wtorek, 10 stycznia 2017

21. Słowiańska Liga Rugby, czyli merysuizm za Piasta Kołodzieja cz. 2

Witamy serdecznie w nowym roku!
Miano pierwszej analizy w tym roku przypadło drugiej części naszego bardzo edukacyjnego opka o Słowianach. Z tego odcinka dowiecie się między innymi, jak rozpoznać Posejdona w tłumie wieśniaków i czym jest prawdziwe poświęcenie dla sprawy. Oprócz tego poznacie również praktyczne sposoby na ugłaskanie wilkołaka i wkurzenie leszego. Nie przedłużając: miłego czytania!

Analizują: Nikelaine, Az i baba_potwór

Rozdział 4 - Ja, ty i on oraz ten dziwny grubas
Ten tytuł sprawił, że już totalnie wczułam się w  klimat.
A tytuł ten, jak się już wkrótce przekonamy, jest randomowo wybraną wypowiedzią bohaterki i nijak się ma do ogólnej treści rozdziału.

Po wysłuchaniu ich marnych tłumaczeń jak najszybciej dosiadłam Ozdóbki i pognałam przed siebie. Znaczy klacz biegła, ja siedziałam na niej.
Co koniecznie trzeba podkreślić, bo czytelnik mógłby pomyśleć, że Dużyźń biegnie, siedząc na koniu.
Woltyżerkę uprawia, znaczy się.

Przez ucieczkę straciłam trzy bukłaki z wodą i kamień do rozpalania ognia. Mówi się trudno zdobędę coś w pierwszej wiosce. W tedy cieszyłam się raczej z odejścia od tych świrów.
Chwila, moment. Podsumujmy (takie małe przypomnienie z poprzedniej części analizy). Dziewczyna ma konia, zabrała im broń, w dodatku obaj są po bitwie, więc nawet jeśli nie mają żadnych większych ran, są na pewno poobijani i cholernie zmęczeni. Dlaczego więc uznała, że trzeba uciekać jak przed uzbrojonym po zęby oddziałem wściekłych orków? Naprawdę nic nie stało na przeszkodzie, by pozbierała swoje rzeczy przed odjazdem.
Jak to nic? A gdzie podziałby się dramatyzm sytuacji? Przecież bezsensowne ucieczki i głupia utrata ekwipunku są takie ekscytujące!

To nie tak, że nie wierzę w istnienie bogów, duchów i demonów. Są moją codziennością. Wy spotykacie codziennie ludzi, mijacie ich, z niektórymi rozmawiacie nawet przez chwilę, nie musicie wierzyć w ludzi. Macie pewność, że są, jest to dla was taka oczywista oczywistość. No to teraz wyobraźcie sobie, że dla mnie w tym tłumie ludzi co mijam są też, najprościej mówiąc, potwory. Chodzi mi tu raczej o ogólne nazewnictwo tego co jest niewidzialne dla zwykłego ludzkiego oka. Większość z nich jest bardziej ludzka od nas.
Wszystko, co jest niewidoczne dla zwykłego ludzkiego oka to potwory, ale są bardziej ludzkie od ludzi. Czyżby człowieczeństwo było w oczach bohaterki czymś złym? Innego wyjaśnienia nie widzę, może ktoś ma lepszy pomysł.

I chyba właśnie dlatego nie potrafiłam tak do końca zaakceptować tego co mi powiedzieli. A powiedzieli to co już zdążyłam powiedzieć wcześniej, to o Isztar i Aresie.
W tym momencie przypomniałam sobie, jak bardzo podczas poprzedniej analizy wkurzał mnie ten narrator. Właśnie moja irytacja osiągnęła kolejny poziom – nie dość, że perfidnie spoileruje połowę wydarzeń, to jeszcze się powtarza.

Mówili, że są jakimiś, teraz nazwać by ich można egzorcystami. Zajmowali się jedynie demonami i złymi duchami. Dla mnie z kolei nie było znaczenia z czym mam się zmierzyć. W każdym razie uznałam ich za świrniętych i pogalopowałam w stronę najbliższej wioski.
Po pierwsze: Dużyźń nie może znać takiego słowa jak „egzorcysta”, ponieważ w jej języku ono zwyczajnie nie istniało. Po drugie: dlaczego ona wszystkich nazywa świrniętymi, bałwanami i debilami? Naprawdę nie da się wyrazić swojej (mniej lub bardziej uzasadnionej) pogardy w nieco bardziej... literacki sposób? Ponoć mamy do czynienia z tworem literaturopodobnym, jednak język tutaj używany nawet nie próbuje udawać literackiego. 

  Ta wioska nie była wioską, bliżej jej było do małego miasteczka otoczonego murem. Taki niby gród. Podręczniki mówią, że kiedy powstał pierwszy gród, jakoś tak ok. 940? 960? No w każdym razie były wcześniej, według mnie to trochę głupie nazwać kilka chat otoczonych drewnianymi palami od razu grodem, ale tak to wyglądało na początku. Długo się je stawiało, oj długo.
Wykształcona ta wieśniaczka, skoro i czytać umie, i łacinę zapewne zna, skoro podręczniki czytała. Choć w sumie jeśli chodzi o podręczniki, to musiałaby też podróżować w czasie, bo inaczej mogłaby czytać co najwyżej jakieś kroniki. No i research znowu leży, ponieważ najstarszym znanym nam dziś słowiańskim grodem jest Trzcinica, w której pierwsze ślady osadnictwa sięgają 2100 r. p. n. e. Google nie gryzie.

W każdym razie po dotarciu od razu zaczęłam szukać miejsca gdzie coś będę mogła zjeść. Długo nie szukałam, po pierwsze dlatego, że z byt dużo budynków to tu nie było, a po drugie dlatego, że bardzo łatwo rozpoznać takie miejsce. Przed takimi miejscami zawsze jest dużo ludzi. To taki ośrodek kultury małych miasteczek czy wsi. Przynajmniej w tedy tak było. Obecnie bywa różnie.
Co? To nie jest tak, że gdzie nie pójdziesz, tam masz McDonald's czy KFC. Wtedy nie było tych knajp i, co ważniejsze, nie było ich dużo. We wsi nie uświadczysz na bank, może w jakiejś mieścinie, ale też raczej handlowej lub portowej. Wszelkie gospody były umieszczane nie „gdzie popadnie”, jak to zwykle jest obecnie, tylko przy szlakach handlowych, mocno uczęszczanych drogach (nie bez powodu nazywano je – i nadal się nazywa – zajazdami) lub właśnie we wspomnianych miastach handlowych i portowych. W innych też by się coś może znalazło, ale podkreślam: w miastach. Na wsiach zaczęły upowszechniać się dopiero koło XIII wieku, ale śmiem przypuszczać, że akcja dzieje się najpóźniej w wieku XI.
A ja zwrócę uwagę na coś innego — zaczęła szukać miejsca, żeby kupić jedzenie. Jak wiemy, cały jej ekwipunek przepadł. Czym ona chce zapłacić za jedzenie? Ślicznymi oczkami i chamstwem?

  Zostawiłam Ozdóbkę na zewnątrz i weszłam. Było niezwykle ciepło, zdjęłam kaftan. Zamówiłam coś ciepłego do jedzenia i zaczęłam rozglądać się za wolnym miejscem. Miałam wrażenie, że są tu wszystkie osoby mieszkające w tym małym grodzie. Podobało mi się, było głośno, ciepło i pachniało drewnem, nędznym piwem oraz spoconymi ludźmi, bo dezodorantów wtedy nie mieli, a do mycia również nikt się zbytnio nie wyrywał. Zupełnie jak w domu. W końcu usiadłam na jakiejś ławie, a po chwili dostałam jedzenie. Z pierwszą łyżką strawy poczułam jak bardzo byłam głodna. Od feralnego poranka nic nie jadłam, czyli jakiś dzień z kawałkiem. Pochłonęłam jedzenie ekstremalnie szybko i zamówiłam kolejną porcję. Na razie nikt się mną nie interesował, czułam jednak na sobie kilka par oczu.
To jak w końcu, gapili się na ciebie czy się tobą nie interesowali? Zdecyduj się, bohaterko.

Nie dziwiło mnie to, ubieram się w końcu jak kapłanka. Wiecie, białe lub czerwone ubrania, do tego hafty ochronne.
Powtórzę się, ale chyba trzeba: nigdy nie istniało coś takiego jak „hafty ochronne”. Natomiast biel i czerwień w strojach to nic nadzwyczajnego. Poza tym słowiańscy kapłani – a właściwie to żercy, jeśli już mamy trzymać się nazewnictwa – nie szlajali się po świecie, tylko byli ściśle związani z osadą, z której pochodzili, i tam kończył się zakres ich działalności.

Pominę dziwnie wyglądający naszyjnik od babci i kolor moich oczu. Do tego przestałam wiązać włosy więc dla nich wyglądałam jak panna, prawie, na wydaniu.
I kolejna wtopa. U Słowian panny nosiły tzw. kosy, czyli długie warkocze oraz wianki, a nie rozpuszczone włosy. Do dziś w niektórych rejonach, głównie w Rosji, kultywuje się zwyczaj rozplatania/obcinania pannie młodej warkocza przed ślubem lub w trakcie oczepin na znak utraty dziewictwa i przyjęcia roli żony oraz gospodyni.

Przysłuchiwałam się rozmowom, liczyłam na szybką robotę i dalszą podróż. Nie lubiłam długo zostawać w jednym miejscu, jeszcze bym kogoś polubiła i miałabym problem z odejściem.
Rodzinę zostawiłaś bez większego problemu, więc nie rozumiem, w czym rzecz.

  No i siedziałam tak, jadłam i słuchałam o czym ludzie gadają. Właściwie to nie dowiedziałam się z byt dużo. Ot takie czcze gadanie starych pijaków. Ale jak to zwykle bywa w takich miejscach, a przynajmniej bywało, gawie miejska lubiła się przenosić i po chwili, czyli czwartej misce jedzenia, byli wokół mnie zupełnie inni ludzie.
Ile ona je, kto jej w karczmie tyle żarcia daje i skąd ma na to pieniądze?
Przed wejściem stoi bankomat.

Nawet ktoś się dosiadł.
Bo po co chociaż pobieżnie opisać rozmówcę i zarzucić jakimś dialogiem? Lepiej podać wszystkie uzyskane informacje na tacy.

Nie przeszkadzało mi to zbytnio. Dzięki temu łatwiej było zebrać informacje. Pierwsza rzecz jakiej się dowiedziałam to, to, że było coś świętowane. Na wesele mi to nie wyglądało, nie kojarzyłam by było dzisiaj jakieś święto, a do topienia marzanny jeszcze zostało trochę czasu. Najbardziej prawdopodobne wydawały się urodziny. Chociaż nic na nie, nie wskazywało.
Wspomnienie o zbliżającym się „topieniu Marzanny” (które samo w sobie świętem nie jest) sugeruje, że mamy luty albo marzec. Więc jedziemy. W lutym mamy Gromnicę, tydzień Welesa, Strzybóg oraz Nowolecie, w marcu zaś Jaskółkę, Szczodry Wieczór, tydzień Jarowita, Wierzbicę, święto Dadźboga, Nawski Wielki Dzień, Dziady Wiosenne oraz Jare Gody. Do wyboru, do koloru. Akurat okres zimowy jest bardzo obfity we wszelkiego rodzaju słowiańskie święta, więc i tutaj wystarczyło się odrobinę pofatygować i przynajmniej wpisać w Google hasło typu „święta Słowian” czy „kalendarz Słowian”. I znów podkreślam, że Słowianie nie świętowali urodzin, tylko imieniny (ze względu na to, że, jak już ktoś zauważył, w poprzedniej części nie wytłumaczyłam tego jak należy: u Słowian imiona nadawane były między 7. a 12. rokiem życia, w dniu w żaden sposób niepowiązanym z datą urodzin. Do tego czasu dziecko nosiło „imię ochronne” mające chronić je przed złymi mocami. To właśnie dzień nadania tego „właściwego” imienia był najważniejszym wydarzeniem i stąd też wzięła się tradycja świętowania imienin).
To by wyjaśniało, czemu nic nie wskazywało na to, że ktoś je (urodziny) obchodził! Zagadka rozwiązana.

 Kończyłam jeść gdy poczułam czyjś intensywny wzrok.
A jak on pachniał, możesz sprecyzować?

Siedział naprzeciwko mnie i popijał piwo. Zdajecie sobie sprawę jak długo w kraju produkowane jest piwo? Chociaż to co podają teraz to już nie to samo, ale dajemy radę.
Bardzo prosiłabym o wytłumaczenie mi sensu oraz treści tej wstawki. Dziękuję.
Sens już tłumaczę — trzeba wbić odpowiednią ilość słów na rozdział, takie uroki Wattpada.

Wracając do osoby przede mną. Był to starszy facet, to był ten typ obleśnego gościa, który chciał przelecieć wszystko co jeszcze nie uciekło na drzewo.
Jestem pewna, że Słowianie w ten właśnie sposób się wyrażali.
I skąd ona to wszystko wiedziała? Ja rozumiem, że pewne typy ludzi łatwo poznać po wyglądzie, ale pozory lubią mylić, a ja na myśl o „gościu, który chce przelecieć wszystko, co jeszcze nie uciekło na drzewo” wyobrażam sobie typowego bad boya rockmana. Nawet jeśli to opko podobno traktuje o Słowianach.

Miał widoczny piwny brzuch i poplamioną koszulę.
„Piwny brzuch” miał małe szanse zaistnienia w czasach, kiedy życie niemal wszystkich ludzi wypełniała ciężka praca fizyczna od bladego świtu po zmrok.
A poplamiona koszula też nie powinna być czymś dziwnym, bo proszku do prania wtedy nie mieli i jestem pewna, że zabrudzenia nie schodziły tak łatwo jak dzisiaj.

 Nie spuszczał ze mnie wzroku, a ja od tej chwili patrzyłam na niego z pode łba. W końcu jedzenie się skończyło, a ja wzięłam do ust pustą łyżkę. Przegrałam bitwę na spojrzenia gdy zdziwiona spojrzałam na miskę.
- Nowa. Kapłanka. Czego? – tak oto mniej więcej odezwał się do mnie ten stary oblech. No nie oszukujmy się, był obleśny. Tak coś czuję, że to przez niego zaczęto używać tego słowa, jakże powszechnego w czasach naszych praojców. Milczałam, zastanawiałam się co mu odpowiedzieć. – Ciekawa? – wyszczerzył się, nie miał wszystkich zębów, a te które zostały były żółto czarne, co było dość zaskakujące, bo przecież wtedy każdy normalny człowiek mył zęby dwa razy dziennie i regularnie chodził na przeglądy do dentysty.
- Nie rozumiem o co panu chodzi – powiedziałam cicho. Nie mam pojęcia czy mnie w tedy usłyszał. Ostatecznie dodałam głośniej. – Wesoło tu.
- Ano – twój słownik mnie poraża. Mów dalej ty słowny magu.
Sądząc z dotychczasowej elokwencji bohaterki, myślę, że są pod tym względem na dość zbliżonym poziomie.

– Nikt się nie spodziewał, a tu takie cudo się stało. Sama nie uwierzysz jak się dowiesz – no tak, fajnie, tyle, że ja naprawdę nie wiem. Dziad zamiast mówić dalej odszedł.
  Zanim ruszyłam się w poszukiwaniu odpowiedzi musiałam najpierw znaleźć osobę, która mi ją udzieli.
Jeszcze bardziej przydałoby się znaleźć kogoś, kto udzieli paru lekcji gramatyki i powie, że „udzielić” nie łączy się z biernikiem.

 Nie było trudno taką znaleźć, trzy czwarte osób w karczmie ledwo trzymało się na nogach, reszta ledwo siedziała, o leżeniu nie wspominając.
To brzmi, jakby nawet z leżeniem mieli problemy. Widziałam już ludzi w różnych stanach upojenia alkoholowego, jednak takiego spicia nie zaobserwowałam nigdy.
Rozumiem, że na nurtujące ją pytania mieli odpowiadać osobnicy zalani w trupa. Jakoś tak jednoznacznie wynika z powyższego.

Ostatecznie wstałam i zmusiłam się do uśmiechu. Dalej byłam głodna. Odnalazłam wzrokiem niewielką grupkę osób w moim wieku. Kilku chłopaków i dziewczyn, nic wielkiego tak na pierwszy rzut oka. Im bliżej się zbliżałam tym byłam bliżej bardziej byłam pewna, że to od nich wszystko się zaczęło. Chociaż w tamtej chwili nie wiedziałam jeszcze co.
Nie mogła więc wiedzieć, że to od nich się zaczęło, skoro nie wiedziała, co tak właściwie się zaczęło, a oni niczym się wśród tłumu nie wyróżniali.

No i może nie kończenie od wszystkich, tylko zaczynanie od niektórych, a na pewno od dziewczyny która siedziała po środku. Miała długie włosy koloru złotych kłosów, niebieskie oczy i szeroki uśmiech. Jej suknia wierzchnia była bało niebieska (jaka?), na zakończeniach rękawów i przy szyi widziałam czerwony haft. Skrzywiłam się w myślach. Będą kłopoty.
Bo...? Hafty nie działają jak naszywki na plecakach, dzięki którym wiadomo, kto komu może spuścić łomot.

- Witam ładną... - niespodziewanie zaczepił mnie jakiś chłopak. Nie skończył mówić gdyż zobaczył kolor moich oczu. – Emm...
Panie, panowie, oto mamy wręcz podręcznikowy przykład jednej z typowych cech Mary Sue: wszyscy faceci lecą do niej jak muchy do gówna.

- Dyżyźń – szepnęłam mu przy uchu.
- Emm... - wymamrotał.
- Miło mi emm... - zaśmiałam się.
Poczucie humoru w tym opku niezmiennie mnie powala.

 Postanowiłam najpierw go wypytać, a potem zbadać dziwną dziewczynę. Nie ważne jak to brzmi. – Myślę, że powinniśmy poznać się lepiej – pociągnęłam go w jak najcichsze miejsce.
  Udało mi się znaleźć ciche miejsce w rogu karczmy. Czemu to zawsze najciemniejsze kąty są takie ciche, akustyka czy co? Siedziałam i słuchałam jakie mam ładne policzki, zęby, ba nawet paznokcie wychwalał. Takie czasy, jego tyrada i tak była o wiele milsza oraz ładniej ubrana w słowa niż ostatnie teksty jakiegoś karka na temat „mojej dupy".
Czy to ja jestem jakaś dziwna, skoro lubię, kiedy ktoś komplementuje mój wygląd?

 W końcu jednak udało mi się dowiedzieć o co chodzi, wystarczyło mieć oczy innego koloru niż reszta ludzi.
Ponieważ gdyby nie miała fioletowych oczu, powiedziałby jej tylko „fajna dupa” i odszedł. 

Bo to od nich się zaczęło, powiedział, że są dużo ładniejsze od oczu nie jakiej, tylko siakiej Radosławy. Jak się szybko zorientowałam tą Radosławą miała być laska w centrum tamtego zgromadzenia.
Dowiedziałam się jaka ona jest niezwykła, jakich cudów narobiła, jaką jest teraz dobrą partią i generalnie jak cudowną laską jest.
Konkurencyjna Merysójka.
Słowiańska wersja zUego plastika.

Chociaż Emm... zapewniał, że teraz to ja mam najpiękniejsze lica.
Fantastyka fantastyką, ma swoje prawa, ale to słownictwo i tak nieznośne pomieszanie stylów mnie poraża.

Po krótkim wyjaśnieniu, że nie widzę się z młodszym odeszłam do niego. Nie miałam pojęcia ile ma lat, ale obstawiałam, że jest młodszy.
Ta logika napawa mnie nabożnym podziwem.
A szacunek Dużyźni do drugiego człowieka (a raczej jego brak) przyprawia mnie o chęć rozwalenia czegoś o ścianę.

Cudowne dziecko na pewno jest.
Z kogo? Ten chłopak jest „cudownym dzieckiem”? Ma „cudowne dziecko”?

Wróciłam do Ozdóbki. Niczego jej nie brakowało, więc zmuszona byłam sprawdzić czy za „cudownym dzieckiem" nie kryje się coś więcej.
Polska język trudna język. Trudno określić, kogo dotyczy termin „cudowne dziecko” oraz to, komu „niczego nie brakowało” – Ozdóbce, tamtej „lasce” czy „cudownemu dziecku”.

Pewnie jesteście ciekawi czemu to robię, znaczy zajmuję się tymi dziwactwami. Bo jestem w tym dobra i łatwo z tego było wyżyć. Przez te wszystkie lata nieźle się wzbogaciłam i w tych kapitalistycznych czasach żyję całkiem nieźle.
Nieźle i cholernie długo, wziąwszy pod uwagę, że początki kapitalizmu przypadły na wiek XVIII, a na ziemie polskie dotarł on sto lat później.
Ale co ona takiego robi? Na chwilę obecną tylko wnerwia, bawi się cudzymi uczuciami, wyzywa i narzeka. Ach, no i wypełnia jakieś przeznaczenie.

 Jednak nie zawsze podejmowałam się roboty, jeśli chłopi tego nie chcieli nie robiłam nic. Zależało mi na zysku, a przede wszystkim nie byłam z nimi szczególnie związana. Miałam własne problemy, jak na przykład nie wywiązywać się z przeznaczenia. A skoro o przeznaczeniu mowa, może już się domyśliliście, ale ta moja „robota" to właśnie część tego przeznaczenia. Taki los. Przez najbliższe trzy lata będzie to dla mnie tajemnicą.
Irytacja narratorem: level up. Mówi o czymś w czasie teraźniejszym, po czym wali spoiler na temat przyszłości tego zagadnienia. Rozumiem, że to popularny chwyt, jednak tak nieumiejętnie zastosowany i połączony z całą masą innych koszmarnych błędów w narracji tego opka daje efekt strasznego wkurwu.
Nie żeby coś, ale wciąż nie widzę, żeby bohaterka zajmowała się jakąkolwiek robotą...

- Witam – uśmiechnęłam się do grupki młodzieży. O dziwo również tym odpowiedzieli, uśmiechem. Z perspektywy czasu wiem, że w tedy było to naturalne zachowanie. Kiedyś ludzie bywali dużo szczęśliwsi niż teraz, może i żyli krócej, ale więcej się uśmiechali.
Po iluś latach uświadomiła sobie, że odpowiadanie uśmiechem na uśmiech było we wczesnym średniowieczu normalne? Dziewczę chyba dosyć wolno kojarzy.

- Nie widziałam cię wcześniej, jesteś w podróży? – spytała jedna z dziewczyn.
- Tak. Postanowiłam się przywitać gdy usłyszałam jakie rzeczy uczyniłaś – zwróciłam się do Radosławy.
- To miłe, dziękuję. Jak się nazywasz?
- Dużyźń.
- Usiądź z nami – jeden z chłopaków odsunął się by zrobić mi miejsce. – Nazywam się Żdan, to jest Grozin, Jarosław, Mieczysława, Stronisława, Gościwuj, Witosław i oczywiście Radosława – wszyscy po kolei kiwali głowami i uśmiechali się.
Należy się jedna pochwała, bo nie tylko na negatywnej krytyce ocena się opiera: autorka pofatygowała się, by wyszukać autentyczne imiona słowiańskie. Szkoda tylko, że odpuściła sobie ten etap, gdy nadawała imię głównej bohaterce...
Co do Mieczysławy, to nie jestem całkiem pewna, bo Słowianie nie tworzyli imion od nazw broni. Mieczysław to wymysł Długosza, który twierdził, że tak brzmiało pełne imię Mieszka. Mieczysława, siłą rzeczy, też w czasach, kiedy akcja opka się dzieje, jest mało prawdopodobna.

- Jesteś kapłanką? – spytała Stronisława.
- Musi być skoro tak wygląda – syknęła do niej Mieczysława.
Bo przecież każdy chłop ubrany na biało musi być kapłanem.
A jak ma widły, to pewnie Posejdon.

- Dajcie sobie spokój – odezwał się Witosław.
- Już mówić nie można we własnym domu – obruszyła się dziewczyna.
- Daj na wstrzymanie siostro – objął ją Gościwuj.
- Nie wiem czy słowo kapłanka dobrze mnie opisuje, ale zajmuję się podobnymi sprawami.
- A co cię tu sprowadza? Nie zrozum mnie źle, ale rzadko ktoś pojawia się w wiosce, zwłaszcza ktoś taki jak ty – Radosława spojrzała mi głęboko w oczy. Nie odwróciłam wzroku, wręcz przeciwnie, zmusiłam ją by to ona pierwsza go odwróciła.
Dlaczego każda ładna dziewczyna, która nie jest główną bohaterką i robi rzeczy inne niż zupełnie normalne z automatu staje się negatywną postacią? Niby nie jest to jeszcze powiedziane wprost, ale trudno myśleć inaczej, gdy główna bohaterka Radosławę albo nazywa dziwną (co jest śmieszne, bo to Dużyźń widzi duchy i ma fioletowe oczy), albo okazuje jej w pewien sposób wrogość.

- Jestem w podróży. Zamierzałam zatrzymać się tu na dzień lub dwa. Uzupełnić zapasy, odpocząć i może w czymś pomóc.
- Dwie pierwsze rzeczy zrobisz bez przeszkód, co do tej ostatniej to możesz mieć kłopoty. Nasza Radosława pozbyła się wszystkich złych duchów i rozprawiła się z marami nocnymi. Dzielnie chroni naszego domu.
Tylko podręcznika gramatyki nie ochroniła, złe duchy go podpierniczyły.
Chroni ich dom, ale pozostałych już nie?

To była prawda. Od dziewczyny biła silna aura, tak to najprościej nazwać. Na pewno jej energia życiowa była silna, ale nie na tyle by poradzić sobie z widmami.
Z widmami nie walczyło się aurą ani energią życiową, tylko składało się im ofiary, żeby dały święty spokój. Jeśli to już musi być coś na kształt wiedźmina, to można też powiedzieć, że czasem się jakiegoś zmutownego osiłka wynajęło. Energia życiowa plus mentalność średniowiecznej wsi średnio do siebie pasują.

Odgarnęłam włosy, a naszyjnik od babki odbił światło z paleniska. Spojrzeli na metalowy księżyc zaciekawieni, chciałam by go zobaczyli, nie chciałam by pytali.
  Na szczęście moja robota ograniczała się do powiedzenia dziewczynie co może, a czego nie. Najpierw musiałam dowiedzieć się z kont bankowych ma tą moc. Nic nie wskazywało na to by się z nią urodziła. Ale najpierw najprostsze, trzeba jej wytłumaczyć kogo może wyganiać, a kogo nie. Nie widziałam i nie wyczuwałam żadnych ubożeciów. Czułam tylko jej moc.
Kim lub czym są „ubożecie”? Dalecy krewni ubożęt?
I jakim prawem Dużyźń dyktuje innym, co im wolno?
Bo to Mary Sue.

- śliczny medalik.
- Dziękuję, dostałam ją (bo medalik była kobietą, tak jak Kopernik) od babki. Chroni mnie podczas nocnych podróży.
- Naprawdę podróżujesz w nocy? To nie bezpieczne.
- Nie z tym – dopchnęłam księżyca do Oriona, żeby zrobić miejsce ściśniętej Kasjopei.
- Musisz być ulubienicą Chorsa.
- Babka zawsze mówiła, że raczej Welsa – zaśmiałam się. Inni również, ale tylko Radosława zrozumiała o co mi chodzi.
RRRWA! Tak trudno napisać imię poprawnie? Chorosa i Welesa. O ile forma „Chors” jeszcze jako tako ujdzie, bo była gdzieniegdzie spotykana (rzadko, ale jednak), to za „Welsa” Weles powinien napuścić na nią stado bawołów. Poza tym to raczej dziwne, że osoby wychowane w słowiańskiej kulturze nie zrozumiały tej wypowiedzi.

  Siedziałam blisko kominka. Radosława zaoferowała mi nocleg, nie miałam nic przeciwko. Zostałam nawet miło powitana, chociaż mniej miłą informacją było to, że ten obleśny grubas jest z nią spokrewniony. Wszyscy już spali, tylko ja siedziałam i patrzyłam w dogasający ogień. Żadnego domowego demona, nie wiem jak sobie poradzą. Przecież taki demon to idealna ochrona domostwa! Nie wspominając, że i ognia ci pilnuje w nocy, nie od dziś wiadomo, że złe moce boją się światła.
Dzikie zwierzęta jak najbardziej boją się ognia. Złe moce mają na to wywalone.

Światło zawsze bije mrok, no ludzie! Mieszkanie w takim miejscu jest równoznaczne z samobójstwem. Z samego rana chciałam zrobić jej pogadankę.
Bo...? Tak, wiem, powtarzam się z tym pytaniem już któryś raz, ale niektórych scen nie da się skomentować inaczej. O co niby miała zamiar robić awanturę, że akurat nie mieli żadnego płodu do zakopania przed drzwiami? Poza tym żaden domowy demon nie pełnił funkcji psa obronnego, zaś domowika nie da się, nie wiem, adoptować ze schroniska „Daj Skarpetkę”. Musi przyjść sam.

  I taki mały psikus od losu w gratisie; zmory. W sumie nie tylko, pojawiły się przeróżne demony. Co jak co, ale my Słowianie mieliśmy niezłą demonologię. Jak myślicie co zwabiło je do wioski, odpowiedź jest bardzo prosta. Ja. Dobra, byłam jednym z powodów. Czułam jednak, że przybywają dosyć często w nocy. Domy nie były w końcu pilnowane.
Zmory przychodzą w nocy, bo domy nie były pilnowane? Na zmory to macierzanka i kozłek, a nie jakieś domowiki...

  Siedziałam i patrzyłam w okno. Zaczęły się jęki, piski, gwizdy. Jak ci ludzie mogą spać? Opatuliłam się kocem i wyszłam na zewnątrz. Wzmógł się wiatr. Spojrzałam na dom i wykonałam ruch dłonią w jego kierunku.
- ... opiece – wymamrotałam. – Amen.
  To co zrobiłam nie gwarantowało ich przetrwania, ale zawsze dawało jakieś szanse. Wiecie, to że prosicie swojego boga o pomoc czy wsparcie wcale nie znaczy, że takowe dostaniecie. Oni mają inne sprawy na głowie. Zajrzałam do konia. Stała i patrzyła na mnie wyczekująco.
- Zostajemy – powiedziałam i sięgnęłam do tobołka. Ten wredny koń zaczął się rzucać. – Przestań. To, że jest ich więcej niż zwykle jeszcze o niczym nie świadczy. Damy radę – złapałam jej grzywę i pociągnęłam. Tak, nie powinnam, ale tylko w ten sposób dało się ją uspokoić. No i nigdy nie ciągnęłam za mocno, tylko do naprężenia jej włosów. Czemu ja się tłumaczę, kiedy ja do was mówię ten koń od ładnych paru stuleci gryzie piach.
Dlaczego mam wrażenie, że bohaterka-narratorka nie tylko kompletnie nie szanuje nikogo ani niczego, ale ma też czytelników za bandę idiotów?

  W każdym razie zabrałam co musiałam i położyłam się na sianie. Zwinęłam się w kulkę. Ciągle coś mi wyło na zewnątrz. Jednak tak długo jak nie miało zamiaru czegoś mi zrobić nie zamierzałam działać.
  Obudziłam się przed kurami. Często mi się to zdarza w nowym miejscu. Po cichu wróciłam do domu i zajęłam swoje poprzednie miejsce. Zamknęłam oczy, coś mi nie pasowało. Czegoś brakowało. Coś było nie tak. Coś się musiało stać w nocy.
  Długo nie czekałam na wyjaśnienie tej sprawy, zapiał kogut, a zaraz po nim usłyszałam krzyk kobiety. Matka Radosławy darła się jak opętana. Czyli już wiadomo co się stało, ta idealna laleczka wyszła w środku nocy.
Bohaterska Mary Sue, od której być może zależy życie wielbionej przez wszystkich i prawie tak idealnej jak Mary, głupiutkiej blondyny: jest.
Po co wyszła? Dokąd? Dlaczego akurat tej nocy? Ja rozumiem, że Dużyźń musi w końcu zrobić coś bohaterskiego, ale w środku nocy nie wychodzi się bez powodu. Czy nasza Mary nie powinna o tym chociaż przez chwilkę pomyśleć?

Mogli ją też porwać. Wstałam i poszłam do nich. Jej matka płakała coś mówiła, przez łzy nie mogłam zrozumieć co.
- Trzeba po nią pójść – powiedziałam gdy tylko jęki na chwilę ustały.
- Wiesz gdzie jest!?
- Nie – wzruszyłam ramionami.
Tak się zachowujesz w czasie rozmowy ze zrozpaczoną matką, której córka zaginęła. Zapamiętajcie to dobrze. Nie pocieszacie, nie próbujecie jej uspokoić, tylko wzruszacie ramionami!

 – Daleko nie poszła. Jest zimno, a jej ciepłe ubrania zostały. Raczej nie będzie problemu z jej znalezieniem.
Zastanówmy się: jest luty lub początek marca. Wówczas zimy często bywały o wiele ostrzejsze i dłuższe niż obecnie, więc prawdopodobnie był mróz i leżał śnieg. Jakie więc szanse na przeżycie ma dziewczyna, która w środku nocy wyszła gdzieś w pole w cienkich ubraniach i nie wraca od kilku godzin? A jeśli ją odratują, jakie są szanse, że nie umrze z choroby lub zakażenia odmrożonych części ciała? To średniowiecze, nie ma szczepionek, przychodni ani SOR-ów.

- Musimy szybko ją znaleźć, zamarznie. Idę po ludzi – mężczyzna minął mnie. W sumie to nie pamiętam jak się nazywał. Patrzyłam na zapłakaną matkę jeszcze przez chwilę i poszłam do Ozdóbki.
- Znasz się na tym? – spytał Witosław.
- Tym się w końcu zajmuję.
- Nie wiem czy powinniśmy jej ufać, pojawiła się, a zaraz potem to się stało. Jaką mamy pewność, że to nie ona? – ktoś odezwał się w tłumie.
Wreszcie odrobina realizmu.

- Żadnej – zwróciłam się do tej osoby. Kontynuowałam. – Są dwa wyjścia, zabrali ją by zrobić z niej królową – oczywiście kłamałam. – Albo po to by ją zjeść. Nie wiem ile czasu mamy i nie wiem też co ją zabrało, ale jestem w stanie się tym zająć – tego nie byłam taka pewna. – Ruszajmy.
Dziewczyna gdzieś wyszła, a ta zakłada, że ktoś ją porwał. Nie wiadomo, kto, nie wiadomo, po co, ale robimy misję ratunkową i idziemy z widłami polować na strzygi, zamiast najpierw normalnie poszukać zaginionej w najbliższej okolicy.

  Poszli za mną ociężale, ale nie mieli innego wyjścia. Nie przeciągając, wbiliśmy w las, jechałam na koniu. Kilka innych osób też wzięło swoje kobyły. Byłam skupiona na wyszukiwaniu jakichkolwiek znaków, to nie było takie trudne. W lesie roiło się od duchów chcących wrócić do wioski. Prowadziły mnie do Radosławy. Chociaż jak tak o tym myślę, to ona mogła nazywać się zupełnie inaczej. Najlepiej pamiętam imiona swojej rodziny, ale to chyba naturalne. Właściwie to bardzo możliwe, że ci ludzie mogli w ogóle się tak nie nazywać. Nic z tym nie zrobię, minęło tyle lat, nie jestem w stanie spamiętać wszystkiego. Jedno mogę obiecać, imiona będę dobierać do epoki. Jak mi to będzie wychodzić, to zupełnie inna kwestia. Wracając do historii. Ci głupi ludzie się pogubili.
Ponieważ to normalne, że ludzie, którzy na co dzień orientują się w terenie dzięki pozycji słońca i spędzili większość swojego życia, mieszkając tuż obok wspomnianego lasu, zgubią się w nim już po kilku krokach.
I nasza wspaniała, nieomylna, genialna, niezwykła bohaterka nie może nie skorzystać z okazji do zwyzywania tychże ludzi.

Zostałam z kilkoma wieśniakami i oczywiście jednym z nich musiał być obleśny grubas. Dalsza droga z nimi nie miała sensu, a zaszliśmy już naprawę głęboko w las. Westchnęłam i przyjrzałam im się ukradkiem.
- No dobrze, ja, ty i on – wskazywałam na nich. – I oraz, a także jak również, ten dziwny grubas. Reszta może wracać, po drodze znajdźcie innych. Jesteśmy już blisko.
A puszystego pana zabrała ze sobą, ponieważ to będzie doskonała okazja, by pokazać mu, jak bardzo go nie lubi.
Dlaczego nie może nazwać tego człowieka inaczej niż oblech albo grubas? Po imieniu na przykład?

  Nawet się posłuchali, a grubas nie robił afery o to jak go nazwałam. Zsiadłam z klaczy i zostawiłam ją. Doskonale wiedziałam, że i tak do mnie wróci, ponieważ cierpi na syndrom sztokholmski. Szliśmy jeszcze kawałek aż las zakrył się mgłą. Megauciążliwąiniedającąniczobaczyć mgłą, nożem by ją można było kroić, a to i tak nic by nie dało. Kazałam im się zatrzymać. Rozległo się gwizdanie, a zaraz potem wycie. Zmory, uciążliwe, ale łatwe do pokonania. Przynajmniej nie porwały jej strzygi, a tak miała szansę jeszcze żyć.
Może i autorka wyszukała imiona słowiańskie. Może znalazła nazwy kilku demonów. Jednak czytać, czym są poszczególne demony oraz jak działają, już jej się chyba nie chciało.

- Gościu którego imienia nie pamiętam! – krzyknął jeden z mężczyzn. Krzyknął oczywiście imię. Dajmy na to – Witosław!
Rozumiem, że to miał być Element Komiczny. Wydaje się jednak bardziej żenujący niż śmieszny.
Jak wszystkie Elementy Komiczne w tym opku. W dodatku każdy kolejny jest głupszy od poprzedniego.

  Dotykaliśmy się plecami. Dzierżyłam w ręku sztylet. Nagle czyjeś ręce wystrzeliły do mojej twarzy, pojawiły się z nikąd, były blade i szponiaste. Zareagowałam szybko i przecięłam powietrze ostrzem. Usłyszałam śmiech. Potem krzyk. Zostałam sama z grubasem.
  Poczułam jego oddech na szyi, złapał mnie w pasie.
- Nie! – głową uderzyłam w jego nos i kopnęłam go w kolano. Puścił mnie. – Mogłam się domyśleć co się dzieje... - łapałam oddech.
Czy ja dobrze zrozumiałam, że facet urządził cały ten teatrzyk tylko po to, by puknąć główną bohaterkę?
To się nazywa poświęcenie dla sprawy.

  Grubas wystartował w moją stronę. Byłam szybsza, no i on był całkowicie odsłonięty. Załatwiłam go szybko, wbiłam mu sztylet w oko. Mgła gęstniała z każdą chwilą. Pochłaniała mnie zimna biel. Wyciągnęłam kamień z woreczka. Oczywiście ten od ognia został w obozowisku więc musiałam posłużyć się innym.
Dla mnie to takie oczywiste nie jest, ale co ja tam wiem... *kontynuuje zatracanie się w jakże pędzącej, trzymającej w napięciu akcji*

Mocno ścisnęłam go w dłoni, a wokół mnie pojawił się lekki wiatr. Mgła zaczęła się przerzedzać i podnosić. Długo nie było mi dane nacieszyć się tym faktem. Szponiaste dłonie znowu zaatakowały, żeby było mało to upuściłam kamień i mgła znowu zaczęła gęstnieć. Rzuciłam się na ziemię w jego poszukiwaniu. Po chwili szpony wbiły mi się w łydkę. Zawyłam. Demon mnie ciągnął. Rozpaczliwie ryłam palcami w ziemi. Nie mogłam dosięgnąć sztyletu. Sięgnęłam do pasa, na oślep wymacałam drugi woreczek. Był w nim mak, działało na trumny to i na zmorę powinno.
Nigdy nie słyszałam, by ktoś posypywał agresywne trumny makiem. Trumny zazwyczaj są łagodnie nastawione i nie buntują się, gdy ludzie je zakopują.

Nie miałam w tamtym momencie lepszych pomysłów. Rozsypałam mak, na nie wiele to pomogło, ale udało mi się przybliżyć do broni. Chwyciłam sztylet i wbiłam go w dłoń demona, przy okazji wbiłam go też w swoją nogę ale to mały szczegół. Podobnie jak stwór zawyłam z bólu.
W takim razie głównym poszkodowanym powinien być sztylet, ponieważ jeśli zadziałał na demona, musiał być srebrny. A srebro to dość miękki metal, który może nie wyjść cało w konfrontacji np. z kością.

  Leżałam na ziemi zastanawiając się co ze mną będzie. Jakoś doczołgałam się do kamienia i odpędziłam mgłę. Tego mi trzeba było, kilkanaście par oczu wpatrujących się w moją leżącą i wykrwawiającą się osobę. Odwiązałam krajkę i obwiązałam ją wokół rany. Demony tylko patrzyły. Niezdarnie wstałam, schowałam nóż.
- Możesz wyjść.
A to kto powiedział, do kogo i z jakiej okazji?
I dlaczego demony tylko stały i bezczynnie się gapiły?

  Stanęła przede mną Radosława, a raczej to co z niej zostało. Była opętana, w tedy opętanie wyglądało nieco inaczej. Nie tylko zachowanie człowieka się zmieniało, ale i jego wygląd. Demony też czegoś uczyły się przez stulecia. Najczęściej osoba opętana miała nienatyranie tylko na byczenie się długi uśmiech z którego wychodziły gęsiego ostre zęby. Ręce stawały się niesamowicie smukłe i stawały się dłuższe. Palce u dłoni również się wydłużały, pojawiały się również szpony. Tak też mniej więcej wyglądała Radosława.
Opis osoby opętanej strasznie mi przypomina przypadkową postać z wattpadowych okładek do creepy past, tak tylko mówię.

Jak już wcześniej wspomniałam, zakładamy, że to jej imię. Była ranna, to jej dłonie przebiłam sztyletem.
- Dlaczego? – nic. Cisza.
Zmory to duchy zmarłych, jednak to nie oznacza, że potrafią opętywać. Prędzej kikimora by tu pasowała – to wystarczająco wredna pinda, by móc zrobić coś takiego.

  Ruszyła w moją stronę, nie mogłam uciekać. Ledwo stałam. W tym momencie zaatakowały demony, tego mi tylko brakowało. Oczywiście moim pierwszym odruchem był krzyk i zasłonięcie twarzy, machałam rękoma by je odgonić. Machałam też sztyletem więc któregoś stwora na pewno zraniłam. Po jakieś chwili przypomniałam sobie, że mam kamień w ręku. Silny powiew powietrza przewrócił opętaną dziewczynę i odpędził demony.
Silny powiew powietrza kojarzy mi się z lekkim wietrzykiem. W takiej sytuacji Radosława musiała być jak listek na wietrze, skoro taki powiew ją przewrócił.

Mogłam złapać oddech i zaatakować ponownie. Stworzyłam mini trąbę powietrzną i rzuciłam Radosławą o drzewo. Atakowałam jak najlepiej potrafiłam, kamień wiatru miał jednak swoje granice. Postanowiłam załatwić ją tak jak załatwiłam grubasa. Sztyletem w oko. Musiałam zaczekać na odpowiedni moment. Dziewczyna biegła na mnie, była coraz bliżej, rzucenie go w nią nie miało sensu. Przybliżała się, jeszcze dwa metry. Przygotowałam broń, z łatwością wbiłam się w czaszkę.
Tą bronią była siekiera? Bo sztylet w czaszkę to tak średnio łatwo się wbija.
Zwłaszcza srebrny. Już to widzę.

  Siła rozpędu mnie przewróciła, trup oczywiście poleciał na mnie. Bo jak, że by inaczej (a na przykład zgodnie z zasadami ortografii). Zrzuciłam ją i łapałam oddech. Zastanawiałam się po co demonom była wioska. Aż tak nienawidziły ludzi?
Demony przeważnie miały korzyści z tego, że przebywają w pobliżu ludzi, więc naprawdę nie wiem, czemu się tu dziwić – takie zmory na przykład żywiły się ludzką krwią.

Moje pytania musiały poczekać. Ważniejszy był powrót. Teraz w głowie miałam dwa pytania, jak dotrę do Ozdóbki i co powiem jej matce.
Co matka Ozdóbki ma wspólnego z tą awanturą?
Trzeba nakablować, że jej córka nie rzuciła się do boju, by bronić Marysi.

  Na szczęście byłam na tyle mądra, że wzięłam zapasy przed wyruszeniem w dalszą podróż. Dzięki temu po dotarciu do konia byłam wstanie opatrzyć swoje rany.
W międzyczasie zdążyłam zapomnieć, jak rozwiązałam problem z przemieszczeniem się do Ozdóbki. Gdybym nie zapomniała, to przecież bym czytelnikom wyjaśniła, jak mi się to udało.
Wstała, przeszła kawałek, po czym ponownie zaczęła zwijać się z bólu.

 Ciała jakimś cudem pojawiły się przed wioską, więc moja historia wydała im (tym ciałom?) się w miarę prawdziwa. Ciało dziewczyny jeszcze nie wróciło do pierwotnej formy. Trudno dokonać egzorcyzmu na pogańskim demonie. Najłatwiej i najbezpieczniej jest zabić nosiciela, w tedy ginie też demon. Po jakimś czasie ciało powraca do swojego pierwotnego wyglądu. A wracając do ludzi z wioski, nie polubili mnie. A to dziwacy. Przecież powinni ją wielbić — w końcu Dużyźń wyzwoliła ich od złej, pustej, głupiej blondyny. Nie miałam jednak problemów z odejściem. Ci nie rzucali kamieniami.
Pewnie stwierdzili, że lepiej jej nie wkurzać, bo jeszcze wróci. A Geralt akurat na urlopie...

Rozdział 5 - Normalne sprawy

 Noga goiła się nieźle, a ja musiałam znaleźć jakiś zastępczy ognisty kamień. Nie miałam jednak pojęcia gdzie go znaleźć.
Sugeruję rozejrzenie się za jakimś wulkanem.
Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego, ale niesamowicie śmieszy mnie to, że dziewczyna nie zna słowa „krzemień”.

 Chciałam poczekać aż śnieg stopnieje do końca, łatwiej było w tedy szukać kamieni przy jeziorach i rzekach.
Ogniste kamienie leżą nad wodą? Na magii znam się słabo, ale na logice całkiem nieźle i trochę mi się jedno z drugim gryzie.
Może to jest myślenie spod znaku „w wodzie są kamienie, więc tam może być ten, którego szukam”. Ewentualnie „wezmę pierwszy z brzegu kamień, bo każdym da się rozpalić ogień”.

 Dobrze powiedziane, chciałam. Kamienie znalazłam w tobołku od babci. Na początku niby nic, mały woreczek z kamykami. Uznałam, że są one do rozpalania ogniska, szybko jednak odkryłam, że mogą dużo więcej. Na pierwszy rzut oka wyglądają niepozornie i praktycznie wyglądają identycznie. Ale każdy z kamieni posiada inny odcień szarości oraz władał innym żywiołem. Może ich moce nie były jakieś ogromne, ale dawałam radę. Moja zajebistość jakoś szczególnie nie ucierpiała od używania czegoś, co nie było szczególnie potężne. Na każdym kamieniu był również wyryty symbol, było go jednak bardzo trudno zobaczyć. Łatwiej było go wyczuć. Obecnie jestem w stanie na pierwszy rzut oka stwierdzić czy jakiś kamień posiada „zdolności" czy też nie, ale jak to często bywa, na początku miałam małe problemy.
Przez nogę nie byłam w stanie podróżować z taką częstotliwością jak wcześniej. Zbyt długa jazda powodowała uciążliwy ból. Musiałam skupić się na znalezieniu jakiejś czarownicy lub znachorki.
W tym przypadku bardziej radziłabym poszukać wiedźmy, bo czarownica nic pożytecznego z tą nogą nie zrobi, ale co ja tam wiem...

Potem były kamień ognia.
Były kamień się rozpadł i obecnie jest piaskiem.

 Trzeciej rzeczy do zrobienia nie miałam. Tak więc powoli starałam dotrzeć do jakiejś wioski.
Nie pamiętam ile czasu minęło zanim znalazłam chatkę na niewielkiej polanie. Nie wyglądała jak chata wiedźmy czy czarownicy, ale była podejrzana. Chata w środku lasu, coś poszło nie tak.
Ekipa budowlana nie wcelowała w działkę.

 Postanowiłam poczekać aż coś zacznie się dziać. Z tym, że nie działo się nic.
Cóż za złośliwość losu.

 Wiedziałam, że ktoś jest w środku, ale nie widziałam kto, nie miałam bowiem przy sobie aparatu rentgenowskiego, a ostrożne podejście do okna i rzut oka na wnętrze domu zwyczajnie nie przyszły mi do głowy. Siedziałam i gapiłam się w drzwi z ładnych kilka godzin. Nie wyczuwałam nic dziwnego czy strasznego. Z ociąganiem zdecydowałam się podejść do domku.
Naprawdę ma nieco upośledzoną zdolność kojarzenia, skoro stała tak przez kilka godzin i tylko się gapiła.

Otworzyła mi wysoka kobieta w zielonych szatach. Miała długi jasny warkocz i miło się uśmiechała. Nie wydawała się zdziwiona moim widokiem. Nie wiedziałam czy jest czarownicą, ale na pierwszy rzut oka można było powiedzieć , że zna się na zielarstwie, ponieważ była ubrana na zielono.
- Umm... Dzień dobry... Pomożesz mi? – nie bardzo wiedziałam co mam powiedzieć.
Podejrzewam, że wszyscy pozostali bohaterowie oraz czytelnicy mają nadzieję na głośne, szydercze „nie” i trzaśnięcie drzwiami przed nosem Dużyźni.

- Wejdź do środka – wpuściła mnie do środka.
Chatka jak chatka. Po środku stał nieduży stół, po jego lewej znajdowało się łóżko, a po drugiej stronie kuchnia. Na ścianach wisiały liczne zioła, niektóre były ususzone, inne jeszcze świeże. Bajki dużo się nie mylą jeśli chodzi o wystrój domku białej czarownicy. Ale takiej bajki o „Jasiu i Małgosi" nie kupuję dalej.
Może dlatego, że to baśń Braci Grimm spisana w XIX wieku, w której Baba Jaga z folkloru słowiańskiego została wpleciona w legendę germańską.

- Okropna rana – powiedziała, gdy tylko usiadłam. – Demon śmierci. Hmmm.... Coś tu miałam.... – mówiła do siebie.
To, że słowo „mara” oznacza śmierć, nie znaczy, że zmora była demonem śmierci. Owszem, czasem zabijała, ale zdarzało się to raczej rzadko.
A skąd w ogóle ta kobieta wie, że rana to robota demona, a nie psa, albo skutek wypadku?

Po chwili byłam już obłożona przeróżnymi ziołowymi papkami. – Widzę też liczne zadrapania i ugryzienia. Weszłaś w ich gniazdo?
- Raczej próbowałam – zacięłam się. – Po prostu pracowałam.
- Pracowałaś – bardziej stwierdziła niż pytała. – Już po samym twoim wyglądzie łatwo powiedzieć, że jesteś kapłanką. Pytanie brzmi co kapłanka robi tak daleko od jakiejkolwiek świątyni.
Główny problem polega na tym, że Słowianie raczej nie budowali świątyń. Nic więc dziwnego, że w żadnej nie siedziała. Już pomijam to, że nic w jej wyglądzie nie wskazywało na to, że może być kapłanką.

- Pracuje – uśmiechnęłam się. – Wiesz jak daleko jest najbliższa wioska?
- Niecałą godzinę drogi stąd.
Gdy byłam już gotowa do drogi znachorka wręczyła mi jakieś zioła i wskazała drogę do wioski. Podziękowałam i odjechałam. Noga dalej bolała, ale dużo mniej. Nawet szybko dotarłam do wioski. W przeciwieństwie do poprzedniej ta była ponura. Ludzie chodzili wolno, rozglądali się jak by się czegoś bali. Nawet mnie to ucieszyło. Nieźle zarobię.
Ja rozumiem, że jej to na rękę, bo z tego się utrzymuje, ale pragnę przypomnieć, że gdy jej wioskę zaatakowano, to zbyt zachwycona nie była i powinna umieć się wczuć w sytuację tych ludzi.

Robota była prosta. Wioskę nawiedzały demony, choroby i plagi. Według chłopów miała to być robota wiedźmy lub klątwy.
Wiedźmy można nazwać poniekąd znachorkami, więc odpada, bo wszelkie czary są poza ich możliwościami. Klątwa? Skąd? Jeśli już, to ktoś wkurzył miejscowego leszego, więc wystarczy małą ofiarę złożyć i po kłopocie. A demony – wyjaśniłam już wcześniej, czemu przyłażą. Czy ona na pewno podróżuje po ziemiach słowiańskich? Bo na razie zbyt wiele związku ze słowiańską kulturą tu nie ma, a ta wcześniejsza pseudozmora chyba była tam na wczasach.

W takich sprawach odprawiałam rytuał, on właściwie nic nie dawał, był na pokaz. Ale publika to lubiła i dawała im (ludziom? demonom?) poczucie bezpieczeństwa. Tak naprawdę wystarczyło mi zwykle kilka rozmów z domownikiem. One zwykle wiedziały kto to robi, nie miały jednak wystarczająco dużo mocy by taką osobę pokonać.
Czyli ludzie niczego nie potrafili określić, ale gdy wchodzili do domu, to nagle już wiedzieli? Bo domownik to mieszkaniec domu. Człowiek. Demonami były domowiki.

Po pokrzepiającej mowie kazałam przygotować sobie kilka rzeczy. Ognisko z gałęzi dębu, za każdym razem wybierałam inne drzewo. Jak już wspomniałam to miało być tylko przedstawienie. Do tego potrzebowałam stołu, miski z wodą, stwierdziłam, że skoro dostałam zioła od znachorki to trochę ich wykorzystam.
Wcale nie dostałaś ich po to, żeby noga dobrze ci się goiła...

Dostałam ich naprawdę dużo, a przedstawienie rządzi się własnymi prawami, więc...
Wcale nie dała ci ich aż tyle, bo rana jest paskudna i głęboka...

Gdy ludzie zaczęli załatwiać to o co prosiłam przeszłam się po domach.
Naprawdę nieogarnięci ci wieśniacy. Zazwyczaj taki lud zna zwyczaje i wie, jak przekupić demona, więc takiego czegoś na bank by nie kupili.

Każdy mi narzekał, a to mu z bydła krew wypito, a to komuś dziecko porwano, albo, że kogoś w nocy nawiedza.
Leszy jak nic.

Sprawcą miała być oczywiście wiedźma, która rzuciła na wioskę klątwę. Bardziej od tego co mówili mi ludzie interesowało mnie co do powiedzenia ma domownik.
Dokładnie to samo co ludzie, bo jest jednym z nich...

Po czterech rozmowach z domowym demonem miałam już zarys sytuacji. Jednak dalej nie wiedziałam po co wiedźma zawraca sobie głowę jakąś podrzędną wioską. Od kolejna niewiadoma jak w poprzednim zadaniu.
Jak dla mnie niewiadomą są realia, w których znajduje się to opko. Autorka może próbowała robić coś na kształt researchu, jednak był zrobiony ewidentnie po łebkach, przez co mamy takie kwiatki jak demon-domownik, ubożecie czy zmory opętujące ludzi.

Poszło o to, że kilka lat temu stwierdzono, że jedna z kobiet w wiosce jest wiedźmą i postanowiono ją zabić.
Wiedźmy akurat były dość lubiane przez wieśniaków, bo pomagały ludziom, umiały leczyć i znały sposoby na pozbycie się demonów. Stąd nazwa — „wiedźma” to kobieta, która bardzo dużo wie. Dopiero chrześcijaństwo zrównało wiedźmę z czarownicą i nadało im status złych, niemalże demonicznych istot.

Jako, że było kilka osób, które jej ufały mogła uciec. Z jakiegoś jednak powodu nie odeszła tylko zbudowała sobie domek gdzieś w lesie. Kobieta zakochała się i to z wzajemnością.
No to w końcu „jakiś” tajemniczy powód czy ten konkretny?˜˜

Nie chciała odejść bez ukochanego, jego odejście jednak było by z byt podejrzane czy coś w ten deseń. W każdym razie spotykali się potajemnie w lesie.
I oczywiście nikt tego nie zauważył, bo ludzie są ślepi, głusi i ogólnie to kretyni.

Oczywiście ten facet był dobrą partią w wiosce i było sporo innych dziewczyn, które się w nim podkochiwały. Czas płyną i w końcu postanowiono, że mężczyzna weźmie ślub. Został do tego zmuszony (przez kogo i w jaki sposób?), a jego kochanka nie mogła nic zrobić. Obiecał jej jednak, że dalej będzie ją odwiedzać. Po jakimś czasie jego żonie wydało się dziwne to, że tak często chodzi do lasu i znika na kilka godzin. Wcześniej tych wycieczek cała wieś nie zauważyła. Pewnego dnia zaczęła go śledzić i tak odkryła jego sekret. Żył on sobie przez te kilkanaście godzin ze swoją kochanką, mieli nawet dzieci.
Kilkanaście? Tyle osiągnąłby już w czasie dwóch-trzech wizyt, jeśli znikał tam na parę godzin. A żona niby nie zorientowała się od razu... Kłopoty ze zorganizowaniem czasu zdarzeń?
Żyli razem tylko kilkanaście godzin i już mieli dzieci... Szacunek. Normalnej parze zajmuje to nieco więcej czasu.

Cała ta sytuacja złamała jej serce. Wróciła do domu, a gdy tylko zobaczyła męża powiedziała mu, że zna jego tajemnicę. Kazała mu zrezygnować z kochanki, inaczej powie w wiosce jak ją zdradza.
Co raczej na nikim nie zrobiłoby wrażenia, bo to niemożliwe, że nikt nie zauważył.

Nie zgodził się, dopiero gdy zauważył jak jego żona próbuje się zabić powiedział jej, że zerwie z kochanką. Poprosił jednak o ostatnie spotkanie z nią by się pożegnać. Mężczyzna jednak nie zamierzał zrezygnować z kochanki. Wyjaśnił jej tylko, że będą musieli spotykać się nieco rzadziej i będą musieli bardziej uważać podczas spotkań. Przez pewien czas wszystko było w porządku. Oczywiście żona postanowiła sprawdzić wierność męża. Wysłała męża po drewno do lasu i zaczęła go śledzić. On niczego nie podejrzewał. Narąbał drewna, ale zamiast wracać do domu udał się do kochanki. Gdy żona nakryła go na gorącym uczynku w ataku furii zabiła go. Zorientowawszy się co zrobiła uciekła do domu. Nie mogła żyć ze świadomością swojego czynu. Zabiła się. Odnaleziono przy niej lis, w którym wszystko opisała.
Lis trzymał w pysku kawał pergaminu zapisany po łacinie, bo takie właśnie środki miał wtedy do dyspozycji ktoś, kto chciał się porozumieć z otoczeniem na piśmie. Pod warunkiem, że a) miał dostęp do bardzo drogiego pergaminu, b) znał łacinę, c) umiał pisać. Wszystkie te warunki jednocześnie w średniowieczu – i to dopiero w jego drugiej połowie – na ziemiach polskich spełniali tylko duchowni chrześcijańscy. 
Co oznacza, że albo samobójczyni była mniszką (tylko że wtedy nie wyszłaby za mąż), albo skorzystała z pomocy jakiegoś zakonnika. Z tym, że mało prawdopodobne jest, żeby zakonnik nie zareagował na wiadomość o zabójstwie i planowanym samobójstwie. Który to już kolejny wątek do potłuczenia o kant z powodu braku podstawowej wiedzy u auuutorki? 
Pozostaje jeszcze kwestia, skąd ta historia była znana. Wieśniacy listu na pewno nie przeczytali, bo zwykły chłop ani pisać, ani czytać nie umie. Co prawda nie ma żadnych przekazów o tym, czy domowiki były piśmienne, jednak szczerze wątpię, by znały literki.

Mieszkańcy postanowili zabić wiedźmę. Spalili ją w domu. Ciał dzieci nie odnaleziono, wszyscy sądzili, że uciekły.
Podsumowując, wszystko złe co się teraz dzieje odpowiedzialny jest duch wiedźmy pragnący zemsty.
Czyli nie wiedźma, tylko demon, w którego się zmieniła. Chyba autorka nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, że w słowiańskim folklorze duchy „działały” trochę inaczej niż w amerykańskich horrorach. Czyli były dwa upiory (jako że dwoje zmarło śmiercią tragiczną) oraz latawica, w którą przeistoczyła się samobójczyni. A że wieśniacy wywołali duży ogień w lesie, podpalając chatkę, nic dziwnego, że leszy też się wkurzył.

Według mnie to były raczej dzieci, ale nie miałam dowodów, że to akurat one. Właściwie to nie miałam pojęcia kto to robi, ale czułam, że powinnam była wrócić do znachorki. Z jakiegoś powodu czułam, że jest w to zamieszana.
Zauważyliście, że Dużyźń próbuje tutaj pełnić rolę takiego wróżbity Macieja? Co parę akapitów na jakieś przeczucia, jest pewna czegoś, na co nic nie wskazuje i – bo tak każe Imperatyw – wszystkie jej magiczne przeczucia się sprawdzają. Jak zgaduję, tak będzie i tym razem.
To wszystko ten dar, z którym się urodziła, i fioletowe oczy.

Gdy nadeszła pora zajęłam się pseudo rytuałem. Za każdym razem robię coś innego, w tedy było dużo ognia, lodu i śpiewu, byłam albowiem świeżo po lekturze George'a Martina, tytuł mi się spodobał. W każdym razie ludzie uwierzyli, a ja mogłam zająć się prawdziwą robotą. Ponieważ przeczucie mówiło mi, że powinnam wrócić do znachorki, tak też zrobiłam. Po co miałabym kłócić się sama ze sobą.
Ja raczej radziłabym najpierw usiąść i zastanowić się nad sytuacją zamiast bez żadnego punktu zaczepienia brodzić na ślepo. Chyba że Dużyźń wie, że Imperatyw nad nią czuwa.
Skoro już traktować ludzi jak idiotów i ich oszukiwać rytuałami na pokaz, to może lepiej najpierw zająć się prawdziwą robotą, a dopiero potem odstawiać te cyrki? Tak tylko sugeruję, wcale się nie obrażę, jeśli któryś z tych demonów teraz wyleci, zabije jednego mieszkańca, a pozostali rzucą się na Dużyźń z widłami, jak na porządny wściekły tłum przystało.

Lesie było ciemniej i to wcale nie dlatego, że zbliżał się wieczór. Było tak nienaturalnie. Dzielnie jednak szłam do przodu, nie mogłam znaleźć drogi, którą dojechałam do wioski. Przez całą drogę zastanawiałam się czy znachorka jest córką czy matką. Chociaż nie miało to znaczenia. Wystarczyło mi widzieć czy to ona zsyła na wioskę plagi czy też nie.
Jeśli była młoda, nie mogła być matką tamtej kobiety. Wiedźmy to nie są jakieś nadprzyrodzone stworzenia i starzeją się normalnie.

Doszłam do chatki. Nie była na polanie i nie była cała. Doszłam do chatki z opowieści, leżały przeceną -70% bardzo, stare spalone kłody. Odwróciłam się, w końcu trzeba iść dalej. Nagle strzała wbiła się w drzewo za mną. Prawie przecięła mi policzek. Dobyłam sztyletu. Nie widziałam kto do mnie strzelił, ale był niedaleko. Czemu zawsze ktoś musi mi przeszkadzać!
Podejrzewam, iż to dlatego, że jesteś główną bohaterką opka. Nie przejmuj się, nam też się to nie podoba.

 Przywarłam plecami do drzewa. Przeciwnik był gdzieś przede mną. Usłyszałam świst. W ostatniej chwili uchyliłam się przed strzałą. Zobaczyłam napastnika i zgięta pobiegłam w jego stronę. Wystrzelił jeszcze raz, ale i tym razem uniknęłam strzały. Cięłam. Nóż utknął w jego łuku, ale rozpędem wyrwałam go drugą ręką. Zablokowałam uderzenie łukiem. Zraniłam go w ramię, a on uderzył mnie w brzuch. Nie widziałam jego twarzy, zakrywał ją zielony kaptur. Widziałam tylko gęstą brodę. Generalnie ubrany był w barwy maskujące.
Podstarzały Legolas na emigracji?
Przybył wypełnić swą ostatnią, najsłuszniejszą misję. Pozbyć się jednej z najbardziej wnerwiających Mary Sue w opkolandii.

Wyciągnął nóż. Mierzyliśmy się chwilę wzrokiem, no ja to raczej patrzyłam w ciemność nad brodą. Zaatakowaliśmy w tym samym momencie. Potyczka nie trwała długo. Dosyć szybko zostałam powalona. Straciłam też nóż. Ale nieźle mi szło. Wiecie, początki nigdy nie są łatwe.
Niełatwe początki w tej dziedzinie można też określić mianem selekcji naturalnej najsłabszych osobników.

Chciał wbić mi nuż w pierś, ale złapałam ostrze. Nie polecam. Okropnie boli, do tego prawie straciłam palce. Na szczęście udało mi się go jakoś kopnąć w tyłek.
Jak go kopnęłaś w tyłek, skoro staliście do siebie przodem?
Zrobiła jak John Cleese w „Ministerstwie głupich kroków”.



Nóż zranił mnie w czoło, a mężczyzna stracił równowagę. Podniosłam się, stanęłam mu na dłoni. Próbował dosięgnąć noża.
- Kim jesteś? Czemu próbujesz mnie zabić?
Nic nie odpowiedział, pchnął mnie i znów wylądowałam na ziemi. Rana po marach zaczęła krwawić. Do tego krew zaczęła ściekać mi po nosie.
- To przez ciebie – zaczął, niestety jego wypowiedź została przerwana przez uderzenie o drzewo. To nie byłam ja.
Ktoś mnie podniósł od tyłu, a przed sobą miałam plecy. Czarne włosy, wesoły głos pytający czy nic mi nie jest. Dokładnie tak. Uratowali mnie Alexander i Michael.
Przystojni mężczyźni ratujący bohaterkę z opresji: są.

W sumie nie zamierzałam się w tamtej chwili kłócić. Niech robią swoje.
Stałam tak po między nimi, aż zobaczyłam swój sztylet w trawie. Oczywiście musiał leżeć niedaleko mężczyzny. Ten jednak go nie zauważył. Zamiast tego powoli zaczął się podnoście. Tak to przynajmniej wyglądało. Alexander zaczął do niego podchodzić, wyciągał już rękę by go złapać.
- Przez ciebie odeszła! – ryknął i rzucił się na Alexandra. Przybrał przy tym wilczą postać.
Skoczył na niego, po czym ruszył prosto na mnie. Rozmyślił się w połowie skoku. Michael zatrzymał go. Zaczęli się siłować. Po chwili osłupienia ruszyłam się w stronę sztyletu. Totalnie zapomniałam o nodze. Kiedy przebiegałam obok nich wilk wyswobodził się z uścisku Michaela i próbował ugryźć mnie w rękę. Udało mu się jednak tylko złapać moje ubranie. W tym momencie czarnowłosy kopnął go w pysk, ja krzyknęłam i upadłam. Trzeci raz w ciągu jednego dnia. Gratulacje dla tej pani.
Oto jak skutecznie zaprzepaścić to, co pozostało z wartkiej akcji.

Jakoś dotarłam do swojej broni. Teraz zauważyłam ile leśnych stworzeń nas obserwuje. Prosiły mnie bym nie pozwoliła zabić wilka. Będąc szczerą do tej pory nie wiem kto w końcu był ten dobry. Szczerość i wiedza, jak wiadomo, wykluczają się wzajemnie. Ale skoro proszą o to leśne stworzenia, to trzeba się posłuchać.
- Przestańcie! – skoczyłam po między nimi. – Ty też – odwróciłam się do wilka, który właśnie chciał mnie ugryźć. – Wystarczy.
Mężczyzna wrócił do swojej pierwotnej postaci. Oczywiście nagi. Cała czerwona na twarzy kazałam mu się ubrać. Cała złość jak by z niego wyparowała.
Koleś próbuje ją zabić, w dodatku jest wilkołakiem. Nie wiedziałam, że w takiej sytuacji wystarczy go ładnie poprosić, by przestał.
I jeszcze natychmiast się uspokoił i stał potulny jak baranek. Dlaczego prawdziwe życie nie może być takie proste?

Nawet się do nas słowem nie odezwał, zabrał swoje rzeczy i zniknął między drzewami. Tyle było z moich odpowiedzi.
Stałam tak i patrzyłam w miejsce gdzie jeszcze stał mężczyzna gdy nagle poczułam jak ktoś mnie podnosi. W jednej chwili znalazłam się w ramionach Michaela.
- Postaw mnie! Znowu zamierzacie mnie zabić!
Więc to jest ten zamordowany? Wilkołaki nie są demonami, tylko przeklętymi żywymi ludźmi, więc opcja, że już raz go zabito, zdecydowanie tu odpada.

- Dziwne, że jeszcze możesz chodzić – odpowiedział. Całkowicie zbiło mnie to z tropu.
- Jestem wdzięczna za pomoc, ale chyba sama dalej sobie poradzę – próbowałam się jakoś wyrwać.
Cały czas nic tylko sobie zarąbiście radzisz.

Po chwili jednak przestałam, nie chciałam czwarty raz upaść na ziemię. – Czego chcecie?
- Pomóc – odezwał się tym razem Alexander.
- Nie wierzę wam.
Ale dlaczego? Fakt, raz zrobili coś dziwnego i podejrzanego, ale przed chwilą cię uratowali. Proponuję chociaż rozważyć za i przeciw, zanim stwierdzisz, że im nie wierzysz.

- Spróbuj – mrukną blondyn. – Gdzie twoje rzeczy?
- A co?
- Tak tylko pomyślałem, że możemy spędzić razem dużo czasu.

Rozdział 6 - Będę Cię chronić

Padało, na szczęście udało nam się znaleźć jakiś składzik. W środku była łódka i inne przyrządy wędkarskie. Ktoś tu chyba produkował łódki. Nie wybrzydzaliśmy. Oh, tak. My. Minęło naprawdę sporo czasu od wydarzeń z wilkiem.
Patrząc na ten fragment, pomyślałam, że może coś źle skopiowałam... ale nie. Poprzedni wątek został urwany w połowie i niedokończony, a autorka już o nim zapomniała.
Wcale nie zapomniała! Przecież każdy się domyślił, że oni chcą jej pomóc w tym tamtym no! I w wypełnianiu przeznaczenia oczywiście też! Po co pisać coś oczywistego, pff!

Powiedziałabym, że z kilka miesięcy, ale pewna nie jestem. Wiem za to, że jest wiosna, a dwie największe przylepy na świecie siedzą naprzeciwko mnie oparte o ścianę.
Minęło kilka miesięcy, jest wiosna. Musiał więc minąć rok lub kilka tygodni, ponieważ, podliczając ogólny czas akcji, spotkanie z wilkołakiem musiało mieć miejsce niedługo przed przesileniem wiosennym.

Było zimno. Miałam dość tego, że wszędzie za mną łażą. Chciałam ich zgubić, myślałam kilka razy, że mi się udało, ale nie. Zawsze ostatecznie mnie znajdowali. Ostatecznie wyszło tak, że się poddałam. Jak tak bardzo chcą to niech sobie za mną łażą. Szkoda tylko, że nie wiem dlaczego. Do tej pory nie wiem, a minęło na prawdę wiele czasu.
Czyżby znów nie ogarnęła, że wystarczy zapytać?

Z tych milszych wiadomości to powiem wam, że odzyskałam ognisty kamień. Przynieśli mi go. Ze smutnych wiadomości niestety Ozdóbka postanowiła mnie zostawić. Podjęła swoją decyzję. Pewnego dnia po prostu spojrzała na mnie tymi pełnymi pogardy oczami, a ja już wiedziałam, że chce odejść.
Ja się jej nie dziwię, też bym długo z tobą nie wytrzymała...

Nie robiłam jej problemów z tego powodu. Zostawiła mnie ponieważ jej zadaniem było zaprowadzić mnie do chłopaków. Okropny koń.
Wait... Koń po prostu się obraził i poszedł gdzieś w las, mówiąc „radź sobie sama”? Chociaż w sumie Dużyźń mogła zinterpretować tak dowolne zachowanie Ozdóbki i zostawiła biedaczynę gdzieś w dziczy.
A mnie coś zastanawia. Do tej pory myślałam, że Dużyźń nie lubi tego konia, a tu nagle jego odejście jest smutną wiadomością. Potem nasza bohaterka nazywa Ozdóbkę okropnym koniem, żeby chwilę później stwierdzić, że w gruncie rzeczy nie bardzo ma jej to za złe, bo zwierzę wypełniło swoje zadanie. Gdzie tu logika?

A wiecie dlaczego akurat do nich. Bo są połączeni z moim przeznaczeniem. No dobre sobie. Mam już dość tego całego przeznaczenia. Jak dobrze, że w tych czasach człowiek może decydować o swoim losie. W tedy o wszystkim decydowało przeznaczenie.
Dola się przekwalifikowała i teraz siedzi na kasie w Lidlu?
Ech, ten dzisiejszy rynek pracy — zawód trzeba zmieniać co kilka lat.

Masakra jakaś. Chciałeś być pasterzem, no przykro mi przeznaczenie chce byś polował. Jak to robi, wilk zjada ci owce, a ty w akcie zemsty zabijasz wilka. I tak zaczyna się twoja przygoda z łowiectwem. No rzesza niemiecka kurde!
Pastuch, który zabił wilka atakującego jego owce musi z tego powodu na resztę życia zostać myśliwym?
I jakby jeszcze ktoś wyjaśnił sens zemsty na zwierzęciu, które nie jest w stanie pojąć, dlaczego ten gość z łukiem się na niego uwziął.

Wzdychałam już po raz setny tej nocy. Wiem, że tylko udawali, że śpią. Zawsze to robili.
Czyli nigdy nie spali?

Ja nawet nie myślałam o udawaniu w tamtej chwili. Nie mogłam zasnąć, nie pamiętam już dlaczego. Może to przez pogodę, ale pewna nie jestem. Problemy ze snem mam jednak po dziś dzień.
Ostatecznie sięgnęłam po coś do jedzenia. Łapałam na oślep i wylosowałam ser. Gdy właśnie miałam go ugryźć rozległo się pukanie. Zmarszczyłam brwi, to równie dobrze mogło mi się wydawać. Alexander i Michael nie reagowali więc to zignorowałam. Znów chciałam ugryźć ser, ale pukanie skutecznie mi przeszkodziło.
Jak dźwięk może przeszkadzać w jedzeniu?
Jeśli ktoś walił pięścią w ser, który próbowała zjeść, mogło to być kłopotliwe.

Jeśli ktoś w środku nocy puka to nie otwieraj. Chyba, że wcześniej zadzwonił i powiedział, że przyjdzie. Zwłaszcza w okolicach IX-X wieku. Pewnie jakieś demony robiły sobie żarty. Starałam się jeść i nie zwracać uwagi na pukanie, ale nie potrafiłam. Stawało się ono coraz głośniejsze, do tego zaczęły się jęki, gwizdy i krzyki. Aha, zapomniałam dodać, na dworze szalała burza. Więc do tych okropnych akompaniamentów dołączyły błyski i grzmoty.
Tak oto właśnie nie buduje się klimatu grozy.

Jęknęłam. Jak tu można spać przy takich hałasach. Otóż nie można. Przynajmniej ja nie mogłam, dalej nie mogę spać jak jest głośno. Wstałam by rozprostować nogi i zaczęłam przechadzać się po warsztacie. Trzymałam się z dala od okien i drzwi. Starałam się nie patrzeć w ich stronę. Do hałasu doszedł nowy dźwięk, głos, który prosił o wpuszczenie. Miałam już tego po dziurki w nosie. Gwałtownie odwróciłam się do drzwi z zamiarem wyrzucenia z siebie złości. Jednak mój wzrok zatrzymał się na oknie. Niebo przeszyła błyskawica, a ja ujrzałam bladą, wydłużoną twarz ze strasznym grymasem. Tym razem nie zniknęła po chwili, ta była (byłe mają to do siebie, że niechętnie znikają) i wlepiała we mnie wściekły wzrok. Zamurowało mnie.
Po chwili zaczęłam się drzeć.
W poprzednich rozdziałach Dużyźń była kreowana na odważną, niezależną, typową bad girl (albo bad grill, jak kto woli) i nigdzie nie wspomniano o tej zjawie, która, jak się za chwilę dowiemy, prześladuje ją latami (znaczy się, było wspomnienie na samym początku chyba, ale krótkie i chaotyczne. Poza tym, nie wspomniano o tym, że to coś ją prześladuje i przeraża). Do wszelkich zjaw podobno jest przyzwyczajona, więc bardziej na miejscu byłoby zirytowanie, a nie skrajne przerażenie...
Ale czemu ja się tu doszukuję sensu?

Mężczyźni poderwali się. Dopadłam Alexandra, był najbliżej. Cały czas krzyczałam. Wskazałam na okno. Nie wydawali się go widzieć.
- Co ty wyprawiasz! Zamknij się! – krzyczał Alexander.
- Nie widzicie go! On tam jest!
- Jest na zewnątrz, nie wejdzie do środka.
- Czyli go widzicie?
- Powiedzmy.
- Powinniśmy się tym zająć – wtrącił się Michael. – Przecież widzisz, że chce jej śmierci.
- A dlaczego ma nas to obchodzić. Potrafi sama je zwalczać.
- Skoro od tylu lat za nią chodzi, znaczy, że nie potrafi. No i podróżujemy razem, więc.
„Więc” jest bardzo przekonującym argumentem.

- Niech ci będzie.
- O czym wy mówicie? Kto chce mnie zabić.
- Nie wiesz. Właśnie dlatego pyta, że nie wie. Właściwie to nie pyta, bo na końcu zdania jest postawiona kropka. No on – blondyn wskazał okno.
- Dalej nie wiem o czym mówicie.
- Omówimy to później.
Wyszli na deszcz. Ja zostałam w środku. Wszystkie dźwięki jak by ucichły, łącznie z burzą. Ich rozmowa mnie niepokoiła. Wszystko jednak w końcu mi wyjaśnili, ale nie od razu. Wspominałam już jakie z nich dupki? Nagle coś wleciało przez ścianę robiąc ogromną dziurę. Wszystkie dźwięki zalały mnie niczym fala. Tym czymś co rozwaliło ścianę okazał się Michael.
Rada na przyszłość — albo budujesz napięcie i klimat grozy, albo wprowadzasz elementy komiczne. Połączenie tego wychodzi, delikatnie mówiąc, żałośnie.

Pomogłam mu wstać. Wyglądając przez dziurę nikogo nie widziałam.
- Chodź do mnie! Już po sprawie! – krzyczał Alexander.
- Nie słuchaj go! Zostań! – to również był jego głos.
Spojrzałam na Michaela. Nie wydawał się zdolny do czegokolwiek. Stał tylko chwiejąc się. Nie zamierzałam wychodzić na deszcz. Alexander znikną, ale słyszałam jego głos. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Oczywiście na moje pytania Michael nie był wstanie odpowiedzieć. Jedynie ciężko usiadł. Nie widziałam nigdzie w środku jego miecza. Czułam, że mój sztylet na niewiele się zda.
Czy tylko mi tę wyliczankę kolejnych czynności tak ciężko się czytało?
Nie tylko Tobie i nie tylko tę – niestety w tym opku taką wyliczanką jest większość opisów akcji i... w sumie to większość opisów w ogóle.

- Alexander! – darłam się przez dziurę. Nikt nie odpowiadał.
- Zostań! – krzyk rozniósł się blisko mnie. Podskoczyłam i odwróciłam się w tamtą stronę, ale niczego nie widziałam.
Jako, że nadeszła pora się ogarnąć postanowiłam coś zrobić. Nie wiedziałam co się dzieje, z kim walczymy i czemu to coś chce mnie zabić. Ale musiał ten ktoś chodzić za mną naprawdę długo. Sprawdziłam czy hafty na pewno są połączone i na tyle grube by wytrzymać, sięgnęłam do kamieni.
Kiedy do tej ciumli dotrze, że hafty to ozdoba lub symbol czegoś, a nie magiczna zbroja?
Może kiedy mimo haftów zginie śmiercią długą i bolesną?

Wyciągnęłam dwa i ścisnęłam w pięści. Zamachnęłam się i rzuciłam jak najdalej potrafiłam. Przestało padać, powietrze się oczyściło, dźwięki przycichły. Nigdzie nie widziałam Alexandra. Za to udało mi się wypatrzeć miecz Michaela. W tej chwili usłyszałam jego głos krzyczący...
- Uciekaj!
Odwróciłam się, biegł na mnie Michael. Widziałam tylko białka jego oczu. Rzucił się na mnie niczym rugbista. Wiem, jak się rzucają rugbiści, bo regularnie oglądam mecze Słowiańskiej Ligi Rugby. Mocno uderzyłam w ziemię, pociemniało mi przed oczami. Przez chwilę nie kontaktowałam. Szybko jednak oprzytomniałam przez pulsujący ból w głowie, bolał mnie też kręgosłup, a coś wbijało mi się w szyję. Otworzyłam oczy. Ukazała mi się twarz blondyna. Była spokojna. Zaczynałam tracić oddech, próbowałam zabrać jego ręce. Ostatnimi resztkami świadomości sięgnęłam do miejsca gdzie powinien być sztylet i wbiłam go chłopakowi w bok. Zawył, bynajmniej nie ludzkim głosem. To był ryk ranionej bestii. Rozluźnił uchwyt na mojej szyi więc dźgnęłam go po raz drugi i trzeci. Dźgałam tak długo do póki mnie nie puścił.
Emocje i dramatyzm sytuacji zwalają z nóg.

Odsunęłam się i zaczęłam kaszleć. Łapałam każdy wdech jak szybko potrafiłam. Bestia Michael leżał na boku, mocno krwawił. Rozejrzałam się za mieczem. Pochwyciłam go i zaczęłam powoli iść w stronę blondyna. Ostrzem celowałam w niego.
- To ja... - wykaszlał. – To ja...
W ciąż w niego mierzyłam. Przewrócił się na plecy, trzymał się za ranę, którą mu zrobiłam. Obficie krwawił. Spojrzałam w jego oczy, były normalne. Nieco przekrwione i mówił przez nie ból, ale normalne. Wyluzowałam, uklękłam obok niego i dłońmi próbowałam zatrzymać krew. Zaczęłam rozrywać ubranie tylko po to by czymś zatamować krwawienie.
- Straciłem jej już zbyt wiele...
- Przepraszam... Przepraszam.... Co ja zrobiłam? Tak mi przykro, nie chciałam...
- To nie twoja wina...
- Jak nie moja! Umierasz...
- Ja nie umrę, pamiętasz?
- Każdy kiedyś umiera. Czemu z tobą ma być inaczej...
- Obiecaliśmy... Ci... Będziemy Cię... - mówił coraz ciszej. – Chr...
- Michael! Michael! – zaczęłam szarpać ciało. – Odpowiedz. Michael!
Myślę, że strzeliłam w tedy pokazówkę. Gdy teraz o tym myślę, to nie było mi jakoś smutno.
W każdym momencie akcji strzela mniejszą lub większą pokazówkę.
Pokazowo zrąbała kolejny dramatyczny moment.

Robiłam to co ludzie zwykle robią gdy ktoś kogo znają umiera im na rękach. Generalnie to on żyje i ma się dobrze. Tak myślę, nie gadaliśmy ze sobą od czasu jego wyjazdu do Afganistanu. Jest w końcu żołnierzem. Zawsze nim był i zawsze będzie.
W tamtej chwili nawet uroniłam kilka łez. Moja głowa opadła nawet na jego pierś. Znów zaczęło padać. Byłam cała we krwi, jego krwi. Nawet nie wiecie jak ciężko to cholerstwo z siebie zmyć. A w tedy nie mieliśmy przecież proszku do prania. Takie ubranie nadawało się tylko do wyrzucenia.
Bo oczywiście dziewczę nie chciało brudzić sobie rączek i wyprać w rzece. Naprawdę jej się wydaje, że skoro nie było wtedy proszku do prania, to ludzie wyrzucali ciuchy, gdy tylko te mocniej się zabrudziły? A potem co, szli do H&M po nową kolekcję?
Gorzej sytuowani zadowalali się zakupami w second handach.

Ostatecznie opanowałam się i jakoś wstałam. Trzymałam w ręku jego miecz. Zaczęłam szukać wzrokiem kamieni. Gdy je znalazłam i wzięłam do ręki znów zapanował spokój. Coś go opętało i dalej tu było. Właściwie to dalej jest. Po mimo tylu stuleci dalej nie jesteśmy w stanie go zabić.
Dziękujemy serdecznie za kolejny spoiler.

Nagle zmaterializował się przede mną Alexander. Nie wiedziałam czy na pewno nie chce mnie zabić więc cofnęłam się jak najdalej potrafiłam. Nie miał opaski na oku, doskonale widziałam ciemność bijącą z oczodołu. Alexander nie stracił oka, ale to pod opaską jest tak czarne, że może robić za oczodół. Mam w szafie kilka czarnych ubrań. Też mogą robić za oczodół? Skoro kolor wystarczy... W tedy o tym nie wiedziałam i byłam przekonana, że go nie ma. Tak nagle jak się pojawił, tak nagle zaczął się dziwnie wyginać i ruszać. Walczył z czymś czego nie byłam w stanie dostrzec.
Niespodziewanie jego ostrze musnęło mój policzek i przeszyło coś za mną. Nie zranił mnie jednak, a jego twarz była za blisko mojej. Nie, że coś, ale czasem mam wrażenie, że żałuje tego iż nie zabił mnie w tamtej chwili tak przez „przypadek".
Nie on jeden tego żałuje, uwierz mi.

 Upadłam na kolana. Nic nie mogłam zrobić. Rozwścieczona chwyciłam kamienie, które mi zostały i rzuciłam je. Nawet nie patrzyłam gdzie rzucam. Szczęście było po mojej stronie i trafiłam w to coś. Kamienie uaktywniły swoją moc i skutecznie to coś zatrzymały. Te kamienie działają jak radziecki telewizor — nigdy nie wiadomo, kiedy uda się toto włączyć i co z tego wyniknie. Kamienie niestety straciłam na zawsze, a Alexander chodź (Alexander posłusznie przyszedł) mocno zranił stwora to go nie zabił.
Po tym wszystkim byłam w stanie to dostrzec, może nie jakoś dokładnie w hd (pewnie miałaś przestarzały dekoder), ale to zawsze coś. Nie będę go opisywać , widziałam tylko jak załamuje się światło gdy się poruszał, był albowiem zrobiony z pryzmatów. A ruszał prosto na mnie. Nie miałam czym się bronić. Zasłoniłam rękoma twarz, zacisnęłam oczy i przygryzłam wargę.
Nic się nie stało. Dalej żyłam. Otworzyłam oczy, przede mną stał Michael. Cały i zdrów, w prawdzie brudny od krwi i miał zniszczone ubranie, ale wydawał się cały. Odwrócił się do mnie uśmiechnięty. Miałam ochotę go strzelić. A ja mam ochotę strzelić ciebie. Za całokształt.
Nie Ty jedna, Babo, nie Ty jedna.

Wstaliśmy gdy było jasno. Walka dała nam w kość. Znaczy się im. Przyznaję, często mnie ratowali (zupełnie niepotrzebnie), ale to na początku. Później gdy w końcu nauczyłam się porządnie walczyć nie raz ratowałam im tyłki. Robiłam to częściej niż oni. I lepiej. I ładniej. I mam więcej lalek. Wracając do głównego wątku. Słońce było już na niebie gdy wstaliśmy. Dalej byłam zmęczona i nadal padało. Do tego byliśmy mokrzy. Deszcz wpadał przez gigantyczną dziurę. Nadal zastanawiam się jaką minę zrobił właściciel gdy to zobaczył.
Jedliśmy pod łódką. To było najsuchsze miejsce.
W trójkę położyli się na brzuchach pod odwróconą do góry dnem łajbą i zlizywali jedzenie wprost z ziemi? Inaczej sobie tego nie wyobrażam.

- Trzymaj – Alexander podał mi dwa kamienie. Tak moi mili oto sytuacja numer dwa, w której mówi do mnie coś neutralnego bez chęci wbicia mi szponów w gardło.
I tak jest cholernie tolerancyjny.

- Dzięki – trzymałam dwa ostatnie kamienie. Kamień wody i powietrza.
- Powinniśmy już iść – nie oszukujcie się, nie mówił tego do mnie tylko do Michaela. Alexander wrócił do ignorowania mnie.
Najłagodniejszy możliwy sposób traktowania cię, ty chodzący koszmarze.

Stałam na deszczu. Na szczęście mogłam się wcześniej przebrać i byłam w suchych ubraniach. No prawie suchych. Miałam na głowie kaptur. Czekałam aż zdecydują gdzie dalej iść. Dzięki temu miałam okazję przyjrzeć się otoczeniu. Tylko dziura była nowością, a tak to generalnie nic się nie zmieniło od wczorajszego dnia. Chociaż dopiero w tedy zobaczyłam jak jezioro było ogromne. Znaleźliśmy miejscówkę nad jeziorem. Do tego był las, kilka domków, w sumie dziwne, że nikt do nas nie wyszedł przez hałas jaki zrobiliśmy.
Przypominam tylko, że lał deszcz i była burza, czyli zapewne pioruny trzaskały i grzmiało jak cholera. A parę rozdziałów wcześniej wychodzenie z domu w środku nocy uznałaś za głupie, więc nie wiem, co cię tak dziwi. Inteligencja mieszkańców osady?

Podszedł do mnie Michael. Ta scenka, którą odwaliliśmy w nocy jest jedynym momentem mojego życia, o którym chcę zapomnieć. Tak szczerze i naprawdę.
Bo poza tym ni czorta nie masz się czego wstydzić.

- Idziemy księżniczko.
- Nie nazywaj mnie tak.
- Czemu? Przecież obiecałem ci, pamiętasz? Zawsze będę cię chronić.
Czyli fakt, że kogoś chronisz, zmusza cię do nazywania danej osoby księżniczką?

Uśmiechnęłam się szeroko, a następnie przywaliłam mu pięścią w brzuch. Zgiął się i jękną.
Niech oni przestaną się powstrzymywać i wbiją jej te szpony...

Zarzuciłam włosami i ruszyłam za Alexandrem.
Ku następnej przygodzie.
Podczas której może Geralt w końcu ją zaciuka i będzie spokój.
Tylko konia żal.
I tych biedaków, którzy muszą się z nią użerać.

6 komentarzy:

  1. To chyba najciekawsza i najfajniejsza analiza na tym blogu.

    Mam wrażenie, że ałtorka najpierw chciała pisać opko historyczne, a później wpadła na pomysł, że jednak bohaterowie przeżyją do dnia dzisiejszego. Dziwne jest też to, że ałtorka nie umieściła opka w jakimś świecie fantasy, gdzie hafty mogłyby mieć moce ochronne, istniały kamienie ognia i te wszystkie potwory... Ale nie, uweźmie się taka na konkretny okres historyczny, a później nie trzyma się realiów tylko irytuje czytelnika.

    Będzie jeszcze jedna część tego opka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może będzie :) Ale muszę przyznać, że - przynajmniej dla mnie - to materiał wybitnie ciężki. Jednak moi znajomi z grupy ponabijają jej przynajmniej wyświetlenia na Wattpadzie, bo gdy powiedziałam im, że znalazłam coś tak naiwnego o takiej tematyce, natychmiast pogalopowali zobaczyć to na własne oczy :P

      Usuń
  2. O matko i córko,jaki stek bzdur! Supernatural na Słowiańszczyźnie!Najlepszy był Posejdon i rugby..
    Niezdarność fabuły i historyczne bzdury mogłyby śmieszyć,ale ten potworny styl!
    Wcale nie dała ci ich aż tyle, bo rana jest paskudna i głęboka... - weź jej nie podpowiadaj, może skona na zakażenie..
    Świetnie się czytało,dzięki!

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  3. To opko jest rozkosznie debilne. I dzięki za informacje o słowiańskiej demonologii!

    OdpowiedzUsuń
  4. ,,- Dyżyźń – szepnęłam mu przy uchu."
    Trzeba pogratulować bohaterce, że nie potrafi nawet wymówić swojego dziwnego imienia.

    ,,To była prawda. Od dziewczyny biła silna aura, tak to najprościej nazwać. Na pewno jej energia życiowa była silna, ale nie na tyle by poradzić sobie z widmami."
    Tu bym się nie czepiała. Skoro to fantastyka historyczna, to możliwe, że ci wtajemniczeni (np. widzący duchy) używają innych słów i pojęć niż te znane nam z odpowiedniego okresu (bo znają je od duchów).
    W takiej sytuacji jednak potrzebne by było tłumaczenie, skąd te słowa znają i wyjaśnienie, że magia tak działa w tej rzeczywistości. Tu tego nie ma.

    Хърсъ to zapis słowa Chors w oryginale, znalazłam też fragmenty o:
    ...Трояна, Хърса, Велеса, Перуна...(Хождении Богородицы по мукам);
    ...Есть два громовых ангела: эллинский старец Перун и Хорс-жидовин... (Беседы трёх святителей).
    Tzn. im mniej o tym lepiej. Ale Wels - ta zniewaga krwi wymaga.

    Na moich terenach wierzono, że zmory są żywymi ludźmi, którzy atakują innych, gdy śpią. To już zupełnie nie pasuje do opętania, bo po co takiej zmorze zajmować czyjeś ciało? Ma własne.

    ,,Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego, ale niesamowicie śmieszy mnie to, że dziewczyna nie zna słowa >>krzemień<<." Mnie też.

    ,,Podczas której może Geralt w końcu ją zaciuka i będzie spokój." <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisząc o Chorsie/Chorosie miałam bardziej na myśli źródła polskie, bo z imion wnioskuję, że chodzi raczej o Słowian zachodnich, gdzie forma "Choros" była znacznie powszechniejsza. Gdzieniegdzie pojawiał się też Chors, więc uznaję to za dopuszczalne. Na wschodzie akurat "Choros" nie miał racji bytu ze względów językowych, bo wtedy wymawialiby to imię jako "Choras" albo "Charos"... Jednak wydake mi się, że akcja dzieje się na zachodzie :)

      Usuń