącznie w wiosce spędziliśmy dziewięć dni. Przez ten czas wstawałam przed świtem, jadłam skromne śniadanie i szłam nosić kamienie. Z każdym dniem nasza kolacja była bardziej wykwintna i bardziej urozmaicona.
Ostatniego dnia były homary i ananasy, bo na wsi zawsze znajdzie się nadmiar jedzenia... Powinna raczej się cieszyć, że nakarmili ją za darmo.

Nie powiem bym jakoś specjalnie narzekała. Po pracy byłam tak głodna, że nie miało dla mnie znaczenia co jem. Ten głód jednak mi nie przeszkadzał!
Wyruszyliśmy rankiem dnia dziesiątego. Zjedliśmy oraz otrzymaliśmy zapłatę więc mogliśmy ruszać w dalszą podróż. Nie powiem, zbudowaliśmy całkiem spory mur. Wydawał się trwały. Nawet sprawdziliśmy jego wytrzymałość w kilku miejscach, całkiem przypadkiem. Praca pomogła nabrać mi trochę siły, postanowiłam przerobić wredote Alexandra w trening.
Jednak co to był za trening i na czym on polegał – bo o taki opis ten akapit wręcz się prosi – już nie napiszę.

Skierowaliśmy się w stronę rzeki. Był ciepły dzień. Wiatr lekko ruszał moimi włosami, idąc leśną drogą wyczuwałam spokój oraz potęgę lasu. Czułam energię bijącą z drzew i leśnych stworzeń. Napawało mnie to pozytywną energią, więc szłam z uśmiechem na twarzy. Byłam zadowolona z pracy, którą wykonałam i z zapłaty jaką dostałam. Mieszkańcy bowiem nie skąpili w wypłacie. Nie dość, że otrzymaliśmy jedzenie na drogę, to dostałam nową suknię wierzchnią oraz kilka ozdób na chustę. Nie omieszkałam ich od razu zawiesić. Dzięki temu wszystkiemu wyglądałam niczym gwiazda filmowa na czerwonym dywanie. Kobiety zachwycały się kolorem moich oczu. Nie powiem by mnie jakkolwiek dziwiły. Zawsze gdy ktoś zauważa ich kolor od razu inaczej się zachowuje.
Nie jestem może jakimś ekspertem od takich spraw, ale kolor oczu to akurat ostatnia rzecz, na jaką zwraca się uwagę i znaczna większość ludzi prawdopodobnie nawet nie kojarzy koloru oczu wielu swoich znajomych, z którymi spędzili kilka, może nawet kilkanaście lat.

Dreptałam tak z uśmiechem na ustach, moje włosy falowały, a biżuteria lekko obijała mi się o głowę. Byłam jak najbardziej zadowolona. Nawet kąśliwe komentarze Alexandra nie popsuły mi humoru. Po półgodzinie dotarliśmy do głównego traktu, który biegł tuż obok rzeki. Była szeroka, patrząc w wodę widziałam jej dno. Wydawało się na wyciągnięcie ręki. Niestety w rzeczywistości dno było o wiele głębiej. Nie wydaje mi się byśmy szli wzdłuż Wisły, której nazwę i dokładne położenie znał każdy, z każdego randomowego słowiańskiego plemienia i z każdej oddalonej o pięćset kilometrów wioski. Szliśmy wzdłuż rzeki i tak sobie szliśmy.
Zatkało mnie z podziwu nad stylistycznym kunsztem auuutorki i tak mnie zatkało.

Generalnie można nazwać to sielanką. Szumiał wiatr, ćwierkały ptaszki, było ciepło, sielanka normalnie.
A potem nastała noc. Całą drogę mieliśmy po swojej lewej stronie wodę. Tej nocy nie zatrzymywaliśmy się. Nie było takiej potrzeby. Po prostu szliśmy.
Wcale nie byliście zmęczeni całodniowym marszem ani wcześniejszym tygodniem wypełnionym ciężką fizyczną pracą.
Snu też zasadniczo nie potrzebują.

No i musiało się coś zacząć. Najpierw pojawiła się zimna mgła. Było to dosyć dziwne ponieważ noc była ciepła i jasna, na niebie nie było ani jednej chmurki i gwiazdy jasno świeciły. Mgła gęstniała z każdą chwilą.
Dlaczego ona uznaje za dziwne pojawienie się mgły, gdy kilka kilometrów wyżej nie ma żadnych chmur?

- Słyszycie? – spytał Michael. – Jak by ktoś nas wołał.
- Masz rację – przytakną mu Alexander.
- Sprawdźmy to.
- Wiecie, że jak coś was woła w środku nocy i jeszcze jest mgła to... Ej no! Do kont idziecie!?
– Nie, my tylko po kredyt.
Tak, poszli sobie. Oczywiście było mi to na rękę. Właściwie to nawet chciałam sobie pójść i zostawić ich na pastwę losu. Niestety byłam im coś dłużna, w końcu wyciągnęli mnie z jaskini i zajęli się moimi ranami.
O, nowość — panienka poczuwa się do jakichś zobowiązań.

Mgła jednak była nieugięta, a ja po krótkiej chwili straciłam ich z oczu.
Prawdopodobnie mieli jej już dosyć i to oni postanowili zostawić ją na pastwę losu, nie na odwrót.
Dlaczego się nie dziwię?

Wiatr nie dawał rady oczyścić drogi. Na dodatek nie słyszałam nawoływań. Nie wiedziałam przeciw komu będę musiała walczyć, ale domyślałam się, że to będzie wodne stworzenie.
Skąd takie przypuszczenia – tego pewnie się już nie dowiemy.

Woda była po lewej więc w nią wskoczyłam. Wpadłam cała, przez chwilę nie wiedziałam co się dzieje. Rzeka okazała się bardzo głęboka, nie dosięgałam dna. Jakoś udało mi się utrzymać na powierzchni. Przetarłam oczy i odgarnęłam mokre włosy z twarzy. Mgła utrzymywała się nade mną więc widziałam to co było przede mną. Zaczęłam powoli płynąć do przodu. Czułam jak rybie łuski ocierają mi się o nogi. Obślizgłe rybie łuski. To mogła być topielica albo syrena. Chociaż syrena w rzece wydawała się dosyć dziwna.
Tym bardziej, że syreny to stworzenia z mitologii greckiej, a nie słowiańskiej. Też by mnie to zaskoczyło.
Nie mogły to być zwykłe ryby...

Płynęłam tak sobie aż zaczęłam widzieć zarysy postaci. Byłam daleko i na dodatek było ciemno więc nie widziałam wyraźnie. Mogłam jednak już śmiało założyć, że kilka topielic urządziło sobie polowanie. Płynąc do nich powoli zaczynałam dostrzegać postacie Alexandra i Michaela.
Udało mi się podpłynąć tak blisko, że widziałam łuski na twarzy stwora. Patrzyłam jak topielica wyciąga w ich stronę dłoń. I jak ją chwytają.
Nagle coś złapało mnie za kostkę i wciągnęło pod wodę. Szarpałam się i miotałam. Uścisk był zimny i silny. Topielec za nic nie puszczał.
Wcześniej kulturalnie poczekał, aż Dużyźń dobrze przyjrzy się tej scence.

Już wcześniej o nich wspominałam. Są wredne i nie chcą mówić naszym językiem po mimo tego, że go znają. Podania i Internet mówią nam jak to świetnie wyglądają.
Co mówią źródła historyczne na temat Internetu u Słowian? Każdy miał router w chacie czy trzeba było zaiwaniać do gospody internetowej i płacić osełkę masła za dwa pacierze surfowania?

Świetnie to za dużo powiedziane. Po prostu nie wyglądali jak ludzie. Mówi się, że make up czyni cuda, jeśli tak to nie wiem jakie nazwać wspaniałości wywołane magią. To dzięki niej przez chwilę widzimy demony takimi jakimi chcą nam się pokazać, czyli w ludzkiej powłoce. Tak naprawdę wodne demony wyglądają jak zwykłe przerośnięte ryby. O ile jednostki żeńskie są wyprostowane i jeszcze jakoś się prezentują to te męskie już nie. Są wysokie, zawsze przygarbione, a niektóre potrafią toczyć ślino podobne coś z paszczy. Mają rozbudowaną klatkę piersiową, całe są takie napompowane. Jak po sterydach. Wszystkie maja błoniaste łapy, a coś co zapewne jest stopami jest tak samo dobrze chwytne jak dłonie. Są trochę jak łuskowate, rybie małpy.
W tej chwili dziewczyna przedstawiła nam opis wodnika, a nie topielca, a to są dwa demony z zupełnie innych bajek. Topielce wyobrażano sobie najczęściej po prostu jako ożywione zwłoki utopionego człowieka, okraszone wszystkimi zmianami związanymi z podwodnym rozkładem ciała. Po raz kolejny ukazuje się tu więc efekt researchu zrobionego totalnie po łebkach, a jeśli chodzi o opowiadanie – kompletne nieogarnięcie bohaterki, która ponoć zajmuje się tym w pewien sposób „zawodowo”, a gdy przyjdzie co do czego, nie potrafi nawet ocenić, z jakim demonem ma do czynienia.

A teraz wracając do głównego wątku.
Topielec złapał mnie jedną błoniastą łapą w pasie, a drugą trzymał za nadgarstki. Utrudniał mi szarpanie się. Ciągnął mnie na dno. Miałam zamknięte oczy i nie widziałam z jakiego rodzaju mam do czynienia topielcem.
Ja natomiast nie wiem, z jakiego rodzaju mam do czynienia językiem. Bo po polsku to opko z całą pewnością nie jest napisane. Ortografia, gramatyka, styl, szyk wyrazów w zdaniu — wszystko tu jest wzięte z jakiejś księżycowej grypsery.

Myślałam, że ten jest pospolity. Inaczej mówiąc ten, który topi ludzie i człowieki. Nie jest żadnym żołnierzem czy czymś w ty stylu. Poruszyłam ręką na której miałam bransoletkę, którą zgubiłam w poprzednim rozdziale, ale teraz w magiczny sposób pojawiła się na mojej ręce. Woda wokół nas zaczęła wirować aż silny strumień wystrzelił z pod mojej dłoni wypychając nas ku górze. Topielec nie wytrzymał i mnie puścił, a ja po krótkiej chwili znów oddychałam powietrzem.
Rozejrzałam się. Nigdzie nie było topielcy ani rybów i chłopaków. Natomiast moja krótka przygoda na powierzchni szybko się skończyła. Z wody wyskoczył dorosły wodnik. Rzucił się na mnie, jego ciężar przygwoździł mnie. Znów tonęłam. A przynajmniej taki miał plan. Znów uderzyłam wodą.
Uderzenie ręką byłoby chyba skuteczniejsze.

Nurkowanie nie wchodziło w grę. Nie mogłam otworzyć oczu pod wodą. Z resztą nawet gdybym to zrobiła i tak niczego bym nie widziała. Przyszło mi do głowy, że i tak muszę dostać się na dno, a złapanie przez wodnika jednak może mi w tym pomóc.
Nie rozumiem tej logiki – coś mnie topi, więc muszę dostać się na dno.

Długo nie musiałam na to czekać. Natychmiast otoczyły mnie topielce, bardzo możliwe, że znalazły się tam i topielice, wodniki oraz cała reszta wodnych drani. Zostałam pochłonięta. Nie walczyłam, po prostu dałam się zabrać na dno.
Obudziłam się na podłodze. Byłam sucha, leżałam na algach, jakże w rzekach pospolitych. Pokój, w którym się obudziłam był niewielki. Właściwie to bardziej zasługiwał na miano celi niż pokoju, ale nie było tam jakoś strasznie. Ściany były zrobione z niebieskiego kamienia, z sufitu zwisał lampion z alg. Miałam niezły widok, okno zajmowało prawie całą ścianę. Widziałam tylko wodę. Okno nie było ze szkła. Nie był to też pęcherz powietrz, których spotkałam w życiu już kilkanaście, żadna bańka. Jak się czegoś nie rozumie lub nie można czegoś wyjaśnić oraz nazwać to jest to po prostu magia. Nie zaprzątałam sobie tym głowy.
Miałam do kostki przypięty srebrny łańcuch. Nie widziałam gdzie się kończy. Akurat srebro potrafi zatrzymać bądź zranić, w największych przypadkach zabić demony. Chociaż są takie, którym srebro nic nie robi. Akurat ja jestem człowiekiem, więc jedynie co czułam to zimno metalu.
To brzmi tak, jakby człowiek również był demonem... Gdyby to opko było na jakimś poziomie, powiedziałabym, że jest to aluzja niezwykle trafna, ale w tym przypadku jest to kolejna wpadka w konstrukcji zdań.

Siedziałam na tych algach i zastanawiałam się co dalej. Nie sądziłam, że mnie zamkną. Nie sądziłam, że stracę przytomność i zostanę zamknięta w wodnym więzieniu. Nie miałam dużych perspektyw.
Nie, nie, to nie tak. Jeśli wodnik atakuje człowieka, to znaczy, że jest wkurzony. Jeśli jest wkurzony, to nie cacka się z porywaniem, tylko po prostu topi.

Nastał ten moment gdy postanowiłam się uwolnić. Ryboludzie nie pomyśleli i nie zabrali mi bransoletki. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. Chociaż sztylet jak najbardziej sobie wzięli. Bez problemu użyłam powietrza by przeciąć łańcuch.
Bardzo edukacyjne to opko. Nie wiedziałam, że można przeciąć jakikolwiek metal podmuchem powietrza.

Gdy byłam już wolna stanęłam przed kratą. Jak, że by inaczej krata wykonana była ze srebra, zajmowała połowę ściany, a za nią znajdowały się ciężkie drzwi.
Srebro to dość miękki metal, więc robienie z niego krat w celi dla zwykłego człowieka jest dość... Głupie.
Teoretycznie srebro jest takim „klasycznym” materiałem zatrzymującym magię. Skąd jednak mogli wiedzieć, że ona magię zna oraz dlaczego mogła jej użyć mimo tych zabezpieczeń?

Musieli uznać mnie za wyjątkowo niebezpieczną. Mogę się założyć, że dookoła mnie było więcej srebra. Z łatwością uporałam się z kratami i drzwiami.
Z taką łatwością, że nawet nie zadam sobie trudu opisania, w jaki sposób to zrobiłam.

Wyszłam na jasno oświetlony korytarz. Wszystko było zbudowane z błękitnego kamienia.
Poszłam w lewo. Był to dobry pomysł, szybko dotarłam do schodów. Po drodze nikogo nie spotkałam.
W końcu Mary Sue musi mieć same dobre pomysły i nikt ani nic nie ma prawa jej przeszkadzać.
Albowiem wszelkie więzienia z definicji są opustoszałe i nie ma w nich absolutnie żadnych strażników, którzy uwięzionych pilnują.

Zamek wydawał się martwy. Ostrożnie weszłam po schodach, ale nawet na górze nikogo nie zastałam. Dookoła panowała nieprzenikniona cisza. Czułam się bardzo nieswojo. Z jednej strony byłam sama, ale z drugiej miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Pałacowy korytarz jasno połyskiwał. Miał wiele ozdób takich jak perły, muszelki czy bursztyn.
Które to surowce występują w rzekach w wielkiej obfitości.

Idealnie to kontrastowało z zielonymi firankami z alg oraz porostów. Z jednej strony wyglądało to niezwykle uroczo, a z drugiej nieco strasznie. Co jakiś czas natrafiałam na rybie szkielety.
W pewnym momencie zobaczyłam szyld z napisem „Przetwórnia ryb”.
Z niektórych pomieszczeń czuć było aromat wędzonego łososia albo intensywny zapach zalewy octowej.

Wszystko wyglądało osobliwie. Nie miałam po co wyglądać za okna. Za nimi była tylko woda. Zamek roztaczał dziwną aurę, która skutecznie odstraszała ryby.
Skąd w takim razie ich szkielety WEWNĄTRZ tego obiektu?

W końcu dotarłam do piaskowych wrót. Otworzyły się przede mną bez żadnego dźwięku. Ukazał mi się zielony długi dywan na końcu, którego siedziała syrena rzucająca na chybił-trafił przecinkami, która nie miała najmniejszego prawa znaleźć się w tym (podobno) słowiańskim opku. Właściwie to leżała na złoto – błękitnym niewielkim łóżku. Stało ono oczywiście na podwyższeniu, a z sufitu spływały zwiewne przezroczyste materiały. Po bokach stały przeróżne wodne stwory. Wszyscy wlepiali we mnie wzrok. Idąc w stronę syreny słyszałam syki i pomruki. Nie wiedziałam czego mam się spodziewać, gdyby jednak doszło do walki to było by ciężko.
Czemu kojarzy mi się to z audiencją u królowej Kier w „Alicji w Krainie Czarów”?

Syrena mierzyła mnie ostrym, wyniosłym wzrokiem. Mimo to szłam pewnym krokiem. Umiem stwarzać pozory, szczerze to czułam się mega niezręcznie. Musiałam jednak uratować chłopaków. Nie zatrzymałam się przed piedestałem. Weszłam na niego i stanęłam nad leżącą syreną, która w żaden sposób nie zareagowała na naruszanie jej przestrzeni. Jej włosy były długie i zielone. Były bardzo podobne do moich, tylko kolor je różnił. Miała lodowate, prawie białe oczy i lekko niebieską cerę. Jej łuski na ogonie śmiało odbijały światło, mogłam się w nich przejrzeć. Piersi zakrywały jej sznury pereł oraz wiele złotych łańcuszków. To samo dłonie, również na nich miała liczne złote ozdoby i mocno rzucające w oczy się szpony. Nie były w prawdzie tak imponujące jak u mar, były zdecydowanie krótsze, ale były tak samo zabójcze. Na jej ustach malował się ni to drwiący ni to znudzony uśmiech. Przechyliła głowę i moim oczom ukazały się sterczące rybie uszy.
Swego czasu lubiłam chodzić z wujkiem na ryby i nigdy nie zauważyłam, by którakolwiek ze złowionych sztuk miała uszy... Ktoś potrafi mi opisać, jak rybie uszy wyglądają?
Spróbowałam sobie to wyobrazić i przed oczami stanęło mi coś w rodzaju uszu Shreka.

- Jak śmiesz – wysyczała cicho w moją stronę. Nie wiedziałam o co jej chodzi. Nie odzywałam się. – Jak śmiesz – powtórzyła.
Syrena dała sygnał dłonią, ni z tego ni z owego pojawił się obok niej koksowy (yyy... co??? Kokosowy może?) wodnik z wielką, ostrą halabardą. Drugi był tuż za nim. Uderzyli mnie w zgięcie kolan. Nogi ugięły się pode mną, ale dalej stałam. Stawiałam czynny opór, za nic w świecie przed nią nie uklęknę i tak zostało po dziś dzień. Uśmiechnęłam się tylko.
- Gdzie oni są?
- Już ich nie zobaczysz – powiedziała po chwili.
- Zabiłaś ich?
- Może – blefowała. W końcu nie da się ich zabić, no i chłopaków nie było w podwodnym zamku.
- W takim razie nic tu po mnie – odwróciłam się i zeszłam z podwyższenia, drogę zastąpili mi tacy sami koksowaci strażnicy. Byli w śród nich wodniki jak i topielce. Spojrzałam w wyłupiaste oczy najbliższego. To był błąd, bo sekundę później leżałam na stopniach, a strużka ciepłej krwi spływała mi z nosa prosto do lekko uchylonych ust. Splunęłam i wytarłam twarz. Nie powiem zaskoczyło mnie to trochę, ale spokojnie wstałam, a strażnicy nie mieli nic przeciwko temu. Oczywiście w środku szalałam i miałam ochotę im wszystkim pourywać łby. Lekko podeszłam do tego, który mnie walną. Wymierzyłam cios pięścią w jego pierś, strumień powietrza odrzucił jego oraz stwory stojące za nim na drugi koniec sali.
A oni wszyscy, mając przewagę liczebną, w żaden sposób nie zareagowali.
Mam nową teorię odnośnie tej niedorzecznej historii. Może Dużyźń była typową ofermą życiową, a teraz próbuje się w jakiś sposób wybielić i wciska nam te kity?
A ja obstawiam, że to wszystko spisek jakiegoś super potężnego wodnika, który wywołał tsunami, przez co syrena przepłynęła z Grecji do jakiejś polskiej rzeki i zrobił jej coś w rodzaju podwodnego królestwa, bo tak naprawdę polował na Dużyźń, bo też miał jej dosyć i... Dobra, nie. Czas odstawić teorie spiskowe.

Odwróciłam się w stronę syreny. Jej usta były ściśnięte w wąską, wściekłą linię.
- Jesteś tak słaba i bezsilna, że musisz wyręczać się innymi? – zadrwiłam. – Żadna stara ryba nie będzie mnie zatrzymywać. Żadna stara, paskudna ryba nie stanowi dla mnie przeszkody.
Na moje słowa syrena przybrała swoją prawdziwą postać. Jej skóra poszarzała, z ust wyszły kły, oczy zakryła biel. Jej włosy zaczęły powiewać niewidzialnym wiatrem i wystrzeliła ku mnie z pazurami. Byłam na to przygotowana, zrobiłam unik i rąbnęłam ją w jej rybi pysk. Po sali rozniósł się jej morderczy krzyk. Zaatakowała po raz kolejny. Walczyłyśmy naprawdę krótko. Kilka sierpowych i zadrapań od jej pazurów. Co jak co, ale bić się nie umiała.
A jej świta stała i patrzyła, jak szefowa dostaje baty.
Zajebistość Dużyźni sparaliżowała ich rybie móżdżki.
Może też kazała im stać spokojnie i nie atakować, tak jak wcześniej temu wilkołakowi.

Walkę przerwał nam wybuch. Konkretniej ktoś zrobił potężną dziurę w ścianie. Chyba nie muszę przedstawiać tych dwóch tumanów. Od ich wybryku zachwiał się cały zamek. Naruszyli bowiem akurat tą najistotniejszą ścianę. Nie trzeba było długo czekać na reakcję przeciwników. Od razu rzucili się do walki. Nie wiedziałam co działo się z chłopakami przez całą walkę z syreną. Zmasakrowałam jej twarz czy tam pysk. Sama jednak nie wyszłam bez szwanku, ale na pewno wyglądałam lepiej od niej.
Gdyby było inaczej, nie byłabyś Merysójką.

Miałam tylko kilka zadrapań i ugryzień, a jej zdążyłam wybić kilka zębów, podbić oboje oczu, miała rozkwaszony nos, tak myślę, że to był nos. Nie wyglądała za dobrze, ale szybko ukryła to pod otoczką magii.
Gdy stanęli za mną Michael z Alexandrem odsunęła się na podest. Jej rybi ogon zmienił się w mgnieniu oka w nogi. Wyglądała jak zwykła, naga dziewczyna. Nie licząc zielonych włosów, białych oczu i prawie trupiej cery. Ale co ja tam wiem o normalnych dziewczynach, sama należę do tej dziwnej części społeczeństwa. Patrzyła na nas, jej wzrok wyrażał jedynie wstręt, pogardę i coś co chyba nazywa się żal. Otoczyły nas demony.
- Tacy zwykli, parszywi ludzie, a mimo to są w stanie stawić nam opór. Bardzo ciekawe...
- Sama jesteś zwykła i parszywa – wypaliłam, zaplotłam ręce na piersi. Krótko mówiąc, zachowałam się jak typowy, opkowy bad girl.
- Rozumiesz co mówię? – zmrużyła oczy. – Jak taki zwykły śmiertelnik jest wstanie rozumieć mowę bytu, który stoi wyżej od niego. Weszliście tu żywi, ale wasze kości posłużą mi za grzebień.
- O co ci chodzi? Gdyby te twoje ryby nie chciały zjeść na kolację tej dwójki nawet byś nie wiedziała o moim istnieniu – na słowo ryby zasyczała niczym kot. – Nie pusz się tak. Sądziłam, że trzyma was pakt. Czemu twoi podwładni polowali na śmiertelników? Złamałaś przysięgę i zasady.
- Jak możesz oskarżać mnie o złamanie zasad gdy to wy pierwsi to zrobiliście! – zaczęła krzyczeć. Mieszała swój język z ludzkim.
Ten ludzki, to który konkretnie?
Inglisz. Albo polski. W końcu innych języków na świecie nie ma... prawda?

 – To wy pierwsi wtargnęliście do mojego królestwa! To wy nas okradliście! TO WY ZŁAMALIŚCIE ZASADY!
- Nie wiem o czym mówisz – pod moimi nogami wylądowała chusta z ozdobami, które dostałam jako zapłatę. Odruchowo dopchnęłam głowy, kiedy kliknęło, wiedziałam, że głowy wskoczyły na swoje miejsce, całkowicie o niej zapomniałam. – To nie należy do mnie – wydusiłam z siebie.
- Więc czemu było na twojej głowie?
- Ludzie z wioski mi tym zapłacili. Pracowaliśmy przy budowie muru... - jej szpony dopchnęły mojego policzka, nie zadrapała mnie jednak.
Niech ktoś zatrzyma to opko, ja wysiadam. Zwyczajnie wyczerpują mi się pomysły na komentarze już nie do błędów, tylko do braku pojęcia o podstawach języka polskiego.
Mnie natomiast wyczerpują się pomysły, jak skomentować ten brak jakiegokolwiek pojęcia o mitologii słowiańskiej, która podobno stanowi tutaj jeden z głównych elementów. Nie wymagam żadnego grzebania po pracach doktoranckich slawistów z całego świata, tylko przynajmniej zajrzenia na jakąkolwiek stronę o tematyce słowiańskiej, których przecież jest w internecie pełno, w dodatku duża część z nich jest całkiem solidnie opracowana. Nawet ja tworzę tego typu przewodnik (#chamskareklama), więc nie można wykręcić się z takiego niedouczenia tekstem „nie było skąd wziąć informacji”, bo jest tego od groma. Rozumiem, gdyby chodziło o kulturę Kongo czy innego Bangladeszu, bo wtedy faktycznie mógłby być problem, ale Słowianie to, zwłaszcza w ostatnich latach, bardzo popularny temat.

Kątem oka widziałam jak chłopaki drgnęli. Nie mieli pojęcia o czym rozmawiamy.
- Czemu mam ci wierzyć? – trzymała moją twarz, zmusiła mnie bym patrzyła jej w oczy.
- Puść nas. Wrócimy do wioski i odzyskamy skradzioną rzecz – nie wierzyła mi. Ciągle patrząc jej w oczy zdjęłam bransoletkę, cicho spadła na podłogę. – Zwrócimy skradzioną rzecz, a w tedy TY oddasz mi to.
Oddanie wrogowi w prezencie swojej najskuteczniejszej broni to genialne posunięcie taktyczne.
Bohaterka po prostu znów popisuje się swoją nadzwyczajną inteligencją.
Milczeniem pomijamy już fakt, że we wcześniejszych rozdziałach straciła najpierw kamienie, a potem, gdy cudownym sposobem je odzyskała, znowu straciła bransoletkę.

Szliśmy tą samą drogą. Wracaliśmy do wioski. Nastał nowy dzień, dochodziło południe. Spędziliśmy dużo czasu pod wodą. Musiałam się wytłumaczyć przed nimi. Nie chciałam, ale Alexander znów patrzył na mnie jak na śmiecia, a Michael zadawał setki pytań. Nie musiałam się tłumaczyć, ale jak zwykle mnie zmusili.
Logika spisała testament i poszła się utopić.

- Po raz setny mówię wam, że nie wiem czemu ja ich rozumiałam, a wy nie – w sumie nie kłamałam. Nie wiedziałam, że syrena mówi swoim językiem. W moich uszach brzmiało to jak ludzka mowa.
Między tym momentem a nieodległą przeszłością, w której stwierdziłam, cytuję: „mieszała swój język z ludzkim”, kupiłam sobie automatyczny translator.
Może spotkała po drodze Doctora, który podzielił się z nią mocą TARDISu, dającą moc rozumienia wszystkich języków.

 – Natomiast co do was to sądziłam, że jesteście silniejsi. Od razu pognaliście za głosem topielicy.
- Czemu ciebie nie zahipnotyzowało? – spytał blondyn.
- Bo to była topielica, one oddziałują tylko na mężczyzn. Gdyby to był topielec to pewnie poszłabym za wami.
- Czemu chcesz im pomagać?
- Teraz moja kolej na pytania. Gdzie was posiało gdy próbowano mnie utopić?
- Więc co dokładnie mamy im zwrócić?
- Nie zmieniaj tematu! Czemu zawsze tak jest, co?! Czemu ja musze wam się tłumaczyć ze wszystkiego co robię! To wy chcieliście ze mną podróżować, ja się na was nie pisałam! Traktujecie mnie jak wroga i mi nie ufacie!
Ja to co innego. Odnoszę się do was jak do ukochanych braci.
I pomagam wam gdy tylko mogę. I w ogóle was kocham i tak dalej.
– Nie ufamy osobom zwyczajnie głupim – odparł Alexander, posyłając mi nienawistne spojrzenie.

Nie rozumiem was! – wściekła jak osa wyprzedziłam ich. Resztę drogi spędziliśmy w ciszy.
Nie zostaliśmy miło powitani. Ludzie zamykali się na nas widok w domu. Poszliśmy prosto pod dom człowieka, który nas wynajął. Znaczy ja poszłam, oni byli tuż za mną. W końcu się na nich obraziłam, przez całą drogę nawet na nich nie spojrzałam.
Oczywiście dom osoby, która zleciła nam pracę zamknięty był na cztery spusty. Taka sceneria, dom niby opuszczony, rodzinka gnieździ się pod najbliższym oknem, wiatr porusza piach na podwórzu, a osoba stojąca przed wejściem zaraz ostrzela dom. I jeszcze ta muzyczka.
Skąd w IX wieku w tle miała się wziąć muzyczka?
Z ajfona córki gospodarza.

Strzelać nie było jak, w końcu broni palnej jako takiej nie było. Chyba, że ktoś procy by użył, ale na to szkoda czasu. Kamieni też.
Zabarykadowani w środku ludzie padliby trupem ze śmiechu, widząc, że są ostrzeliwani z procy. Cóż, to też jakiś sposób na wroga.

- Wiem, że tam jesteś. Wyjdź! – krzyknęłam. Odpowiedzi nie było, bo po co. – No wyjdź inaczej będziemy musieli naruszyć konstrukcję domu, a tego byś nie chciał – to nie brzmiało dokładnie tak samo, ale sens był ten sam.
- To co robimy Księżniczko?
- Nie rozmawiam z wami – burknęłam.
Alexander podszedł do muru. Przyglądał mu się chwilę po czym jednym uderzeniem błyskawicy rozwalił go. Jego uderzenie było tak mocne, że ziemia zrobiła się czarna w miejscu gdzie trafił piorun. Do tego spaliło się kilka kamieni, do tej pory nie wiem jak. Woda natomiast spokojnie wpłynęła sobie na plac dzięki wyżłobionej drodze.
Wieś leżała poniżej poziomu rzeki? Bardzo oryginalne. I ukształtowanie terenu, i pomysł na lokalizację ludzkich siedzib.
Może teren wioski zapadł się pod ciężarem zajebistości Marysi.

 Z domu ktoś wyleciał.
- Na Pieruna! Niech Pierun ma nas w opiece! O Pierunie! Niech no Pierun trzaśnie! – mniej więcej takie teksty padały tuż za nami.
No, toż właśnie trzasnął.
Trzasnął prawdopodobnie autorkę, ponieważ jego imię również bezczelnie przekręciła.
Jest to pierwszy Element Komiczny, który autentycznie mnie rozbawił. Ten krótki fragment mi się podoba.

Alexander się nie patyczkował i rozwalił swoją mocą mur jeszcze w kilku miejscach wioski. Towarzyszyły temu przerażone okrzyki mieszkańców. Byli przekonani, że zginą. W sumie nie dziwię się im, sam wygląd chłopaka potrafi zmrozić krew w żyłach.
- Oddajcie co zabraliście z rzeki – powiedział Michael.
- Nigdy!
- Co zrobiliście!
-Teraz zginiemy!
- Olaboga!
Którego mianowicie boga?
Pierwszego z brzegu, bo kogo obchodzi, że wiara słowiańska jest politeistyczna i ten okrzyk wówczas nie był używany?

- Światowidzie miej nas w opiece
I tak dalej. Ludzie krzyczeli i nie dało się niczego dowiedzieć. Mieszkańcy zaczęli iść w naszą stronę, chyba pojęli, że mają przewagę liczebną. Mogło im się tak wydawać, ale i tak byliśmy silniejsi od nich. Alexander walą (to ilu go jest?) ostatnią błyskawicą tuż pod ich stopami skutecznie ich zatrzymując. Usłyszałam jak coś lub ktoś wychodzi z wody. Były to oczywiście demony. Doszły jednak tak daleko jak pozwalała im na to woda. Te dwie rzeczy uświadomiły ludności, że nic już nie mogą zrobić. Byli przerażeni, widać to było w ich oczach. Strach malował im się na twarzach. Jeszcze jeden taki wybryk i pouciekali by gdzie pieprz (jakże dobrze znany w czasach, gdy te wydarzenia miały miejsce) rośnie. Musieliśmy mieć przynajmniej jedną osobę by wiedzieć gdzie jest klejnot. Ah, tak. Klejnot, po to właśnie wróciliśmy. Banalne, co? Ale to podobno jakiś mega super wypasiony klejnot był. Bardzo cenny podobno. Wielki jak strusie jajo (jeszcze jedna rzecz, o której istnieniu Słowianie z pewnością mieli pojęcie) i świecący w blasku słońca. Miał morski kolor, ale miejscami prześwitywał bursztyn. W środku natomiast były uwięzione jakieś zielska. Być może się nie znam, ale nie zachwycił mnie jakoś kiedy go zobaczyłam. Jednak umowa to umowa, a dla syreny miał tam jakąś wartość więc go im oddaliśmy.
Narrator spoilerujący, jak ja go kocham. Przypominają mi się czasy czytania „Nie oddam dzieci!” niejakiej Katarzyny M. W czasie czytania tamtej książki zaliczyłam podobną ilość headdesków, co przy tym wspaniałym opku.
Może autorka tego opka to jej następczyni?

Wcześniej jednak, gdy tak lustrowałam przerażenie na twarzach wioskowych złodziei i gdy miałam się w końcu odezwać wszyscy zaczęli uciekać. Nie trwało to długo ponieważ po chwili stał przed nami wściekły tłum. Taki klasyczny wściekły tłum, mieli pochodnie, widły, ale i miecze.
Miecze były obowiązkowym elementem wyposażenia chłopskiej zagrody.
Jak wiadomo, w średniowieczu większość rycerzy (pal licho, że to jeszcze nie te czasy, przynajmniej na polskich terenach) pochodziła ze stanu wiejskiego.

Nieco zbiło mnie to z tropu.
Że tak powiem nie daliśmy się, a klęczący i pobici ludzie z łatwością wskazali nam kamień. Nie chciało mi się słuchać historii o tym jak weszli w jego posiadanie. Mogę się za to założyć, że było tak: ktoś złowił w rzece przez przypadek kamień. Zabrał go do domu, bo w końcu „tak magicznie" wyglądał. Demonom wody się to nie spodobało i nawiedzały wioskę porywając ludzi oraz zabijając ich.
Skoro mogły dojść tylko do linii wody, to w jaki sposób do tej wioski się dostawały?
To akurat niekoniecznie, bo topielce i inne tego typu dziadostwa mogły odejść dosyć daleko od wody.

Ludzie chcieli się obronić więc wybudowali mur z domieszką srebra, które miało powstrzymać demony. Zawładnęła nimi chciwość i nawet do głowy nie przyszło im oddać kamień. Pojawiliśmy się my, tania siła robocza. Odwaliliśmy za nich pracę, nie wpadli tylko na to, że zgadamy się z syreną i będziemy chcieli odzyskać dla niej kamień. Resztę dopowiedzcie sobie sami.
Zrozumcie w tej walce nie było nic fajnego. Nawet długo nie trwała. Gdy pierwsi padli od ciosów Michaela lub ataków Alexandra pozostali rzucili broń i się poddali. Nie było nawet na co popatrzeć.
Bo mordowanie wieśniaków to taka wspaniała atrakcja! Zwłaszcza w świetle przeszłości bohaterki!
Spoko, prawdopodobnie już dawno o tej przeszłości zapomniała.
Umiejętność zapominania o traumach zasadniczo jest zaletą. Chyba że się ma ambicje literackie — wtedy pamiętanie, co się walnęło kilka stron wcześniej, jest zdecydowanie pożądane.

Wodne stwory nawet płetwą nie ruszyły. Tylko stały sobie z tyłu i się patrzyły. Gdy trzymałam kamień w swoich rękach jeden z nich odezwał się byśmy z nimi poszli. Nie było po co zostawać z ludźmi więc weszliśmy do wody. Bardzo szybko straciłam przytomność, dokładnie tak jak wcześniej. To samo prawdopodobnie tyczyło się chłopaków. Gdy się obudziłam, nie byłam w celi, a w ładnie urządzonym pokoju. Nie przyglądałam się uważnie, wodne klimaty nie należą do moich ulubionych. Wcześniej tego nie zauważyłam, ale w całym zamku śmierdziało śledziem.
Zgadłam: mają tam przetwórnię ryb. Tylko dlaczego przerabiają śledzie, które muszą zwozić z Bałtyku, zamiast zająć się surowcem występującym w wodach słodkich?

Na krześle siedział Alexander, a obok mnie pochrapywał Michael. Ściskałam kamień, podobno nie można było mi go wyrwać. Gdy tylko blondyn wstał zostaliśmy zaprowadzeni do sali. Po dziurze nie było śladu.
Syrena wyglądała dokładnie tak samo gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy. Leżała na tym swoim łóżko-tronie i patrzyła na nas z wyższością. Jeden z jej sługusów wyciągnął płetwę po kamień. Podałam mu go. Syrenie zaświeciły się oczy. Założę się, że nie wierzyła, że wrócimy. Rzuciła mi pod nogi mój sztylet z owiniętą wokół niego bransoletką. Liczyła, że się schylę, że zmusi mnie do pokłonu. Ja natomiast podrzuciłam stopą do góry broń i złapałam ją w locie.
Ma chwytne stopy. Jak małpa.

Syrena za pewne była wściekła, ale nie dała tego po sobie poznać. Czekaliśmy aż da nam odejść.
- Kim jesteś? – spytała niespodziewanie. – Dlaczego zaoferowałaś pomoc?
- Pilnuję równowagi pomiędzy naszymi światami.
- Przypominasz mi kogoś. Wiem – zmrużyła oczy, na jej twarzy pojawił się grymas obrzydzenia. – Wyglądasz jak ta suka.
I już wszystko wiemy.
Podejrzewam, że chodziło o jakiegoś pieska. Mam nadzieję, że nie moją Ginę...

Zatrzymaliśmy się w kolejnej wiosce. Była duża, przestrzeń była dobrze zagospodarowana, bardziej zasługiwało to na miano miasteczka niż wsi.
Miasteczko od wsi różni się nie tylko wielkością, ale także na przykład układem przestrzennym i źródłami utrzymania mieszkańców. A już zupełnie nie pojmuję, dlaczego na wsi przestrzeń ma z definicji być źle zagospodarowana.
Bo to wieś, a wieśniaki som gópie i nie umiom się urzondzić jak czeba.

Wszyscy byli nastawieni na przejezdnych, miasteczko oferowało wiele pubów i noclegowni.
W ciemnych zaułkach wstydliwie ukrywały się kasyna i kluby go-go.

Zatrzymaliśmy się w jednej karczmie, wybraliśmy taką, która była jak najdalej głównego traktu.
Jaki jest sens budowania karczmy daleko od traktu, skoro to stamtąd brałoby się najwięcej gości?
Ta była zbudowana specjalnie dla takich jak Dużyźń, żeby mogli nacieszyć się samotnością.

Siedzieliśmy przy jednym stole (bardzo to miłe z waszej strony, że nie zajęliście wszystkich), trochę po środku, trochę przy korytarzu prowadzącym do pokoi. Już dawno zjedliśmy, siedzieliśmy przy piwie. Za oknem było ciemno.
- Naprawdę pilnujesz tego całego porządku? – uśmiechnął się Michael.
- Oczywiście, że nie. Czemu bym miała?
- Ale powiedziałaś, że odzyskasz dla nich kamień.
- A jak inaczej mielibyśmy stamtąd odejść? Myślisz, że tak po prostu by nas puścili?
- Przebilibyśmy się – odparł zadowolony. Jeszcze chwila i pokazałby swoje mięśnie.
- Nawet gdyby się nam udało to zajęło by to wiele czasu – napiłam się. – A tak w ogóle to należą mi się wyjaśnienia.
Jakie wyjaśnienia? Ponoć jesteś ekspertką od słowiańskich demonów i powinnaś wiedzieć, w jaki sposób działają topielice. 

- No wiesz... - zakłopotał się. – To było...
- Jak było?
- Ta cała topielica zawładnęła naszymi umysłami. Kiedy zorientowałem się co się stało już mnie trzymała. Skubana była niesamowicie silna. W ogóle nie chciała puścić, a jej szpony wbijały mi się w nadgarstek. Wciągnęły nas pod wodę. Jakoś udało nam się uwolnić. Utonąłem w tej wodzie chyba ze dwa razy zanim udało mi się dopłynąć do zamku. Z daleka widzieliśmy jak zabierają cię gdzieś. Właściwie to nie byłem tak do końca pewien czy to ty, bo otoczyły cię ze wszystkich stron. Nie było cię widać! Ale Alexander powiedział, że to ty i popłynęliśmy. Rozwaliliśmy kilka ścian. Chciałem po drodze skubnąć trochę tych świecidełek, ale mi zabronił. Spokojnie do ciebie dotarliśmy. Resztę znasz.
- I to miało być niby takie zawstydzające? Jesteście niepoważni! – zaczęłam się z nich śmiać.
W którym momencie powiedzieli lub dali jej do zrozumienia, że ich to zawstydziło?

- Nie spodziewaliśmy się, że te kobiece demony będą taki silne. Jak mi wzięła przywaliła! Dalej mam ślady jej pazurów – pokazał ranę. – Ale ty! Bardzo dobrze się spisałaś. Po mimo tego całego złapania – cmoknął.
Spróbowałby się nią nie zachwycać...

- Ja się dałam złapać, bo myślałam, że zabrały was na dno. Ludzie złapane przez topielice prawie nigdy nie orientują się, że umierają.
Bo to gópie lódzie som.
Zazwyczaj człowiek nie zauważa, że nie ma czym oddychać.

Dlatego...
- Chciałaś nas uratować?
- Raczej odwdzięczyć. Za tą jaskinię – szybko dodałam.
- Jasne.
- Czemu wasze rany jeszcze się nie zagoiły? Kiedy wsadziłeś rękę do ogniska nic jej nie było.
- Nie wiesz? – spytał zdziwiony. - Rany zadane przez demony goją się gorzej. Dużo gorzej. Potrafią się babrać miesiącami.
Demony nie dezynfekują pazurów.
Jeśli się rany nie oczyści jak należy, to oczywiste, że się zapaprze, niezależnie od tego, co ją zadało. Poza tym dobrym zabezpieczeniem przed takim problemem jest wypalenie, ale o tym chyba nasza bohaterka nigdy nie słyszała.

Te twoje ziółka co miałaś były idealne na takie rany, szkoda, że większość poszła na twoje plecy.
- Czyli to moja wina, że zostałam ranna i trzeba było wyleczyć rany? – uniosłam brwi.
- W mojej głowie brzmiało to lepiej – zaśmiał się nerwowo i podrapał po głowie. – Wiesz o co mi chodziło. Prawda? Ha ha! Nie chciałem, wiesz?
- Wiem – mruknęłam cicho.
To masz nade mną przewagę, bo ja już zupełnie nie wiem, o co tu chodzi.
Nie Ty jedna, nie Ty jedna...

6 komentarzy:

  1. Ja nie wierzę. To opko chyba jest prowokacją. Puby u Słowian, o Boru...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też zaczynałam to podejrzewać, ale niestety wszystko wskazuje na to, że nie... Choć sama nie wierzę, że "przez przypadek" można coś takiego napisać. Niestety jednak to jest raczej pisane na serio. Muszę jednak przyznać, że ze wszystkich materiałów, które miałyśmy tu do tej pory, to opko było najcięższym materiałem i o ile każda z nas zazwyczaj pisze większymi partiami i analizuje całość najpóźniej za trzecim zamachem, tak tutaj musiałyśmy przerywać co kilka akapitów, bo już brakowało nam słów.

      Usuń
    2. Aaa, nawet moja składnia już wysiada po tej analizie.

      Usuń
  2. Fajna długa analiza, ale opko robi się coraz gorsze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudeńko...nawet walkę z syreną wymyśliła.A Batman będzie? Słowiański bus mnie rozwalił.
    Straszny styl,straszna bohaterka. Doceniam Waszą pracę!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  4. Tego się nie da czytać, trzeba tylko przewijać do kolorowych tekstów. Podziwiam was za przeczytanie.

    OdpowiedzUsuń